To się zdarzyło wiele lat temu, ale pamiętam, bo dało mi lekcję na całe życie.

Z przejęciem szykowałam się na spotkanie ze starszą panią, która zaprosiła mnie na obiad z dudkami. Nie była otwarta ani towarzyska więc tym bardziej czułam się wyróżniona. Bliscy i znajomi z jej przeszłości dawno umarli, a nowych nie miała, bo trudno jej było pokonać barierę pomiędzy obcością a oswojeniem.

Czekałam na ten obiad niecierpliwie jak dziecko. Z radością pokonałam skrzypiącą furtkę i kilka kamiennych schodków, aby przez tajemniczy ogród dotrzeć do równie tajemniczego domu. O dudkach wiedziałam, że to ptaki z czubkami, ale nie wyobrażałam sobie, że będę takiego jadła. Okazało się, że dudki to płucka. Mogą być wieprzowe, wołowe, ale ona najbardziej lubiła cielęce. Nie byłam wtedy wegetarianką i od zapachu natychmiast poczułam się głodna. Żeby móc mnie poczęstować, z wyprzedzeniem zamówiła je u rzeźnika i odebrała wczesnym rankiem, w dniu obiadu. Najpierw gotowała z przyprawami, a kiedy ostygły pokroiła w drobną kostkę. Oddzielnie ugotowała bulion warzywny, do którego wrzuciła dudki. Dodatkowo podała kwaśną śmietanę i ziemniaczane puree. To było tak smaczne, że nie mogłam przestać jeść.

Postanowiłam zrewanżować się czymś równie dobrym, ale zanim się namyśliłam co ugotować, pani trafiła do szpitala i mogła już jeść tylko zupy. Zaproponowałam, że będę je przynosiła, kiedy wróci do domu. Gotowałam rano, dostarczałam w południe i towarzyszyłam podczas posiłku. Nie skarżyła się, ale wyraźnie czegoś jej brakowało. Starałam się, aż w końcu wykupiłam zupy w szpitalnej stołówce. Zmianę kucharki rozpoznała natychmiast i od tej pory każdy obiad celebrowała jak święto. Nieważne, że był jedynym szpitalnym, dietetycznym daniem. Ważne, że kojarzył się z troską, opieką, staraniem o jej wygodę. Miejscem, gdzie nie czuła się samotna i wróciła do życia choć myślała, że na zawsze odchodzi.

Ta historia uświadomiła mi, jak bardzo potrzebujemy innych ludzi i jak wielką rolę pełnią w naszym życiu. Nawet jeśli jesteśmy samowystarczalnymi samotnikami, czasem po prostu nie możemy obejść się bez pomocy.

Rzadko się zdarza, aby ludzie starsi łatwo nawiązywali kontakty. Boją się niezrozumienia, zlekceważenia, ośmieszenia. I wcale to nie muszą być słowa. Wystarczą gesty, wygląd, mimika i ton głosu. Dopóki jesteśmy młodzi, mało cenimy czas. Do dziś żałuję, że tak długo zastanawiałam się nad potrawami dla niej. Wystarczyło zapytać co lubi, a zupełnie o tym nie pomyślałam. Nie wiem co chciałam osiągnąć, ale życie od razu walnęło mnie w łeb. Do  śmierci, która przyszła szybko, jadła szpitalne zupy i nie mogłam ugotować dla niej wytwornego obiadu. Młodzi ludzie otwierają się łatwo i chętnie, ale brak doświadczenia, rozumienia i raczej mała empatyczność tworzy przepaść między pokoleniami. Nie widzę na to sposobu. Nie pomogą rozmowy, książki ani najlepsze wychowanie. A może tak właśnie ma być? Sami przeżywamy swoje życie. Tylko potem, kiedy z wolna przemijamy jak liczne pokolenia przed nami, niczego już nie możemy ze swojej przeszłości naprawić.

 

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.