Nie lubię polityki i nie wtrącam się nawet na własnym szczeblu gminnym. Interesują mnie wyłącznie jasne strony twórczych ludzi i głównie o tym piszę. Nigdy nie rozumiałam parcia do rad wszelkiego typu, a potem łączenia się w koalicje zwane koteriami. Sesje miejskie i powiatowe oglądam od czasu, kiedy dowiedziałam się, że w Hajnówce de facto nie ma hospicjum i nie będę miała gdzie umrzeć. Liczyłam, że informacja pochodząca od mieszkańców o pilnej potrzebie takiej placówki zelektryzuje obie rady i rozpoczną się działania komentowane obszernie na sesjach. Niestety jak zwykle przejechałam się na własnej naiwności, ale systematycznie zdobywam wiedzę, której pochodzenie wskazuje na ciemną stronę ludzi zapatrzonych w siebie, czyli bezgranicznie bezczelny zarząd miasta. Odnoszę wrażenie, że tylko czterech radnych miejskich rozumie swoją rolę i ich wypowiedzi słucham z uwagą. Gdyby nie fanatycznie pojmowana dyscyplina partyjna, być może więcej osób by się wyróżniało, ale najwidoczniej blokuje je lęk przed odrzuceniem. Nie wiem czy zdajecie sobie Państwo sprawę, że kiedy się was ogląda, robicie wrażenie nieprzygotowanych i zaszczutych. Te wasze podziękowania za to, co miejscy urzędnicy mają obowiązek wykonywać w ramach swojej pracy, są żałosne i śmieszne. Pana Piotra Mirończuka, wieloletniego pracownika kolei, a teraz radnego, poprosiłam o zgodę na publikację wypowiedzi /bez skrótów/ wygłoszonej  27 września na XXXI sesji. Dotyczyła  zrujnowanego dworca, który miasto zamierzało od kolei przejąć.

Szanowni Państwo,

dworce kolejowe w Hajnówce funkcjonowały na przestrzeni ponad stu lat.  Pierwszy wybudowano w 1897 roku, a ostatni zamknięto w 2010. Kiedy kryzys dotknął kolej najpierw zablokowane zostały dalekobieżne połączenia kolejowe, a zlikwidowanie kas było równoznaczne z zamknięciem dworca. Rozpoczęła się powolna dewastacja budynku, na wykorzystanie którego nie było i dotąd nie ma racjonalnego pomysłu. Po długim okresie uzgodnień z PKP burmistrz Hajnówki ostatecznie zdecydował o przejęciu dworca. Nieodpłatne nabycie wcale nie oznacza, że jest za darmo. Pan burmistrz przyjął do realizacji warunki, które dotyczą terenu i budynku obok dworca. Kilkakrotnie pytałem pana z jakiego źródła będą pochodziły pieniądze na realizację tych warunków, ale nie uzyskałem odpowiedzi. Zapomina pan, że zadaję pytania w imieniu mieszkańców miasta – swoich wyborców i to oni głównie czekają na odpowiedź. Jak dotąd Pana inwestycyjne pomysły były realizowane w pokrętny sposób. Dla przykładu podaję były budynek ZAMECH-u przy ul. Armii Krajowej, budynek bloku mieszkalnego na Żabiej Górce, remont budynku gospodarczego na terenie dawnego szpitala i z tego powodu sprzeciwiam się dalszym planowanym wydatkom, które obarczą nas i kolejny samorząd.

Spotkał się Pan z przedstawicielami organizacji pozarządowych zainteresowanych możliwością wykorzystania budynku, ale też zagospodarowania pomieszczeń dworca, jako że zamiarem Pana jest przekazanie tego obiektu na cele społeczne. Tyle że organizacje nie dysponują funduszami na ten cel. Będą  się dopiero o nie ubiegać i po niepewnych staraniach wejdą do budynku lub zrezygnują. Jeśli w założeniach ma pan plan B w postaci przekazania dworca Przedsiębiorstwu Usług Komunalnych, to proszę nie czarować tylko od razu przekazać do wiadomości publicznej. Jak dotąd ta spółka miejska była obficie przez Pana obdarowywana, choć decyzje należy uznać za kontrowersyjne.

W tym samym 1986 roku, kiedy dworzec PKP oddano do użytku, Hajnówka uzyskała tytuł Mistrza Gospodarności, ale nic nie wskazuje na powrót do dawnej świetności. Jak usłyszeliśmy na poprzedniej sesji, dziś jest na drugim miejscu w rankingu miast, którym grozi upadek. Postępowanie Pana, brak gospodarskiego myślenia, nie daje pewności, że to przejęcie jest pomysłem trafionym. Przy okazji proszę wyjaśnić mieszkańcom w jakie koszty nas Pan wciąga i nie oszukiwać mylnym sformułowaniem „nieodpłatne nabycie przez gminę miejską Hajnówka…”, bo pieniądze, i to wcale niemałe, mają za tym pójść. Czy ma to oznaczać, że zostaną wypuszczone następne obligacje? Zaznaczam, że nie rozpoczęto jeszcze spłaty poprzednich. Poza tym w uchwale RM nie podano pełnej nazwy zbywającego i należałoby się zastanowić, czy w tej formie w ogóle może być przyjęta. Brak komunikacji z radnymi oznacza, że ma Pan coś do ukrycia albo po prostu radnych lekceważy. Po latach funkcjonowania we władzach miejskich i powiatowych łatwo zapomnieć, że to nie jest Pana prywatne przedsiębiorstwo, co uprzejmie Panu przypominam.

Wtedy rozpętało się piekło. Akurat na tę sesję burmistrz Hajnówki przysłał swego zastępcę, który nie zrozumiał, że sprawa w równym stopniu go dotyczy i jeśli już nie umiał przyzwoicie się odnieść, to przynajmniej podziękować. Wykazał się jednak tak pospolitą i rażącą agresją, że nawet ja, osoba bez jakiejkolwiek funkcji, nigdy bym sobie na to nie pozwoliła. Za rok kończy się kadencja więc nerwowość w radzie miejskiej powoli narasta. Załatwić trzeba jak najwięcej i jak najszybciej. Podziękowania za przyjęcie uchwały długo i obficie przekazywała radna i wiceprzewodnicząca tej rady, także pracownica kolei, która najwyraźniej osobiście była zainteresowana sprawą „oddania” miastu ruiny i gorliwie za tym podczas sesji lobbowała. Radny sejmiku wojewódzkiego Mikołaj Janowski, znając realia, prosił o ponowne przemyślenie i odłożenie decyzji do następnego posiedzenia, ale przewodniczący rady bez namysłu, skrępowania i liczenia się z obecnością kamery emitującej obraz do wszystkich mieszkańców, kategorycznie się sprzeciwił. Nie dziwi mnie, że przy takim tupecie w podchodzeniu do miejskich spraw i wydatków jesteśmy na drugim miejscu w rankingu i pewnie wkrótce podskoczymy na pierwsze. Hajnówka nie obchodzi nikogo oprócz samych hajnowian, a kiszenie się we własnym sosie wygodne jest dla burmistrza, zastępcy i przewodniczącego rady – jedynych w swoim rodzaju mistrzów manipulacji, bardzo na sesjach czytelnych.

 

 

Osiedle Millenium ładnie się nazywa, ale po wybudowaniu w latach sześćdziesiątych władze zapisały je z błędem, a obecnym nie chce się zmienić. Milenium /lub millennium/ to tysiąclecie i na całym świecie pisze się tak samo, jednak władze Hajnówki posiadają własną wiedzę. Kiedy tu zamieszkałam, w bloku oddanym do użytku w 1955 roku, osiedle było przystanią tzw. elementu. Budowano je dla miejscowych osobistości, jednak ich dzieci w większości nie pasowały do tej kategorii. Dopiero w ubiegłym roku policja zanotowała spadek przestępczości w Hajnówce choć na Millenium jest spokojnie od dobrych kilku lat. Być może ma to związek z Unią Europejską, która dała pracę i możliwość rozwoju młodym ludziom, czego we własnym mieście byli pozbawieni.

Bieda zawsze warunkuje postępowanie ludzi, ale kiedy poznałam Ulkę z drugiego piętra i jej rodzinę, nie wiedziałam, że jest im trudno. Zawsze zadbani, a dodatkowo Ulka piękna. W dwupokojowym mieszkaniu była matka, ojciec, ich dorosłe dzieci – Robert i Ulka, Rysiek – mąż Ulki i dwóch małych synków. Ojciec wkrótce musiał się wyprowadzić, bo wynosił z domu niezbędne przedmioty jako walutę za alkohol. Robert cierpiał na chorobę dwubiegunową i kiedy budził się z obojętności do świata, wpadał w szał. Niszczył własne mieszkanie, a przy okazji naszą klatkę schodową. Ulka i Rysiek najmowali się do różnych prac, ale nie byli w stanie utrzymywać całej rodziny. Narastające zadłużenie za mieszkanie było ich największym problemem i kiedy tylko weszło w życie prawo do dokonywania eksmisji bez przydzielania lokali zastępczych, hajnowski Zakład Gospodarki Mieszkaniowej, za przyzwoleniem ówczesnego burmistrza, szybko z tego skorzystał. Ulka znalazła zrujnowany budynek na wsi, dawno opuszczony przez krewnych, i przeniosła się z całą rodziną. Mieszkali tam zaledwie miesiąc. Do ogrzewania zbierali chrust jak w dawnych czasach, a światło dawały świeczki ustawiane w różnych miejscach, bo dzieci bały się ciemności. Pożar zastał ich we śnie. Spłonęli wszyscy oprócz chorej na serce matki, która akurat przebywała w szpitalu i Roberta, bo nie wrócił wtedy na noc. Matka umarła po kilku godzinach od tragicznej wiadomości. W Hajnówce nie przeżywano dotąd pogrzebu z pięcioma trumnami. W małych miastach mało co nie jest wspólną sprawą i na długo stanęły wszystkie serca, zanim życie powoli wróciło do normy.

Do czasu wprowadzenia obowiązku eksmitowania do lokali zastępczych, na pewno wydarzyła się niejedna tragedia. Na szczęście o nich nie wiem, bo nie umiałabym z tym żyć. Ciągle jednak obserwuję bezduszność na różnych szczeblach z przyzwoleniem ludzi, których to nie dotyczy. Gdybyśmy zwiększyli swoją społeczną aktywność, interesowali się decyzjami władz, o wiele mniej byłoby dramatów. Hajnówka jest tak mała, że łatwo rozpoznać kto z mieszkańców potrzebuje pomocy i niezwłocznie jej udzielić. Lokalni urzędnicy w żadnym razie nie mogą uskarżać się na nadmiar pracy, a mimo to nie jest ich priorytetem wyciąganie ludzi z kłopotów. Łatwiej jest wykonywać zalecenia zapisane w paragrafach, bo to nie wymaga myślenia i dobrej woli. Niewątpliwie ówczesny burmistrz jako urzędnik nie ma sobie nic do zarzucenia, ale jako człowiek się nie sprawdził.

Z mężem się rozwiodła, bo jej nie szanował. Zwlekała aż dzieci podrosły, a wtedy już nic go nie chroniło. Starsza córka szybko założyła własną rodzinę i zostały z Martą same. Były jak siostry, nierozłączne, oddane, ze wspólnymi sprawami.  Niemal ciągle pracowała na chleb dla obu, a Marta spełniała swoje marzenia. Uczyła się fryzjerstwa, bo tak to kochała, że strzyżenie i czesanie śniło się jej po nocach. Jak już została pełnoprawną fryzjerką i prowadziła własny salon, dalsza rodzina kupiła jej mieszkanie blisko mamy i Marta poszła na swoje, ale więzi okazały się nierozerwalne. Matka pomagała jej we wszystkim w czym tylko mogła, ona pomagała matce, a obie pomagały potrzebującym, bo na tym etapie życia miały już czym się dzielić. Mieszkały na biednym osiedlu, bo w Hajnówce wszystkie osiedla są biedne, może poza prywatnym budownictwem na obrzeżach miasta. Kolega z sąsiedztwa zapytał, czy mogłaby mu coś pożyczyć, a ona bez wahania zaprosiła go do siebie. Wychodząc zamknął za sobą drzwi na klucz i od tej chwili nie było wiadomo gdzie się Marta podziała.

Matkę poznałam tuż po pogrzebie. Ona miała potrzebę mówienia, a ja poinformowania o szczegółach tego strasznego morderstwa, które wstrząsnęło miastem i poraziło jak prądem. Rodzina zorganizowała marsz przeciwko przemocy i niemal wszyscy mieszkańcy wyszli na ulicę, aby po raz drugi pożegnać Martę i w ciszy zademonstrować swój sprzeciw. W sądzie uczestniczyłam w  każdej rozprawie, bo pisałam relacje dla jednej z gazet. Wyszłam z tego prawie z pomieszaniem zmysłów, patrzyłam na matczyną rozpacz ze szczerym zdziwieniem, że da się ją przeżyć. Trudno sobie wyobrazić, że istnieje taki ładunek emocji, który może rozbijać kamienie.

Morderca był młodym mężczyzną, mężem i ojcem. Zabił Martę, żeby spokojnie ją okraść i w miarę możliwości zatrzeć ślady. Odmówił składania zeznań więc sąd odczytywał wcześniejsze, spisane przez policję, ale tych się wyparł. Siedział cynicznie uśmiechnięty i chyba nawet dumny z siebie, a przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Nieprzygotowana drobniutka prokurator, w za dużej todze, w kółko przytaczała argument w postaci kości gnykowej, a w mojej głowie narastał mętlik i rozsadzał ją. Trzy osoby, które zapamiętałam za mądrość i takt to śledczy z Hajnówki, patolog i sędzia sprawozdawca. Wyrok dwudziestu pięciu lat w więzieniu nie zrobił na mordercy większego wrażenia, jedynie twarz zmieniła mu się z cynicznej na wredną.

Niedawno spotkałam matkę i choć ciągle mam w pamięci jej zrozpaczony obraz, odważyłam się na rozmowę. Nie zdawałam sobie sprawy, że Marta nie żyje prawie tyle lat ile sama wówczas miała, a mordercy kończy się wyrok. Jeśli był skrócony, na pewno przebywa już na wolności i prowadzi normalne życie. Dla niej nigdy więcej nie będzie normalnie. Jest zupełnie sama, bo starsza córka od dawna mieszka za bardzo daleką granicą, a dorosłe wnuki też są daleko od niej. Niezależnie od wydarzeń każdy ma prawo układać życie po swojemu i tak jest dobrze. Choć długo się bała i wciąż czekała na Martę, osiągnęła już wewnętrzny spokój i w miarę swoich skromnych możliwości nadal pomaga innym.

Nikt z nas nie może powiedzieć, że omijają go problemy emocjonalne. Ale kiedy jest ich za dużo, trudno samemu udźwignąć. Czasem wystarczy telefon do przyjaciela, a jeśli nie, przydaje się pomoc fachowców. Niemal w zasięgu ręki istnieje poradnia, która udziela pomocy psychologicznej osobom doświadczającym kryzysu emocjonalnego, samotnym, cierpiącym z powodu depresji, bezsenności, chronicznego stresu. To Poradnia Telefoniczna 116 123. Połączenie jest całkowicie bezpłatne z każdej sieci i anonimowe.

Poradnia Telefoniczna, która funkcjonuje jako Telefon Zaufania, w Polsce powstała 8 lat temu z inicjatywy Komisji Europejskiej. Telefony zaczynające się na 116 to 3 darmowe linie telefoniczne dla osób znajdujących się w trudnej sytuacji i potrzebujących wsparcia, identyczne w całej Europie. Pod numerem 116 123 konsultanci wspólnie z rozmówcą zastanawiają się co w danej sytuacji jest dla niego najlepsze. Korzystają przy tym z wciąż udoskonalanego systemu kierowania osób dzwoniących do lokalnie działających specjalistów i instytucji wspierających w celu kontynuacji pomocy. Czas rozmowy z konsultantami jest nieograniczony. Telefon czynny codziennie /od poniedziałku do niedzieli/ w godzinach 14.00 – 22.00 .

Oprócz 116 123 są jeszcze:

116 111 – telefon dla dzieci i młodzieży;

116 000 – telefon w sprawie dzieci zaginionych.

Aby potwierdzić te informacje, kilkakrotnie, w różnych porach, dzwoniłam pod numer 116 123, ale się nie udało. Konsultanci byli bezustannie zajęci i miły głos kazał mi czekać. Oznacza to, że ciągle jesteśmy czymś udręczeni, bo choć w poradni telefonicznej dla osób dorosłych w kryzysie emocjonalnym pracuje wielu fachowców, trzeba mieć szczęście, żeby się dodzwonić.

 

Ta śliczna dziewczyna napisała do mnie z Anglii. Przysłała komentarze do tekstów, ale słowem nie wspomniała, że też pisze. Prowadzi bloga tumblemind.blog.pl i za jego pośrednictwem poszukuje osób podobnych do siebie. Nie wiedziała, że ma połowę tyle lat co ja, ale faktycznie trafiła. Obie obcinamy metki na ubraniach choćby były najbardziej markowe i mamy podobne priorytety. Wystarczy zajrzeć na jej bloga, aby przekonać się jak bardzo jest utalentowana i miła. Dziś pisze specjalnie dla Państwa.

FB_IMG_1504857780886

Na imię mam Sylwia i jest mi bardzo miło powitać Czytelników pani Teresy. Trudno jest opisać samą siebie, ale zrobię to najlepiej jak potrafię. Mam 31 lat, a mój synek 6. Jego ojciec szybko go osierocił i zostaliśmy sami. Po próbach i doświadczeniach udało mi się stworzyć nową rodzinę, mój mąż pochodzi z Indii i wniósł do naszego życia świat, którego się ciągle uczymy. Jestem niepoprawną romantyczką i marzycielką, na którą nie działają dobra materialne. Za to listy pisane własnoręcznie albo kwiatek zerwany przy drodze dostarczają wzruszeń, bez których nie mogłabym żyć. Interesuje mnie cały otaczający świat i cierpię z powodu ograniczonego czasu, najchętniej spędziłabym tu 3 tys. lat. Więcej poznaję żyjąc z nim w absolutnej harmonii, dlatego nigdy się nie obrażam i nie przyjmuję do siebie słów krytyki. Gdybym nie była mamą i żoną, byłabym podróżniczką i wolontariuszką. Teraz pracuję w biurze, ale kiedy tylko mogę uciekam do magazynu, bo tam jest ciekawiej.

9 lat temu do Anglii wyjechali moi rodzice, a ja i młodsza siostra razem z nimi. Choć początkowo było trudno, teraz się cieszę, że tu jestem. Anglia jest moim domem, można być tu dumnym z wielu rzeczy. Zachwycająca jest otwartość, życzliwość i opieka nad obywatelami. Jedyną zmorą imigracji jest angielska „barowa” pogoda. Do tego nie można się przyzwyczaić.

Od maja br. prowadzę bloga. Nieśmiało spróbowałam i bardzo spodobało mi się pisanie. Blog jest świetnym narzędziem zrzeszającym ludzi myślących podobnie jak ja. Niekoniecznie alter ego, ale takich, których gryzą metki, którzy nie rezygnują ze swoich marzeń, lubią horrory, zjawiska paranormalne i umieją podzielić się z innymi całym swoim pokładem miłości. Niesamowite, że w tak krótkim czasie udało mi się stworzyć relacje z wieloma wspaniałymi ludźmi. Bardzo wszystkim i za wszystko dziękuję. Pozdrawiam najserdeczniej.

Sen był jak scena z filmu. Uświadomił mi, że jest temat, który omijam jak zarazę. Rozwód. Nawet w beletrystyce moi bohaterowie się nie rozwodzą. Bardzo trudno jest się rozstać, kiedy ludzi wszystko łączy. Wszystko oprócz dobrych uczuć. Nie chcę tu użyć słowa miłość, bo wyświechtane jakieś i coraz częściej odnosi się do skrajnych form. Miłość to miłość, a uczucie to herbatka podana w porę, słowa otuchy kiedy trzeba i wzajemna pomoc w każdej sytuacji. Zakochani żyją w świecie idealnym, ale ja niczego o takim świecie nie wiem. Już zapomniałam, a może mój nigdy nie był idealny. Za to rozwód był ratunkiem przed pogłębiającym się osobistym nieszczęściem i jeżeli już o tym myślę, to w kontekście własnej głupoty. Weszłam w emocjonalny związek, który nie rokował na przyszłość. Zrobiłam to samej sobie i swoim bliskim.

W świetle prawa okoliczności takie jak zdrada, alkoholizm jednego z małżonków czy przypadki przemocy domowej nie są wystarczające do orzeczenia rozwodu. Podstawowym i koniecznym warunkiem jest wystąpienie zupełnego i trwałego rozkładu pożycia. Jeśli tak nie jest sąd nie ma obowiązku orzeczenia rozwodu nawet wówczas, kiedy małżonkowie zgodnie tego żądają.

Kiedy wiążemy się z kimś na stałe i jeszcze urzędowo to potwierdzamy, do rodziny wprowadzamy osobę, która staje się nasza. Zięć /synowa są jak własne dziecko, a szwagier/szwagierka to rodzeństwo. Ktoś bliski, ważny i często bardzo kochany. Ze związku rodzą się dzieci, a one rodziców kochają bezwarunkowo. Rozwodzące się małżeństwa dostarczają cierpienia całej rodzinie. Rozwód jest na drugim miejscu – po śmierci małżonka – traumatycznym przeżyciem. Oczywiście ma znaczenie z jakiego powodu się rozstajemy, ale na ogół przyczyna odczuwana jest głównie w związku. Wiem, że nie ma słów przestrogi, które trafią do młodych ludzi, nie będę nawet próbować. Miłość z założenia ma pokonać przeszkody i wszystko wybaczyć, ale niestety tylko w piosenkach i filmach. Gdyby do miłości dodać odrobinę myślenia, o ile mniej byłoby dramatów. Nie jestem osobą odpowiednią do pouczania i nie śmiałabym tego robić. Dlatego wyłącznie wskazuję poszkodowanych w naszych złych życiowych wyborach.

W 2016 roku w Polsce rozwiodło się 64 tys. par, a dodatkowo wobec 1.7 tys. sąd orzekł separację. Najczęściej rozstają się małżeństwa ze stażem 5 – 9 lat. Coraz częściej rozpadają się też związki ze stażem wieloletnim, bo mężczyzna porzuca żonę dla młodszej partnerki. W mieście rozwodem kończy się 44 proc. małżeństw, a na wsi 23.

Na podstawie wnikliwych analiz i badań uczeni z Międzynarodowej Agencji Badań nad Rakiem przewidują, że do 2030 roku zapadalność na nowotwory złośliwe na świecie zwiększy się 75 procent. Wizja przerażająca i trzeba się przygotować, bo wzrastać będzie sukcesywnie. Jest to ważny sygnał dla wynalazców leków, ale dzieła umysłu są skomplikowane i często przypadkowe. Dlatego zawczasu należy tworzyć specjalne warunki osobom, którym w ostatnim stadium choroby onkologicznej nic już nie może pomóc oprócz opieki paliatywnej. Stowarzyszenie na Rzecz Hospicjum w Hajnówce wychodzi na przeciw potrzebom mieszkańców powiatu hajnowskiego, który pomimo dużego obszaru i zaludnienia nie dysponuje placówką hospicyjną. Zaniedbanie jest tak drastyczne, że należy je naprawić jak najszybciej i powołać hospicjum przy nowoczesnym hajnowskim szpitalu. Założyciele stowarzyszenia szukają różnych możliwości wsparcia inicjatywy, która i tak całkowicie zależy od dobrej woli władz powiatu. W ramach poszukiwania sprzymierzeńców, z powagą i zrozumieniem traktujących potrzebę uruchomienia w mieście takiej placówki, radny miejski i założyciel stowarzyszenia Piotr Mirończuk spotkał się z Posłem na Sejm RP z ramienia PiS Dariuszem Piontkowskim.

020917Pan Poseł /na zdjęciu z lewej/ z wielką życzliwością odniósł się do starań stowarzyszenia i obiecał wsparcie niezbędne na obecnym etapie, kiedy perswazja jest jedynym możliwym środkiem do zmobilizowania władz powiatu i dyrekcji szpitala.