W piątej klasie dołączył do nas Mirek S. i zaczął się regularny łomot. Mirek bił wszystkich, przeważnie pięścią i z całej siły. Chodziliśmy wokół niego jak aniołki, byle nie dostać. Był mały, porywczy, miał niekształtną głowę, jakby jej tylna część była za duża i niestarannie doklejona. Nie obchodziło go, że się skarżymy nauczycielom. Nauczyciele też go nie obchodzili. Systematycznie wzywany do szkoły ojciec podobno bił go w domu i zamykało się błędne koło agresji. Z nadzieją wypatrywaliśmy dnia, kiedy Mirka zabiorą do poprawczaka, bo obiecywali mu nauczyciele i rodzice, ale ten dzień nie nadszedł i Mirek razem z resztą klasy otrzymał świadectwo ukończenia znienawidzonej podstawówki.

Spotkałam go w stanie wojennym / w Polsce: 1981 – 1983/.  Przechodziłam po pasach na zielonym i niemal wpadł na mnie rozpędzony motocykl szalonego zomowca. Szłam już chodnikiem, kiedy ten sam motocykl zatrzymał się obok. Wściekły facet rzucił najpierw serię przekleństw, potem bez odrobiny przyzwoitości podsumował: – a, to ty, k., łamaga klasowa, niech cię szlag. Nie chciałam rozmawiać. Miałam małe dziecko i zostałoby sierotą, gdyby mnie zabił na pasach. Nie obowiązywały go światła i zawsze robił co chciał. ZOMO było dla niego idealne. Spośród kandydatów dobierano głównie tych o skłonnościach sadystycznych, brutalnych, pozbawionych skrupułów.

Formacje Zmotoryzowanych Odwodów Milicji Obywatelskiej zostały utworzone po krwawych zamieszkach w Poznaniu w 1956 roku. Władze PZPR uświadomiły sobie wtedy, że nie są w stanie bez dodatkowych sił zwalczać narastającego niezadowolenia wśród obywateli. Do tłumienia protestów potrzebne im były zorganizowane na wzór wojskowy zwarte, mobilne, odpowiednio wyszkolone, uzbrojone i zawsze gotowe do działania oddziały milicji. Bez zbędnej zwłoki powołano do służby 10 tys. zomowców, ale do tłumienia zamieszek ilość ta okazała się niewystarczająca. Na początku lat 70. utworzono oddziały specjalne ZOMO, które z założenia miały służyć do aresztowań wyjątkowo niebezpiecznych przestępców, ale przed stanem wojennym były wykorzystywane przede wszystkim do działań przeciwko opozycji. 13 tys. funkcjonariuszy ZOMO polewało wodą, dusiło gazem łzawiącym, biło specjalnymi pałkami, strzelało i zabijało demonstrantów aż do lipca 1989 roku, kiedy użyto ich po raz ostatni, a 7 września 1989 roku zostały rozwiązane. ZOMO istniało 32 lata /1957 – 1989/. Na początku lat 90. zostało przekształcone w Oddziały Prewencji Policji.

Już po publikacji artykułu dowiedziałam się, że Mirek S. odszedł ze służby po rozwiązaniu ZOMO i jest na swoim terenie cenionym rzeźnikiem.

Cierpienia nie widać na ulicy. Wychodzimy zdrowi, zadbani, piękni. Cierpienie pozostaje w czterech ścianach szpitalnych lub domowych, schowane dla każdego, kto nie musi go oglądać. I trudno określić, które życie jest bardziej realne. Czy to na pokaz, czy schowane? Bo cierpienie i umieranie to też życie. I należy traktować je z szacunkiem. Stowarzyszenie na Rzecz Hospicjum w Hajnówce od kilku miesięcy próbuje to Państwu powiedzieć, ale mamy świadomość, że z ideą hospicjum nie dotarliśmy do wszystkich. Tworzenie miejsc wspomagających osoby w potrzebie znane jest od wieków. Zakładano przytułki dla bezdomnych, chorych, samotnych i tam się nimi opiekowano. Dopiero w XX wieku pojawiło się hospicjum i bardzo potrzebne jest nam w Hajnówce.

Hospicjum dzieli się na stacjonarne i domowe. Domowe ma pomagać w domowym zaciszu. Chorego powinien odwiedzać zespół hospicyjny, czyli lekarz, pielęgniarka, psycholog, rehabilitant, wolontariusz i duchowny jeśli bliscy sobie tego życzą. Mają zapewnić pomoc nie tylko choremu, ale całej jego rodzinie. Stacjonarne, to miejsce specjalnie utworzone dla nieuleczalnie chorych. Umieszcza się tam chorego, jeśli z jakichś powodów niemożliwa jest opieka w domu, ale zasadnicze wskazania są trzy: – jeśli chory potrzebuje całodobowej opieki medycznej, – jeśli nie ma bliskiej osoby by się mogła nim zaopiekować, – jeśli potrzeba tymczasowej opieki wyręczającej, gdy rodzina np. musi wyjechać i nie ma kogo pozostawić do opieki nad chorym. Żadne z tych hospicjów nie skupia się na śmierci, ale na wartości życia niezależnie od jego kondycji.

Bracia Rysunek i Wiesunek to koledzy z podstawówki. Rysunek był w klasie mojej siostry, a Wiesunek dwa lata młodszy. Ich mama była Rosjanką z mocnym akcentem i tak się do nich zwracała. Dla nas to po prostu Rysiek i Wiesiek. Ich rodzice poznali się w stalinowskiej kolonii karnej na Kamczatce, gdzie mama odbywała karę, a ojciec – Polak – był nadzwyczaj gorliwym funkcjonariuszem i wyznawcą Stalina. Kiedy po śmierci wodza w 1953 r. odzyskała wolność, razem przyjechali do Polski i tu urodzili się ich synowie. Upośledzony Rysunek był względnie samodzielnym chłopcem, ale wymagał opieki także poza domem. Ojciec kupował mojej siostrze cukierki za zdejmowanie i podciąganie portek, kiedy w szkole chciało mu się siku albo co innego. Był malutki, drobniutki i nie wolno było się z nim sprzeczać. Wpadał wtedy w szał i bił nas chudymi piąstkami po plecach, a jak się zmęczył to już tylko płakał i się jąkał. Siostra dostawała dodatkowe cukierki jak go wybroniła i nigdy nikomu nie dała nawet spróbować. Nie wiem w jakim wieku skończył podstawówkę, ale brat go przegonił i po latach spełnił oczekiwanie swego ojca, który nieraz krzyczał, że Wiesunek nam pokaże jak zostanie prokuratorem. Nie wiem czy ojciec tego doczekał, bo jak wszystkie dzieci z symptomami normalności, które z czasem uległy podważeniu, uciekłam do świata a potem w dorosłe życie. Mój były twierdził, że jestem niedorozwinięta i gdybym się w porę nie wyprowadziła, zapiłby się na śmierć. Nie znał większego upadku dla prawdziwego mężczyzny niż pisząca żona.

Prokurator Wiesunek jest kopią swego ojca. Obaj kwadratowi, małomówni, z zimnymi oczami i bezwzględnością w postawie. Przypadkiem widziałam  jak ojciec bił sąsiada, bo mu nie pasował i zawsze, nawet teraz mam przeczucie, że jego syn zdolny jest do tego samego. Wtedy Wiesunek unikał konfrontacji z nami i do nikogo się nie odzywał. Z daleka omijał swego brata i czasem próbowałam wyobrazić sobie jak funkcjonują razem w domu. Moja mama mówiła o nas dzieci, a ich mama mówiła o nich oddzielnie, jakby do siebie nie pasowali, i tylko o Rysunku z miłością. Na pewno po śmierci rodziców rozpadła się ta rodzina jak wiele innych i prokurator dawno zapomniał skąd się wywodzi. Za to kariera dopisuje mu nieprzerwanie przy każdej władzy. Kiedy widzę jego nazwisko w prasie boję się świata, w którym żyję. Wiesunek może mnie zamknąć w więzieniu kiedy zechce, może wyciągnąć rękę po moją rodzinę lub przyjaciół, może zaszkodzić bo to lubi. Właśnie w takim kontekście jest opisywany i nigdy nie znalazłam o nim zwykłej ludzkiej wzmianki. Aż przykro, że jest postacią z mojego dzieciństwa i ciągle pamiętam jak chodzi taki mały z dużym tekturowym tornistrem i odwraca głowę na widok innych dzieci.

Pierwsze na świecie hospicjum stacjonarne powstało w Londynie 50 lat temu. Prekursorką była Cicely Sanders, która podczas rozmów z Dawidem Taśmą, nieuleczalnie chorym polskim lotnikiem, wpadła na pomysł założenia takiej instytucji. Pierwsze hospicjum stacjonarne w Polsce otwarto 25 lat temu w Białymstoku /na blogu 21 maja 2017 r./  Z założenia miała to być placówka, która pomogłaby godnie przeżyć ostatnie chwile życia, uporządkować ziemskie sprawy i odejść w pokoju ze sobą i światem. W szpitalach ukierunkowanych na przywracanie zdrowia nie było miejsca dla takich chorych, ale to należy zmieniać. Prawidłowo prowadzone hospicja stacjonarne współpracujące z oddziałami szpitalnymi to ideał, do którego należy dążyć.

Stowarzyszenie na Rzecz Hospicjum w Hajnówce rozprowadza ulotki informujące mieszkańców powiatu hajnowskiego, jakiego zaniedbania dopuściły się władze powiatu i szpitala wobec nich.

1 2

Moje nowe odkrycie to stare naczynia w hajnowskich sklepach z odzieżą używaną. Największe stoisko jest  przy ul. Wierobieja 15,

7

w innych są mniejsze ilości, ale zawsze to jakaś odmiana. Bardzo lubię je oglądać i cieszę się, kiedy znajduję coś dla siebie. Ciekawe rzeczy są też w sklepie przy ul. Białowieskiej 5 c.

8Oglądając je można odpłynąć w przeszłość, są wciągające jak stare fotografie. Na pewno interesujecie się Państwo bliskimi, których nie zdążyliście poznać, obcymi, których znaliście, ale już ich nie ma. Po wszystkich tych osobach, oprócz wspomnień, pozostały przedmioty, którymi się posługiwali. Nieznajomi używali naczyń, które możemy teraz kupić i wyobrażać sobie ich życie, upodobania, a nawet status. Lubię fantazjować co jedli w swoich naczyniach albo w jakich sytuacjach towarzyskich wyjmowali je z kredensów. Kiedy wybieram coś dla siebie, jestem onieśmielona i długo się z nimi w domu oswajam. Oglądam, tulę w dłoniach, aż zaczynają snuć opowieści o dawnych właścicielach. Nie myślimy o tym, że za jakiś czas, wcale nie długi, po nas także pozostaną przedmioty, które ktoś będzie przytulał. Nie wszyscy przywiązujemy do nich wagę i jest to właściwe, bo rzeczy nie tworzą życia. Za to tworzy je nasz stosunek do ludzi i kiedy o nich myślimy, często pojawiają się z ulubioną filiżanką, w której podają herbatę lub grzybki w malutkiej miseczce. Wizje nie zmieniają nas w pasjonatów, ale w ludzi wrażliwych z całą pewnością.

4Kokilkę kupiłam bo duża, spodeczek i miseczkę bo cienkie i szklane, kolorowe miseczki bo tajemnicze, szklaneczki bo ładny kształt, a talerzyki bo cudne.

Stowarzyszenie na Rzecz Hospicjum w Hajnówce ma logo. Autorem projektu jest Marek Bagrowski – asystent biura poselskiego Posła na Sejm RP Tomasza Cimoszewicza.

logo_hospiciumZawarte w kształcie znaku drogowego STOP oznacza STOP CIERPIENIU, które w chorobach nowotworowych jest nieodłączne. Wystarczy, aby w mieście pilnie powołać przy szpitalu hospicjum stacjonarne z profesjonalnym personelem i choroba w terminalnym okresie będzie łatwiejsza do zniesienia. Ale do tego trzeba dobrej woli starosty i dyrektora szpitala. Stowarzyszenie nie zaprzestanie starań o hospicjum, bo nigdy nie jest tak, aby stanowiska osób niechętnych były mocniejsze niż ludzkie potrzeby.

Założyciele stowarzyszenia dziękują pani Bogusławie Czarkowskiej za pracę, którą włożyła w szkice projektu i interesujące pomysły.

Nie wiadomo z jakiego powodu z naszego życia zniknęła odwaga cywilna. Bardzo szkoda, bo właśnie ten rodzaj odwagi pomaga nas definiować jako ludzi. Jest to w gruncie rzeczy postawa, a jej podstawowym elementem występowanie pod własnym imieniem i nazwiskiem. Niezależnie od sytuacji najłatwiej nas zdominować, kiedy tylko okażemy strach. Ale trzeba wiedzieć kiedy się bać. Odwaga cywilna to nie jest brak strachu, to umiejętność panowania nad strachem.

Zmiana ustroju skomercjalizowała nasze życie i podział społeczeństwa stał się okrutną konsekwencją, jakby wypadkiem przy pracy. Musieliśmy nauczyć się polegania na innych i sobie, ale też dawać wsparcie tym, którzy sobie nie radzą. Na każdej płaszczyźnie najprostszym i w zasadzie jedynym sposobem porozumienia jest wzajemny szacunek. Należy dotrzymywać raz danego słowa i zawsze ponosić odpowiedzialność za własne czyny. Odwagi wymaga nie tylko przyznanie się do błędów, ale też proszenie o pomoc.

Jako obywatele powinniśmy bardzo pilnować własnych spraw. Ale jesteśmy pokorni, a każda władza lubi poszerzać swoje wpływy. Milczenie zawsze wyraża zgodę, a władzy tylko tego trzeba. Należy blokować nie zawsze jasne, a czasem bezczelne poczynania władz różnych szczebli dla przypomnienia w jakim celu objęła powierzone przez nas stanowiska. Nie może brakować nam odwagi, bo milcząc działamy przeciwko sobie, a przecież tego nie chcemy. Sprzeciw odważnych obywateli jest zawsze zimnym prysznicem.

Najwięcej odwagi zwykłym ludziom dodają mundury lub cywilne uniformy. W mundurach lub garniturach czują się ważni, silni i godni zaufania, choć bez tego niczym się jako ludzie nie różnią. Zmienia się postawa, wzrasta autorytet i poważanie. Nie tylko inaczej na nich patrzymy, ale sami też dobrze się w tym czują. Najdziwniejsze, że własną starość traktujemy czasem jak mundur i obnosimy się z nią, choć pod fasadą starości może się kryć marny człowiek. Młodzi ludzie mają absolutną rację zmieniając priorytety naszego pokolenia. A co powiedzieć osobom bez munduru, garnituru, bez makijażu nawet? Trzeba wiedzieć kiedy się bać, ale najlepiej strach odrzucić. Wygrywamy, kiedy mamy odwagę, bo wtedy wszystko się udaje.

Zajęta jakimiś myślami, które zwykle okazują się bez znaczenia, weszłam do sklepu i zapomniałam powiedzieć „dzień dobry”. Zrobiła to miła pani za ladą, a ja się tak zawstydziłam, że do tej pory pamiętam. Wtedy nauczyłam się, że żadne myśli nie mogą nas zająć tak bardzo, żeby nie dostrzec drugiego człowieka. I jeszcze jednego: nie możemy wymagać uprzejmości od naszych dzieci i wnuków, jeśli sami nie dajemy dobrego przykładu.

Bardzo się rozminęliśmy z osobistą potrzebą uprzejmego traktowania i swoim zachowaniem. Niby dobrze o tym wiemy, staramy się, ale nie zawsze wychodzi. Może warto zweryfikować myślenie o życiu jako dżungli i wrócić do realiów, które dla wszystkich są jednakowe. Chcemy być lubiani, dowartościowani, szanowani, a to przecież takie proste. Bądźmy dla innych ludzi dokładnie tacy, jak chcemy żeby oni byli dla nas. Kiedy zamierzamy zachować się nieuprzejmie, przypomnijmy sobie z jaką sympatią traktujemy ludzi uprzejmych. Zyskują nasze zaufanie, dobrze się z nimi czujemy, a nawet wydają się nam ładniejsi. Główna tajemnica leży w uśmiechu, który jest potęgą i otwiera wszystkie drzwi, łagodzi i niweluje nieporozumienia. Jeśli dochodzi do tego życzliwość, grzeczność i miły stosunek, to wystarczy aby nie wnosić do życia napięcia.

Uprzejmy umysł, to zacny umysł.

Ta zasada nie zmienia się przez wieki i zawsze będzie aktualna. Już Eurypides, urodzony w 480 r. p.n.e. grecki filozof i dramaturg nauczał, że „w uprzejmości jest wdzięk i korzyść”. Zwykła codzienna uprzejmość potrafi dać poczucie szczęścia i życia w zgodzie ze światem, odwzajemniony uśmiech gwarantuje dobry nastrój na cały dzień. Należy pamiętać, aby nie obarczać innych swoim złym humorem, bo jeśli nawet za chwilę przepraszamy, to nasza emocjonalna chwiejność zawsze daje złe wrażenie.

Nie namawiam Państwa do szczebiotania i zagadywania spotykanych osób, ale miły uśmiech jeszcze nikomu nie zaszkodził.

Organizacje pozarządowe to takie podmioty, które nie podlegają administracji publicznej rządowej i samorządowej i nie są nastawione na zysk. Działając na danym obszarze, na przykład w Hajnówce, to one dodają miastu prestiżu, a nie odwrotnie. Władze powinny hołubić je i wspierać, bo przyznawanie dotacji to tylko cząstka wzajemnego pożytku. Widziałabym potrzebę stałego współdziałania władz miejskich z organizacjami pozarządowymi, zgodnie z formułą wypracowaną przez obie strony. Podczas 29 sesji miejskiej radny Piotr Mirończuk, który jest założycielem Stowarzyszenia na Rzecz Hospicjum w Hajnówce zapytał burmistrza, czy nie zechciałby rozważyć wydania informatora o działających w mieście organizacjach pozarządowych. Odpowiedź rozczarowała, bo burmistrz polega w tej sprawie na woli organizacji i nie rozumie, że to on powinien ubiegać się o współpracę z nimi, wychodząc z własnymi inicjatywami. Nic tak nie blokuje działania jak zatrzymanie na pewnym etapie bez podążania w przyszłość. Informacja internetowa, do której się odwołuje, jest za mało nośna w małym mieście i należy korzystać także z innych form.

Organizacje pozarządowe, w skrócie NGO /od non-government organization/, zawsze działają na rzecz wybranego interesu, ale nie komercyjnie. To trzeci sektor po publicznym /władze, adm. publiczna/ i rynkowym /przedsiębiorcy/. Choć powstają z inicjatywy założycieli, którzy są osobami prywatnymi, zawsze działają w interesie publicznym i nie generują zysków dla siebie. Każdy może założyć stowarzyszenie, przystąpić do istniejącego lub się z niego wypisać. Organizacje kościelne i wyznaniowe oraz stowarzyszenia jednostek samorządu terytorialnego nie są organizacjami pozarządowymi, ale mają takie same jak one możliwości działania. Natomiast organizacje społeczne /np. związki/, to zupełnie oddzielna kategoria.

Wszyscy Państwo, jeśli tylko macie potrzebę działania w konkretnej sprawie dla wspólnego dobra, a w dodatku czujecie się liderami, powinniście pomyśleć o stworzeniu organizacji pozarządowej.