Wiem, wiem, wiem… może zanadto dobrze. Wszyscy mamy problemy, zżerają nas smutki, także te wymyślone, trochę na wyrost. Brakuje urody, pieniędzy, szacunku i…  wszystkiego co podpowie wyobraźnia. Ale to nie znaczy, żeby się od razu spinać. Kiedy spotykamy się gdziekolwiek, nie muszę przelewać na Państwa co mnie gryzie. Nie zawinili Państwo i nie potrzebuję nikogo karać własną frustracją. Dlatego proszę, kolejny raz na tym blogu, uśmiechajmy się. To nic nie kosztuje, a przynosi same korzyści. Myślimy, że skupienie jest formą zbawiania świata, ale to świat nas zbawia, tylko trzeba się otworzyć. Jest jedno miejsce, gdzie skupienie jest wskazane. Świątynia, w zależności od wyznania – kościół, cerkiew, meczet, synagoga, zbór. Poza tym lepiej się cieszyć obecnością drugiego człowieka niż go od siebie odtrącać. Z moich obserwacji wynika, że urzędy też traktujemy jak świątynie, ciągnąc za sobą ducha poddaństwa. Proszę, rozdzielmy te dwie kwestie. Bóg może mieć własny program na nasze życie i wcale nie musi pomagać, ale urząd jest miejscem do udzielania pomocy obywatelom bez żadnej łaski. Nie pozwalajmy, żeby było inaczej. Jest jeszcze ważna kwestia do zapamiętania: to nie wójt, burmistrz, starosta, prezydent ma mówić ludziom czego potrzebują, a odwrotnie. My mówimy władzom czego potrzebujemy w swoim środowisku, a one mają obowiązek to realizować.

Bardzo się ucieszyłam na możliwość publicznej rozmowy z burmistrzem 21 listopada, kiedy radny Piotr Mirończuk zorganizował coroczne spotkanie z władzami dla swoich wyborców. Taka w zaciszu gabinetu po prostu mnie nie interesuje. Niestety, po wystąpieniu zastępcy komendanta policji burmistrz Hajnówki wyszedł, bo śpieszył się na imieniny. Nie lubię być lekceważona i martwię się, kiedy w ludziach widzę pokorę. Świadczy bowiem o poddaniu się woli innych, którzy wobec nas wcale takiej pokory nie mają. Proszę, abyście Państwo to zmieniali, bo na zawsze w swojej Polsce B zostaniemy sługami. Nabierając szacunku dla samych siebie łatwo dostrzeżemy, jak bardzo nie szanują nas władze, zwłaszcza na tym najniższym szczeblu samorządowym. Beztrosko wychodzą z założenia, że nie ma z kim się liczyć, a przecież wywodzą się z tego samego środowiska. Całowanie petentek w rękę także nie jest wyrazem szacunku, w obecnych czasach nazywa się seksizm. Ale przecież wiecie Państwo jaka jest zasada: – żeby inni nas szanowali, najpierw sami siebie musimy szanować. A nie umiemy tego robić i czas się nauczyć. Najprostszą drogą do nabierania śmiałości jest uśmiech. Zobaczycie wtedy zachwycającą reakcję odwrotną i…jak bardzo Państwa uśmiech będzie wyczekiwany. Na swoim mikroobszarze, gdzie głównym obiektem dla świata jest Puszcza Białowieska, mamy opinię potulnych i dobrotliwych. Zapewniam Państwa, że to nie zaszczyt. Potulność i dobrotliwość wygodna jest dla lokalnych władz i ich świętego spokoju. Ale żadna kadencja nie może przynosić świętego spokoju i najwyższy czas, kiedy do nowych wyborów pozostał jeszcze rok, upomnieć się o swoje sprawy i konsekwentnie je egzekwować.

Na pewno widujecie Państwo, zwłaszcza na uniformach instytucji badawczych związanych z medycyną, obrazek z ludzikiem fikającym pajacyka. Skąd się wziął i dlaczego jest tak ważny, że przetrwał stulecia?

człowiek1Jest to szkic wykonany przez Leonardo da Vinci w końcu XV wieku. Jego liczne zainteresowania obejmowały również anatomię ciała człowieka. Widział je jako doskonale skonstruowane urządzenie i próbował zrozumieć na jakich zasadach funkcjonuje. Badał proporcje ludzkiego ciała i matematycznych stosunków między jego częściami. Przedstawił figurę nagiego mężczyzny w dwóch nałożonych na siebie pozycjach, wpisaną w okrąg i kwadrat, aby uwidocznić doskonałe proporcje człowieka z matematycznego punktu widzenia. Wysokość ciała osoby dorosłej równa się w przybliżeniu szerokości rozstawionych ramion.

Szkic funkcjonuje pod nazwą „Człowiek witruwiański” i znajduje się w galerii w Wenecji. Jest najważniejszym przykładem na zainteresowanie człowiekiem w epoce renesansu /czyli odrodzenia/.

Jakie to trudne, kiedy człowiek chce żyć w zgodzie ze sobą, a nic mu nie sprzyja. Tworzenie własnej przestrzeni było dla niej procesem tak bardzo rozciągniętym w czasie, jakby stanowiło specjalny problem, a po prostu pewna mądra dziewczyna, Polka, katoliczka zapragnęła zostać muzułmanką. Nie musi z niczego się tłumaczyć, ma prawo żyć po swojemu, a jednak prowadzi bloga: polkanapustyni.blog.pl, abyśmy łatwiej poznawali świat i odrzucali uprzedzenia, które nawet nie kierowane do niej są przykre i bolesne. Jej wrażliwa natura w każdej sferze poszukuje harmonii, ale jakże często życie jest inne niż osobiste pragnienia.

Przedstawiam Państwu Polkę na pustyni.

muslim-girls-face-dpMuzułmanką zostałam jeszcze w Polsce. Miałam w sobie przymus poszukiwania sensu w religii, a nie znajdowałam go w kościele katolickim. Podjęcie decyzji o zmianie wyznania zajęło mi kilka lat i dopiero podróż do Emiratów Arabskich uświadomiła, że właśnie ten kierunek chcę obrać. Pierwsze usłyszane wezwanie na modlitwę napełniło mnie takim spokojem, że całkowicie pozbyłam się wątpliwości. Obserwowałam arabskie rodziny i bardzo chciałam być na miejscu tych kobiet. Utożsamianie się z nimi bardzo pomogło w dokonaniu wyboru. Jako muzułmanka chciałam, aby moim mężem został ktoś, dla kogo islam nie jest niczym obcym, a przy tym biegle włada językiem arabskim. Nowa religia pozwoliła mi odnaleźć wewnętrzną siłę do stawania się lepszą osobą. Dzięki islamowi nauczyłam się nadawać mojemu życiu właściwe priorytety, odnalazłam spokój ducha wierząc, że wszystko się ułoży, jeżeli tylko będę postępowała właściwie.

Mieszkam w Maroko, w stutysięcznym mieście otoczonym pustynią. Jest hermetycznie, swojsko, bardzo lokalnie, a przy tym pustynnie i gorąco. Brakuje centrów handlowych, budynki szkół są tak niewielkie, że wtapiają się w krajobraz budynków mieszkalnych, szpitala dotąd nie widziałam, a supermarket jest jeden. Centrum stanowi kilkanaście restauracji, cukiernia i małe sklepiki, ale najważniejszy jest suk, czyli orientalny bazar z ogromną ilością różnych towarów.  Od prażącego słońca da się odetchnąć tylko wieczorem. Maroko leży w północno – zachodniej Afryce. Jest niezwykle malownicze ze względu na położenie i ukształtowanie terenu. Są słoneczne plaże i górskie szczyty, gorące piaski Sahary i wspaniała architektura. Ma charakter przemysłowo rolniczy, rozwija się dynamicznie, a głową państwa jest król. 66% procent ludności stanowią Arabowie, 33%  Berberowie, a pozostali to lokalne mniejszości etniczne, jak na przykład Sahrawi, a także przybysze z innych stron świata, również z Europy.

Bycie muzułmanką w dzisiejszych czasach jest trudne. To, co dzieje się teraz na świecie, wydaje mi się nielogiczne i niewyobrażalne. Czujemy się zagrożeni jako muzułmanie, boimy się o swoje zdrowie i życie. Ilość i natężenie nienawiści przeraża mnie, a wynika niemal wyłącznie z braku wiedzy o Arabach, muzułmanach, islamie i związkach z obcokrajowcami. Arabowie stanowią tylko 20 procent wszystkich muzułmanów, bo kraj muzułmański niekoniecznie oznacza kraj arabski – w końcu najwięcej muzułmanów jest w odległej Indonezji. O przeciwnościach na swojej drodze lubię myśleć jako wyzwaniach. Wszelkie niepowodzenia to lekcja radzenia sobie w życiu i znak, że należy podążać w innym kierunku. Niemniej odpowiada mi tutejszy styl życia i przemiana jaka się we mnie dokonała po przejściu na islam. Przejmując inną religię należy liczyć się z reakcją otoczenia, a już na pewno z brakiem zrozumienia. W Polsce jest ok. 35 mln katolików, a muzułmanów niecałe 35 tys. Przy takiej dysproporcji nie powinno być wrogości, bo muzułmanie w żaden sposób nikomu nie zagrażają – szanują innych i tego samego chcieliby w zamian. A jednak to właśnie w moim kraju czuję się najbardziej zagrożona i czuję jak wielką niechęć i agresję wzbudza moja inność. Choć wyznaję te same wartości co kiedyś, w oczach ludzi strój całkowicie zmienia mnie w kogoś innego. Zmiana religii to jednak wywrócenie całego życia do góry nogami. Byłam chrześcijanką, teraz jestem muzułmanką, ale ciągle pozostaję tym samym człowiekiem.

Podobno wszystko co dobre jest niemoralne, nielegalne albo tuczy. A jednak każdy człowiek ma określone potrzeby i bez nich czuje się nieszczęśliwy. Najważniejsza jest ta fizjologiczna – jedzenie, picie i sen, ale też potrzeba bezpieczeństwa. Mali ludzie są pod ochroną dużych, jednak dorosłym trudno by było funkcjonować w ciągłym zagrożeniu i starają się zapewniać sobie i własnym rodzinom komfort psychiczny i w miarę możliwości społeczny. Właśnie rodzinom, bo następną potrzebą jest miłość i poczucie przynależności. Samotność należy do uczuć destrukcyjnych i w żadnym razie jej nie potrzebujemy. Chyba że na chwilę, kiedy musimy się zregenerować po szkodliwych emocjach. Poczucie własnej wartości budzi się dopiero, kiedy nic nam nie grozi, a zdrowie jest w dobrej kondycji. Określamy swoje miejsce w przestrzeni realizując się duchowo i w określonej dziedzinie. Wtedy oczekujemy szacunku i uznania, bo mamy już świadomość spełniającego się człowieczeństwa.

Na ogół nie zastanawiamy się jak działają na nas kolory, tyle że jedne lubimy bardziej, inne mniej. Tymczasem są tak ważne, że mogą zmienić zachowanie i podejmowane przez nas decyzje. We wstępie do bloga zachęcam, żeby nie bać się kolorów, bo te które dominują to biel, szarość i czerń, czyli najbardziej ze wszystkich depresyjne. Niemniej wybierają je ludzie zdystansowani, niezależni, ale jednak skłonni do pesymizmu. W przestrzeni zawsze najpierw dostrzegamy barwy. Ciekawostką jest, że gdybyśmy zobaczyli z daleka całą paletę, jako pierwszy dostrzeglibyśmy biały, choć to czerwony koduje uniwersalny energetyczny przekaz w ludzkiej świadomości. Fioletowy, różowy, brązowy i granatowy wyciszają, przywracają równowagę i uspokajają. Terapia kolorami może być równie skuteczna jak terapia śmiechem czy muzyką. Zależy co wolimy.

Marszałek Województwa Podlaskiego co roku przyznaje nagrodę pod dumną nazwą Marka Podlaska. Jest to wyróżnienie dla produktów i oczywiście ich twórców związanych z województwem i budujących pozytywny wizerunek regionu. Wkrótce zostanie ogłoszona 14 edycja. Każdy sam może zgłosić własny produkt więc ja zgłoszę swojego bloga. Tak, choćby zabrzmiało to najdziwniej, blog to także jest produkt. W tym roku jeszcze niezupełnie jestem gotowa, bo blog od początku był literacki i powodzenie miał niewielkie. Dopiero, kiedy stał się stricte hajnowski, pisanie zaczęło mieć sens. Spełnia warunki określone w regulaminie i będę go zgłaszała do marki w kolejnych edycjach. Przy zmieniającej się treści każdego roku będzie inny.  Jedyne o czym muszę pamiętać, to żeby wypełnić ankietę zgłoszeniową i przesłać do organizatora … tylko tyle. Jeśli ktoś zachwycony naszym produktem zrobi to za nas, i tak musimy akceptować, zatem lepiej zgłosić samemu. Termin przesyłania ankiet upływa 15 stycznia, ale specjalnie wcześniej zamieszczam ten artykuł, żebyście mieli czas na zastanowienie. Bardzo zachęcam do promowania tego, co robicie Państwo ważnego dla siebie i regionu. Nie wolno się wstydzić i chować z własnym talentem. Dawno minęły czasy, kiedy kazano siedzieć w kącie i czekać, aż nas znajdą i … przeważnie to się nie zdarzało. Żeby inni znaleźli, sami musimy tego chcieć, i o to zabiegać. Nie należy przesadzać ze skromnością, bo to szkodliwe jak każda przesada w codziennym życiu. Nagroda przyznawana jest w sześciu kategoriach tematycznych: Produkt, Inwestycja, Odkrycie, Wydarzenie, Kultura, Społeczeństwo i każdy zainteresowany znajdzie dla siebie miejsce. W ubiegłym roku we wszystkich kategoriach startowało 179 kandydatów. Osobiście uważam, że to ułamek w stosunku do ilości samorodnych talentów na Podlasiu. Proszę się nie krępować i nie wstydzić, bo to co Państwo robicie, trzeba pokazywać innym, aby zaistniało w świadomości i nie było schowane w licznych pracowniach. To nie jest nagroda dla lepszych od nas. To nagroda dla nas. Nie wolno czekać, aż ktoś odkryje nasz talent, pracę czy zamiłowanie. Należy korzystać ze wszystkich możliwości, aby pokazywać dzieła rąk, umysłu, pasję i zaangażowanie. Często na realizację własnej twórczości poświęcamy wiele i nie dostajemy niczego w zamian. Nawet wbrew sobie – jeśli obca nam jest siła przebicia – trzeba nauczyć się równoważyć potrzebę tworzenia z potrzebą sukcesu. W internecie pod hasłem Marka Podlaska należy pilnować terminów dla nowej edycji i w żadnym razie nie lekceważyć promocji własnych dzieł, czyli :-) produktów.

TW Kuzynki

We wzajemnej relacji były kuzynkami i nosiły to samo nazwisko. Obie atrakcyjne, szykowne urzędniczki w różnych ministerstwach, na stanowiskach naczelników departamentów. Były dalszą rodziną mojego eks, wtedy aktualnego. Przyjeżdżały kiedy tylko mogły, jednym autem żeby było taniej, choć niczego nie miałam im do zaoferowania i nigdy nie zapraszałam. Zajęta zwyczajnym życiem nie dostrzegałam zachwytu, że nareszcie mają w rodzinie kogoś kto pisze, publikuje i udziela wywiadów. Każda przywoziła mi pudełko herbaty, którą teraz bez problemu kupuję za 5 zł i jeszcze mam wybór, a one jako uprzywilejowane nabywały ją w ministerialnych sklepikach. Imponowały mi. Wyluzowane, pewne siebie, a ja przestraszona nadmiarem obowiązków i ciągłymi przeciwnościami, z którymi sobie nie radziłam. Myślały, że radzę i podwieszały się ze swoimi problemami, bo wychodziło, że też je mają. Pogłębiającą się zażyłość przerwała transformacja ustrojowa. Zadziwiające, jak płynnie przeszły z jednego ustroju do drugiego i jak szybko postępowała ich zamożność. Obie zamieniły ministerstwa na prywatne firmy i jeśli już dzwoniły, to w sprawie dystrybucji swoich towarów. Potem jedna uciekła za granicę, a drugą za przemyt skazano na karę więzienia i nigdy więcej się ze mną nie kontaktowały. Nie wiem, dlaczego nie żałowałam. Przeważnie tęsknię za ludźmi, których znam a długo nie widzę, ale w tym wypadku struna nie działała. Kiedy w internecie zamieszczono listę osób współpracujących z totalitarnym systemem PRL długo myślałam, że w żadnym razie mnie nie dotyczy i nie miałam zamiaru zajrzeć. Ale korciło … i  w miarę zagłębiania najpierw dostałam wypieków, a potem to już cała płonęłam. Im wyżej postawieni byli moi znajomi, tym pewniejsze było, że są na liście razem z numerem akt. Nazwisko kuzynek wpisałam na końcu, właściwie z przekory, ale oczywiście były, w rządku jedna pod drugą. Potrzebowały mnie, bo donosiły. Wydarzenia z mojego życia przekazywały w formie notatek i dostawały za to pieniądze. Tajnych współpracowników wynagradzano hojnie, ale zawsze zależało to od jakości dostarczanych informacji. W każdym razie w PRL opłacało się być TW /tajnym współpracownikiem/. Przypomniałam potem, że naprowadzały mnie na różne tematy, tworzyły własne scenariusze, zaciekawione czy potwierdzę. Oficer prowadzący wiedział jakich informacji potrzebuje od swoich TW i ich nakierowywał, a oni pomagali inwigilować nie tylko opozycję, ale wszystkie środowiska, bo wrogi element czaił się wszędzie, nawet w domu kuzynki z dziećmi na rękach i maszyną do pisania w kącie. / Właśnie, maszyna do pisania zakazanych treści ! / A te wywiady… żałosne… kilka przypadkowych słów o tym, co właśnie zamieszczono mi w jakiejś gazecie. Moje teksty były wówczas naiwne i młode jak ja. Najdziwniejsze, że tylko z młodości wyrosłam.

 

W Polsce codziennie umiera (średnio!) 1029 osób. Z powodu chorób krążenia notuje się 46 procent wszystkich zgonów. Na choroby nowotworowe umiera 24 procent z tej liczby, a urazy i zatrucia to 6 procent. W wypadkach każdego dnia ginie (średnio!) 12 osób.

Zawsze, także w Święto Zmarłych, duchy przybywają wezwane myślami. Trzymają je przy nas kochające serca, ale kiedy za swoimi zmarłymi podążamy, ziemia przestaje być ważna. Otwiera się wszechświat i staje się domem na wieki.

Bardzo jesteśmy przywiązani do takiego myślenia i pragniemy przetworzyć smutek w uśmiech, choćby na jedną chwilę. W tym roku hajnowianom pomogła Pracownia Tortów Cukrowe Fantazje. Właścicielka Joanna Bińczycka wykonała najmilsze i najsłodsze duszki.

duszki

 Kontakt:  Hajnówka, 3 Maja 41 – tel. 601 286 164 – e-mail: binjoanna@wp.pl