Historia miłosna kresowa

Ona

Nie wiedziałam co mnie do niego ciągnie. W akademiku było wielu chłopców, ale to jemu pomagałam w kuchence, opowiadałam o roślinach i owadach, a czasem wyczekiwałam kiedy po imprezie wróci do swego pokoju. Czasem zwisały z niego moje koleżanki i wtedy płakałam. Przyciąganie okazało się jasne kiedy oglądaliśmy kwitnące forsycje, bo przyszło mu do głowy zaprosić mnie na mały spacer. Oboje pochodzimy z Podlasia, z małych wsi oddalonych od siebie kilkanaście kilometrów. Nie znaliśmy się, chodziliśmy do różnych szkół podstawowych, a potem średnich. W jego wsi mieszkała szeptucha i w razie potrzeby bywałyśmy u niej z mamą. Leczyła modlitwą, zwykle skutecznie byle potem pamiętać o rytuałach. Ślub wzięliśmy jako biedni studenci i jedyny dany nam przepych pochodził z cerkiewnego obrzędu. Złote szaty liturgiczne batiuszki, a nad naszymi głowami korony długo trzymane przez kolegę z dzieciństwa. Moja pozostała w cerkwi, ale ta męża przez całe życie mentalnie tkwi na jego głowie. Zachowywał się jak król, otaczał dworem długowłosych panienek, które udawały uwielbienie, schlebiały i spełniały zachcianki. Często afiszował się ze swoją białoruskością. Mówił „po swojemu” nie dbając, że jest niezrozumiały dla innych. Zostawiał mnie z tyłu tramwaju, a z przodu wołał po białorusku naśmiewając się, że nie reaguję. Pasażerom wyjaśniał, że się wstydzę swego pochodzenia, a on musi oswajać mnie z cywilizacją. Poniżał i lekceważył w każdej możliwej sytuacji i nie było innego wyjścia jak tylko rozdzielenie naszego życia. Wiedziałam, że do tego dojdzie, kiedy zgubił obrączkę i wcale się nie przejął. Ja zawsze całowałam swoją przed snem, a on nie całował nawet mnie. Widywałam go coraz rzadziej, aż wreszcie zostawiłam słodką karteczkę, że wyjeżdżam do mamy i więcej nie wrócę. Na odległość okazałam się bardziej atrakcyjna. Doczekaliśmy się dwóch córek, kupił nam nawet mieszkanie w mieście, ale bywał w nim rzadziej niż oczekuje tego normalna rodzina.  Wykłady za granicą stopniowo czyniły go człowiekiem zamożnym i pewnie nawet bym o tym nie wiedziała gdyby nie Klarinoczka, tleniona Tatarka uświadamiająca mi, że jestem zawalidrogą w jego karierze, a swoim biustem mogę rozbijać fale. Wtedy zażądałam rozwodu. Ociągał się, bo byłam jedynym realnym odniesieniem w jego zakłamanym życiu. Córki wiele już rozumiały i postanowiłam oszczędzić im widoku Tatarki omdlewającej na kolanach ojca. Subtelności nie pojmował, musiałam zastosować mocne uderzenie w sensie dosłownym. Klarinoczkę chwyciłam za włosy i cisnęłam nią o mównicę, z której mój mąż wygłaszał mowę do międzynarodowego towarzystwa.  Potem naplułam na jego markową marynarkę i spokojnie wyszłam. Potraktowano mnie jak wynajętą aktorkę, dostałam oklaski, ale w czasie przerwy wyjaśniłam wszystkim powód swego zachowania i przeprosiłam. Chętnie skorzystałam z zaproszenia na kolację, pokazałam zdjęcia córek, naszych domów rodzinnych na wsi, ze wskazaniem na jego, który wychował potwora. Potem widziałam męża na rozprawie rozwodowej i jeszcze kilka razy w telewizji. Świat naukowy przestał się o niego upominać, teorie które tworzył nagle okazały się skrajne i nikt go, łącznie z nami, nie potrzebował. Moje życie powoli stawało się spokojne, a nawet szczęśliwe, bo córki dostarczały bezustannej radości i dumy. Nie sprzeciwiłam się kiedy zapragnęły odwiedzić ojca, ale z niepokojem oczekiwałam ich powrotu. Powiedział, że ich nie chciał i nadal nie chce, że są paskudne jak ja i trudno je posądzać choćby o namiastkę rozumu. Dziś obie są cenionymi lekarkami z zacięciem badaczek i wytrwale szukają sposobu na raka. Po latach zajmowania się wyłącznie ich wychowaniem wróciłam do pracy w szkole i realizuję się jako biolog. W swojej rodzinnej wsi posadziłam wiele krzewów forsycji, bo choć dla mnie oznaczały dobry początek złego, dla innych młodych ludzi mogą być dobrym początkiem pomyślności i sukcesów. Z dalekich podróży przywożę tak dużo nasion i sadzonek, że nasza wieś powoli staje się jedynym na Podlasiu ogrodem botanicznym. Pomagają mi byli uczniowie, którzy po studiach wracają pielęgnować i utrwalać dla swoich dzieci to unikalne miejsce stworzone przez wiele kultur i różne religie.

Już w sobotę: setny tekst na blogu.

Historia miłosna kresowa  / prawdziwa /

On

Najpierw jej nie widziałem. Zachłysnąłem się dziewczynami pięknymi, a te bezbarwne, na które napatrzyłem się w swojej wsi przestały mnie obchodzić. Przemykały się korytarzami w naszym akademiku jak duchy. Wychodziły rano, wracały późno, kiedy imprezy na dobre się rozkręcały. A ta była najgorsza. Chudy kucyk bez koloru na czubku małej głowy i owinięta pod sama szyję. Była wysoka, ale zwiewna i wiotka, gdyby ubrać ją po ludzku olśniewałaby i zachwycała. Czasem pomogła mi w malutkiej kuchence, ale potem szybko wychodziła. Nie wiem kiedy zakiełkowało. Rosło długo, aż zaprosiłem ją wiosną na placyk popatrzeć na forsycje. Od razu zrobiła mi wykład, że to krzew z rodziny oliwkowatych, kwitnie zanim wypuści liście i szkoda, że nie sadzą go w jej wsi na Podlasiu, dobrze by się komponowały z bzami. Nasze wiejskie domy dzieliło nie więcej niż kilkanaście kilometrów, ale dowiedzieliśmy się tego setki kilometrów dalej, przy złoto – żółtym krzaku. I staliśmy się nierozłączni. Wyciszyłem się przy niej, a ona nabrała pewności siebie i przeobraziła w eteryczną ważkę, o której pisała pracę dyplomową. Pobraliśmy się jeszcze w akademiku, a następnego dnia po ślubie zgubiłem obrączkę. Widziałem że płacze, ale w tamtym czasie miała wiele powodów do łez i z obrączką tego nie łączyłem. W głębi duszy pozostała wiejską dziewczyną, z wiarą w symbole i utracone właśnie szczęście. Naszą córkę urodziła już u swojej matki i mieszkały w marnej chacie przy drodze  trzy kobiety, każda z innego pokolenia. Pracowałem na uczelni, odwiedzałem je coraz rzadziej, a za opowiastkami o karierze ukrywałem prawdziwy powód: długowłosy, przeważnie blond i koniecznie w dużej ilości. Moja żona znalazła sobie pracę w szkole, ale urodziła się nam druga dziewczynka i szybko musiała ją porzucić. Wtedy kupiłem mieszkanie w mieście. Przeprowadziły się wszystkie kobiety, jednak mojej sytuacji to nie zmieniło. Wykładałem na różnych uczelniach, mieszkałem wtedy w akademikach, a samotne noce nie wchodziły w grę. Zacząłem wyjeżdżać za granicę i wszędzie myślałem, że świat należy do mnie. Sztandarowym podrywem była gitara i Wysocki z całą tą swoją nostalgią. Żona zaczęła być zazdrosna dopiero, kiedy poznałem blond Tatarkę z oczami jak węgiel. Została mi przydzielona jako asystentka przez rosyjską uczelnię i szybko staliśmy się nierozłączni. Zażądała wtedy rozwodu bez prawa odwiedzania dzieci, ale zwlekałem więc postanowiła mi pomóc w szybszej decyzji. Podczas konferencji, którą zorganizowałem i wygłaszałem właśnie wykład inauguracyjny, weszła na salę. Klarinoczkę  siedzącą przy mównicy chwyciła za włosy, na mnie napluła i wyszła krokiem baletnicy, bo trzeba przyznać – zawsze chodziła pięknie. Światowe towarzystwo myślało, że to performance i nie byłoby skandalu, gdyby nie poczekała na zewnątrz, a podczas przerwy opowiedziała wszystkim jakim jestem mężem, ojcem i draniem. Kolega ze skandynawskiej uczelni przypomniał, że uwiodłem mu żonę i z rozmachem przylał mi w pysk. Klarinoczka natychmiast wyjechała, a uczestniczki konferencji solidaryzując się z moją żoną zaprosiły ją na uroczystą kolację, którą zapewniałem jako organizator. To był ostatni rok mojej wyimaginowanej chwały i powolny upadek. Zaproszenia z zagranicy już nie przychodziły. Na krajowych uczelniach był kryzys, wiedza doktorska spełniała standardy bez potrzeby zatrudniania profesorów. Kupiłem mały domek bez wygód i od tej pory głównym moim zajęciem było pisanie niepotrzebnych nikomu książek naukowych, bo ci co wykładali sprzedawali studentom własne. Było jasne dla mojej żony, że tak marnie się wszystko potoczy, kiedy ta nieszczęsna obrączka zgubiła się z niewiadomych powodów i nie wiadomo gdzie. Niby szukałem, ale wolałem, żeby sama się znalazła. Niestety się nie znalazła i rozdzieliła nas zanim na dobre zaczęło się małżeństwo błogosławione przez cerkiewnego batiuszkę. Podlaskie przesądy nie mnie jednemu zmarnowały życie, ale zanadto byłem świadomy, aby ulegać tak bezsensownej imaginacji. Nie rozliczam się z życia i nie tłumaczę, choć przyznaję - poświęciłem rodzinę dla iluzji. Odbiło mi, że jestem profesorem, pierwszym wykształconym pokoleniem w chłopskiej rodzinie, że zabiegają o mnie piękne kobiety, a świat jest doskonały. Nie widuję swoich córek, one prawie mnie nie znają i nie mamy sobie niczego do powiedzenia. Nie jest mi głupio ani przykro, mój egoizm rozrasta się w miarę upływu czasu choć i tak zawsze posiadałem go w nadmiarze.

Za tydzień:  Ona;

 

Beata Pawlikowska napisała książkę „Wyszłam z niemocy i depresji, ty też możesz”.

Ta książka to psychoterapia. Nie da się jej po prostu przeczytać. Raczej rozważać i analizować. Należy przy tym zaufać autorce i dać się prowadzić, bo przećwiczyła depresję na sobie i wie o czym pisze.  Narracja jest może zbyt wolna, ale o to chodzi. Czytelnik musi mieć czas, aby zastanowić się czy chce wejść w relację z pisarką i czy w ogóle potrzebuje prowadzenia. Książka zirytowała osoby, które najpewniej jej nie przeczytały. Beata Pawlikowska w żadnym razie nie namawia do porzucania leków i odstępowania od terapii medycznych. Kiedy pisze „nie musisz brać leków” nie oznacza to, że należy je wyrzucić. Uważa, że można skutecznie wyleczyć się z depresji bez stosowania chemicznych pigułek, bez elektrowstrząsów i innych mechanicznych sposobów atakowania organizmu. Zwraca się do czytelnika świadomego, a nie bezwolnej istoty, której trzeba mówić co ma robić. Namawia, aby starać się przyjrzeć sobie do głębi i tłumaczy mechanizmy, które do depresji i niemocy doprowadzają. Fizyczna siła organizmu pochodzi z pożywienia i jeśli jest pełnowartościowe, to umysł też lepiej działa. Łatwiej się koncentruje i zapamiętuje, lepiej też działa dusza i im jest silniejsza tym większą mamy siłę woli i lepsze samopoczucie. Dużą rolę we wpędzaniu się w depresję pełni strach. Ten, który terroryzuje podświadomość i odbiera umiejętność racjonalnego myślenia.

Autorka pokazała taką twarz choroby, którą można wyeliminować małymi krokami. Ale jest też druga odsłona. Zapadający się w siebie człowiek, który nie ma siły nawet na jeden kroczek. Depresja może się przydarzyć każdemu. Czasem rozwija się latami, czasem pojawia się nagle i zawsze doprowadza do totalnego wyniszczenia psychicznego.  Jesteśmy zmęczeni, tracimy energię i radość życia, tracimy aktywność w każdej dziedzinie. Stajemy się jednym wielkim lękiem pełnym natrętnych myśli i fobii.  Depresję od zwykłej chandry odróżnia się już po ok. dwóch miesiącach złego samopoczucia, a wtedy trzeba pilnie szukać pomocy. Jeśli zostaną zalecone leki, należy je brać, bo skutecznie radzą z chorobą, a te najnowsze niemal nie mają działań ubocznych.

Fundacja ITAKA wprowadziła antydepresyjny telefon zaufania 22 654 40 41 i każdy może zadzwonić w poniedziałek lub czwartek w godz. 17 – 20. Można też wysłać maila na adres: porady@stopdepresji.pl  Proszę kontaktować się bez skrępowania, jeśli widzą Państwo taką potrzebę dla siebie lub bliskich.

Dziś pisze Joanna Bińczycka

właścicielka Pracowni Tortów Cukrowe Fantazje i sklepu firmowego w Hajnówce,
ul. 3 Maja 41.
Na tym blogu przedstawiła się Państwu 4 września, a 15 października pokazała swój piękny sklep.

Upiekłam pierekaczewnik. Długo się zbierałam, ale nie mogłam nie spróbować jak się wykonuje wpisany na listę produktów regionalnych i gwarantowany przez Unię Europejską produkt, a co ważniejsze jak smakuje. Przepisu szukałam w internecie i spośród  licznych propozycji na początek wybrałam wersję na słodko – z twarogiem i rodzynkami, choć może też być owocowa czy wytrawna mięsno - warzywna lub mięsna. Okazało się, że jest łatwiejszy do wykonania niż marcinek, a ciasto ma mniej składników. Tajemnica polega na tym, aby listkowało się po upieczeniu. Po wyrobieniu dzieli się je na 6 porcji /można na 4/ , każdą należy rozwałkować i układać warstwy jedna na drugą smarując obficie masłem. Na ostatnią położyć farsz, zwinąć i upiec.

 DSCF5701DSCF5703

DSCF5704DSCF5705

DSCF5707Efekt zaskoczył mnie samą, przerósł oczekiwania i wyobrażenie o prostej potrawie biednych ludzi. Teraz myślę, że pierekaczewnik nie miał za wiele wspólnego z biedą, ale świadczy o kreatywności w każdych warunkach. Poczęstowałam moje klientki i wszystkie opinie były entuzjastyczne. Jest równie dobry na zimno i na ciepło, może być przystawką lub deserem w zależności od rodzaju farszu. Jak Państwo wiecie, jego nazwa jest zastrzeżona, ale wyłącznie dla przepisu, a nie dla firmy czy osoby, która go piecze. Utytułowany pierekaczerwnik mogę tak nazywać, jeśli wykonuję go zgodnie z zatwierdzoną recepturą. Po polsku to po prostu przekładaniec, ale wymyślony przez Białorusinów i przyjęła się nazwa w ich języku. Zapraszam do samodzielnego pieczenia i testowania przepisów, które niby są zwyczajne, ale po wykonaniu zaskakują i fascynują.

Joanna Bińczycka

Kontakt:

tel. 601 286 164, e-mail:  binjoanna@wp.pl, także profil na facebooku.

W Hajnówce nie ma hospicjum stacjonarnego. To wielki wstyd dla miasta i powiatu.

Jeśli dotyka nas choroba nowotworowa i żadna terapia już nie pomoże, mamy dwie możliwości uzyskania opieki. Niezależnie jak bardzo jesteśmy zbuntowani i nie pogodzeni z losem, powinniśmy pozwolić sobie pomóc. Tę rolę pełni hospicjum z personelem wykwalifikowanym w opiece paliatywnej / obecnie tożsamej z hospicyjną/. Powinny być dwie możliwości i łatwy dostęp do placówki stacjonarnej lub opieki domowej.

W czasie choroby ważne jest przebywanie w miejscu, które się doskonale zna, akceptuje i czuje się w nim bezpiecznie. Opieka w domu oznacza bycie wśród bliskich i uczestniczenie w życiu rodzinnym.  Taki wariant najchętniej wybierają chorzy, którzy nie są samotni. Jednak dla członków rodziny zajmowanie się osobą w stanie terminalnym, to nadzwyczaj trudne zadanie. Dlatego potrzebują szczególnego wsparcia i tę rolę pełni hospicjum domowe. Korzystanie z jego usług jest bezpłatne. Rodzina chorego ponosi tylko koszty lekarstw i środków przeciwbólowych, które w znacznym stopniu są refundowane. W Hajnówce i powiecie hajnowskim jest z tym gorzej niż mogłoby się wydawać. Hospicjum domowe sterowane jest przez białostocką spółkę. Wygląda to tak, że do spółki przekazuje się zgłoszenie z odpowiednimi dokumentami. Otrzymuje się opiekę lekarza, który przyjeżdża z Białegostoku, kiedy jest potrzebny, pielęgniarki są z Hajnówki. Zwróćcie Państwo uwagę na fakt, jaką możliwość sprawowania opieki ma jeden lekarz w ponad czterdziestotysięcznym powiecie, kiedy pracuje na etacie, dyżuruje, przyjmuje chorych zgodnie ze swoją specjalizacją i jeszcze pracuje w hospicjum, gdzie ma limit dziesięciorga chorych. A jeżeli jest ich więcej?  Z założenia wizyta lekarza w domu chorego terminalnie powinna mieć miejsce w dniu zgłoszenia, a potem raz w tygodniu. Pielęgniarki powinny przychodzić  trzy razy w tygodniu, a w zależności od potrzeb chorego i rodziny – rehabilitant, psycholog, ksiądz, pracownik socjalny, wolontariusze.  O tych ostatnich w Hajnówce nie ma mowy, /chyba że rodziny same zadbają/, także o sprzęcie pielęgnacyjnym, rehabilitacyjnym i aparaturze medycznej, którą hospicjum musi zapewnić. Personel hospicjum powinien pełnić całodobowy dyżur telefoniczny przez siedem dni w tygodniu, bo jego obowiązkiem jest zwalczanie bólu, pielęgnacja, łagodzenie cierpień psychicznych i duchowych. Za świadczenia zdrowotne w opiece paliatywnej pacjent nie ponosi żadnych opłat, regulowane są w ramach kontraktu z NFZ. Według wielu przeprowadzonych przeze mnie rozmów w zasadzie jest tak, że to hospicjum iluzoryczne. Nie podważam opieki oddanego personelu, nawet jeśli istnieje w formie szczątkowej. W tym względzie trafiłam na zmowę milczenia, a jedyna wskazana pielęgniarka hospicyjna nie chciała rozmawiać. Moje informacje pochodzą głównie od rodzin chorych. Podczas pierwszej rozmowy  telefonicznej ze spółką dowiedziałam się, że z ich usług hospicyjnych korzysta wyłącznie powiat hajnowski. Oznacza to, że inne powiaty zrozumiały potrzebę radzenia w tym względzie we własnym zakresie. Jednak spółka nie skorygowała informacji w internecie o rozległym terenie działania. Moje kilkakrotne zapytania o personel i sprzęt pozostały bez odpowiedzi.

Jaki to dla Hajnówki i powiatu wstyd, że w tak ważnej i delikatnej sprawie władze wyręczają się kimś obcym, niewystarczalnym, zamiast – posiadając doskonale zorganizowaną bazę w postaci własnego, znanego i cenionego w kraju szpitala, zorganizować hospicjum stacjonarne, a przy tym domowe. Nie ma rzeczy, które byłyby za dobre dla człowieka umierającego i tylko placówka w mieście mogłaby podołać takim standardom. W Hajnówce należy jak najszybciej rozpocząć starania o własne hospicjum, bez oglądania się na interesowną łaskawość z zewnątrz.