Zakład Pielęgnacyjno – Opiekuńczy w Hajnówce

Może zaistnieć w naszym życiu potrzeba opieki, o której w młodości nie myślimy.  Jesteśmy jednak  starzejącym się społeczeństwem, a to często oznacza choroby i okresową konieczność korzystania z pomocy bliskich. Nie zawsze mamy własne rodziny, a nawet jeśli mamy trudno wymagać, aby podporządkowali nam swoje życie.  Dlatego istnieją wyspecjalizowane instytucje, które tę rolę pełnią. W Hajnówce jest to Zakład Pielęgnacyjno – Opiekuńczy SPZOZ, przy ulicy 11 Listopada 20.

I od razu wyjaśniam: to nie jest hospicjum, choć tak się w mieście niesłusznie przyjęło. O hospicjum napiszę za tydzień.

Zakład służy ludziom niepełnosprawnym, unieruchomionym fizycznie, przewlekle chorym. Takim osobom, które potrzebują profesjonalnej opieki przez całą dobę, bo bez niej sobie nie radzą. W zakładzie kontynuują leczenie po pobycie w szpitalu, ale też w sytuacji kiedy w domu nie są w stanie funkcjonować bez pomocy innych. Zakład zapewnia leczenie farmakologiczne i dietetyczne jakie wcześniej zostało im wdrożone, także rehabilitację, terapię logopedyczną, psychologiczną i zajęciową. Chodzi o przywrócenie lub poprawę stanu zdrowia, aby chorzy samodzielnie dawali radę we własnym  środowisku.  Osoby przebywające w szpitalu kieruje lekarz z oddziału, a jeśli są w domu skierowanie wypisuje lekarz rodzinny. Pielęgniarka oddziałowa lub środowiskowa  ocenia sprawność w skali Barthel, czyli międzynarodowej skali dającej obiektywny obraz, na ile chory jest samodzielny w codziennych czynnościach. Dokumenty, które należy złożyć na drukach pobranych z zakładu pielęgnacyjno – opiekuńczego to: skierowanie, zaświadczenie lekarskie, wywiad pielęgniarski, karta oceny wg skali Barthel, aktualna decyzja emerytalno – rentowa lub inny dokument potwierdzający wysokość dochodu. W hajnowskim zakładzie są 43 łóżka i na przyjęcie czeka się w kolejce. Pobyt trwa tak długo ile pacjent potrzebuje, aby odzyskać siły do samodzielnego funkcjonowania.

Państwo wybaczą, że opiszę własne spostrzeżenia. Przez kilka dni przebywałam na internie w Hajnówce i leżałam na sali z panią przywiezioną z zakładu opiekuńczego, której nieoczekiwanie pogorszył się stan zdrowia. Wymagała intensywnej opieki, niemal ciągle były przy niej pielęgniarki i nasz lekarz Andrzej Ziniewicz. W czasie obiadu przychodziła też córka, ale nie miała cierpliwości do karmienia, krzyczała i ciskała po pościeli pełną łyżką, kiedy tylko chora zaciskała usta. Leżałam naprzeciw i zwróciłam uwagę, że mama się boi i proszę, żeby przestała. Wtedy łyżka z furią wylądowała na podłodze, a córka z nienawiścią opuściła salę. Wkrótce zobaczyłam przy chorej inną panią, która głaskała jej rękę i ciepło mówiła. Nawiązała też miły kontakt z nami. Była pracownicą zakładu pielęgnacyjno – opiekuńczego i odwiedziła swoją pacjentkę w wolnym czasie. Dopytywała się kiedy wróci, i że wszyscy na nią czekają. Wtedy płakałam. Do tej pory wzruszenie odbiera mi mowę. Żałuję, że nie znam nazwiska tej pani. Podczas rozmowy z kierownikiem zakładu Haliną Wiśniewską dowiedziałam się, że u nich to powszechna praktyka. Serdeczny stosunek personelu działa jak najlepsze lekarstwo, a sam fakt, że opieka jest długoterminowa daje szansę na zżycie się z pacjentami. Zdarza się też, że kilkakrotnie wracają, bo po powrocie do domu od nowa chorują, a zakład pielęgnacyjno – opiekuńczy pomaga ich z tego wyciągnąć.

Do zakładu nie są przyjmowane osoby uzależnione od alkoholu lub środków psychoaktywnych,  w ostrej fazie choroby psychicznej, także z chorobą zakaźną. Nie są też przyjmowani pacjenci z chorobą nowotworową, bo ci podlegają opiece hospicjum. Natomiast osoby, których podstawowym wskazaniem do objęcia opieką jest trudna sytuacja socjalna, kwalifikowane są do domów pomocy społecznej.

W Hajnówce funkcjonuje też Dom Miłosierdzia „Samarytanin” zapewniający całodobową opiekę osobom niepełnosprawnym, przewlekle chorym lub w podeszłym wieku. Niestety, opinie zamieszczone w internecie są fatalne. Jeżeli jesteście Państwo zmuszeni do umieszczenia swoich bliskich w tego typu placówce, dokładnie ją sprawdzajcie.

 

20 – lecie hospicjum w Suwałkach

Minęło właśnie 20 lat od kiedy działa Samodzielny Publiczny Zespół Opieki Paliatywnej w Suwałkach. To krótki czas dla każdej innej instytucji, ale hospicjum to zupełnie coś innego. Istnieje jakby poza czasem, bo wystarczy raz się z nim zetknąć, aby przez całe życie nosić w sobie. Uroczystość odbyła się 9 września br. w wynajętej sali Państwowej Szkoły Muzycznej. Jak widać na zdjęciach zamieszczonych w internecie przez Kurier Suwalski i DwuTygodnik Suwalski sala była wypełniona tylko w połowie. Jednak zabrakło na niej miejsca dla emerytów, którzy hospicjum współtworzyli, oddali mu serce i własne umiejętności zawodowe. To oni powinni być najważniejszymi gośćmi, a paradoksalnie nie otrzymali zaproszeń, czym bez wątpienia zostali dotkliwie upokorzeni. Rozmyślnie wyrządzono im krzywdę, na którą sobie nie zasłużyli. Kiedy już nie przychodzą do pracy, przestała mieć znaczenie ich bezcenna empatia, oddanie i specjalne predyspozycje. Uroczystość została zorganizowana przede wszystkim dla osób reprezentujących władze samorządowe i gości z zewnątrz, choć to – w żadnym razie – nie było ich dwudziestolecie.

Na ogół ludzie po zetknięciu z tego typu placówką, weryfikują swoje myślenie o życiu, które traci się zbyt łatwo. Gdybym znalazła w internecie informację, że mogą przybyć osoby, których bliscy odeszli pod opieką suwalskiego hospicjum, z pewnością pokonałabym 200 kilometrów i z okazji jubileuszu dokonała wpłaty znacznie wyższej niż mój 1%. Nawet w beletrystyce wprowadzam wątki hospicyjne i ciągle mam nadzieję, że waga tych instytucji stanie się istotnym tematem dla polityków. Dyrektor Irena Mickiewicz obcując na co dzień ze śmiercią zapomniała na tę chwilę, że jest też życie, dzięki któremu to wyjątkowe miejsce funkcjonuje. Życie, czyli pracownicy byli i obecni, ale też postronni, którzy mają tym pracownikom wiele do zawdzięczenia i na zawsze pozostają ich dłużnikami. 20 – lecie mogło być doskonałą okazją, aby znów się spotkać, podziękować i dodatkowo wesprzeć hospicjum.

Zapytanie w tej sprawie wysłane 30 września do pani I. Mickiewicz pozostało bez odpowiedzi.

Za tydzień: opieka długoterminowa, czyli Zakład Pielęgnacyjno – Opiekuńczy w Hajnówce;

 

24 maja 2015 roku, 3 kwietnia i 15 maja 2016 gościłam na blogu osobę absolutnie wyjątkową, panią Annę Konewko. Jako czternastolatka postanowiła zostać pielęgniarką i konsekwentnie dążyła do celu. Przez całe zawodowe życie pomagała ludziom, a specjalne predyspozycje pozwoliły jej na pracę w suwalskim hospicjum przez 6 lat, do emerytury. Z ogromną radością i wzruszeniem dowiedziałam się, że pani Anna została uhonorowana przez naczelny pielęgniarski organ listem gratulacyjnym, który zamieszczam:

Naczelna Izba Pielęgniarek i Położnych

Naczelna Rada Pielęgniarek i Położnych

Warszawa,  1 sierpnia 2016 r.

Pani Anna Konewko

Szanowna Pani,

w imieniu Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych pragnę podziękować Pani za wzorową i etyczną postawę w wykonywaniu zawodu pielęgniarki w opiece nad pacjentami z ciężką nieuleczalną chorobą.

Z wielkim wzruszeniem i jednocześnie zadowoleniem przyjęłam informację o Pani wzorowej pracy w środowisku domowym pacjenta. Cieszy mnie, że pacjenci i ich rodziny ocenili Panią jako osobę bardzo troskliwą, profesjonalną, opiekuńczą, życzliwą, ciepłą, szczerą i uśmiechniętą, dodającą otuchy.

Pani starania i ofiarna opieka wielu pacjentom pomogły godnie znieść chorobę i pozwoliły umrzeć w domu w otoczeniu najbliższych. Dzięki takim pielęgniarkom jak Pani życie ludzi, dla których nie ma już ratunku na poprawę zdrowia stawało się lżejsze. Niesienie ulgi w cierpieniu i dawanie wsparcia rodzinie, to podstawowe zadanie każdej pielęgniarki. Pani je wykonywała na najwyższym poziomie.

Teraz, gdy nastał dla Pani czas zasłużonego i miłego wypoczynku, życzę Pani dużo zdrowia, wielu radosnych i pogodnych dni, cieszenia się tym, co one przyniosą. Mam też nadzieję, że będzie Pani dobrze wspominać swoją pracę i czerpać satysfakcję z tego, jak się Pani spełniła w roli pielęgniarki. Mam nadzieję, że Pani zaangażowanie zawodowe, wysoka kultura osobista i życzliwość nie tylko pozostanie na długo w pamięci bliskich pacjentów, którymi się Pani opiekowała, ale też pozostanie wzorem dla koleżanek i kolegów.

Jako prezes Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych jestem dumna z Pani zaangażowania i opieki nad powierzonymi Pani pacjentami. Raz jeszcze z całego serca dziękuję za nie.

Z wyrazami szacunku

Prezes NRPiP

Zofia Małas

Pani Anno, jest Pani skarbem. Opiekowała się Pani moją mamą i mną, bo ona umierała z powodu choroby, a ja z rozpaczy. Całej mojej rodzinie uświadomiła Pani wartość opieki hospicyjnej i gdyby nie Pani cudowna obecność nasz świat by się rozpadł.

Za tydzień:

Uroczystość 20 – lecia hospicjum w Suwałkach;

Właścicielka Pracowni Tortów Cukrowe Fantazje przedstawiła się Państwu na blogu 4 września. Teraz przysłała mi zdjęcia jesiennej dekoracji i pięknego wnętrza sklepu firmowego.

Wystawa3

Hajnówka ma szczęście, że mieszka tu i pracuje Joanna Bińczycka, bo jej poczucie piękna tworzy klimat dla estetyki i wywiera wpływ na klientów, dla których produkuje cudnej urody wypieki. Oprócz bajecznych tortów i genialnych ciast ręcznie wyrabia ciasteczka okolicznościowe: firmowe, osobiste, świąteczne i wiele innych wzorów zgodnie z zamówieniem.

1b

Pomyślałam, że może przyjęłyby się w Hajnówce na wzór azjatyckich ciasteczek księżycowych, które się kupuje, aby dać komuś w prezencie. Są lubianym jesiennym przysmakiem, nieznanym niestety w Europie. Nasze nie muszą nazywać się księżycowe, ale powinny być piękne jak te z pracowni pani Joanny, która na swoim profilu na facebooku zamieszcza wiele zdjęć i warto tam zaglądać choćby po to, aby poprawić sobie nastrój.

Miejsca, gdzie nas nie chcą – cz. 2

Oni mieli majątek, ona ich jedynego syna i niewyobrażalną potrzebę posiadania. Nienasycona była od dziecka, ale kto mógł przypuszczać, że cecha stanie się patologiczna w miarę dorastania. Pomagała uroda odziedziczona po przodkach, bo nikt z obecnej rodziny nie był nawet ładny. Za sam fakt istnienia otrzymywała prezenty, tak pięknej istocie należało się wszystko co najlepsze. Chłopcy prześcigali się w zalotach i po dokładnym rozpatrzeniu stanu posiadania ich rodzin związała się z najbogatszym. Mądrością nie grzeszył, ale znał się na rachunkach, a metodyczne łamanie charakteru pozwoliło ulepić go na własne podobieństwo. Szybko znienawidziła rodziców swego męża. Najpierw - że za mało dawali, potem - że za długo żyli. W końcu, kiedy umarli wspomagani wyzwiskami, wprowadziła się do ich domu. Z uwagą przeglądała zasoby, które zawsze mogły być większe choć doceniła fakt, że mieli tylko jednego spadkobiercę. Najdziwniejsza była bezwzględność obojga. Rosła razem z dobrobytem i powoli stawali się duetem doskonałym. Małe ludziki w wielkiej posiadłości, do której w żadnym razie nie pasowali. Otoczeni „majątkiem do pomnażania” nie uwzględniali w kalkulacjach zwykłego świata, gdzie życzliwi ludzie cieszyli się życiem. Dlatego sąsiedzi obojętnie patrzyli, kiedy ratownicy wnosili do karetki dziwnie skurczoną postać kobiety. Doznała apopleksji, bo podsumowanie rocznych dochodów wydało się jej niewystarczające. Terapia nie dawała nadziei na powrót do zdrowia i została umieszczona na stałe w placówce opiekuńczej. Mało sprawna żona nie była w domu potrzebna i tego się trzymał mężczyzna, któremu powoli zaczynało przeszkadzać, że obca kobieta korzysta z majątku po jego rodzicach.

Obserwujecie Państwo takie historie? Ja tak, choć może nie za wiele. Ludzie ukrywają przed światem szczególnie okrutne cechy, najgorsze rzeczy odbywają się w czterech – najchętniej wygłuszonych – ścianach. Ale te sytuacje, które znam, mrożą mi krew. Nie wiem dlaczego mam przekonanie, że jeśli przebywamy w miejscu gdzie nas nie chcą, życie obraca się przeciwko nam. Nie mówię o tak skrajnym przypadku jaki przedstawiłam, ale znak ostrzegawczy jest zawsze ten sam – wrażenie odrzucenia. Nic się nie udaje, generujemy konflikty, zapadamy na zdrowiu. Nie obwiniam zaświatów, ale odczuwam energię, która się nas pozbywa, bo z jakichś powodów nie pasujemy. Być może zakłócamy czyjś spokojny byt, ale przyczyn może być wiele. Zwykle pomocna jest rozwaga i głębokie wewnętrzne pytanie – czy to miejsce jest dla mnie?

Wiedzą już Państwo, że teksty na blogu publikuję w każdą niedzielę. W następnym tygodniu dodatkowo w sobotę. Zapraszam.

Miejsca, gdzie nas nie chcą – cz. 1

Zanim opuściła miejsce, które jej nie chciało, minęło kilka lat przeplatanych smakiem łez. Była pisarką i damą, a wymyśliła do życia martwy las i jego mieszkańców posługujących się narzeczem jak z powieści przygodowej. Nie rozumieli się nawzajem. Podkasane wyrostki podglądały ją na zlecenie starszych, aby przybłęda nie zbliżyła się zanadto do osady. Kończył się XX wiek, a ona nagle znalazła się w średniowieczu i nie wiedziała co począć ze swoim romantycznym wyborem. Nieśmiało próbowała rozmawiać z miejscowymi dziećmi, ale wybuchały dzikim śmiechem i chowały w krzakach póki nie odeszła. Zagospodarowała się w małym domku w pobliżu wątłej rzeczki, czyściła, łatała dziury i szarpała z zielskiem wściekle zarastającym podwórko. Telefon nie miał tu zasięgu, a komputer internetu, na szczęście przywiozła małą maszynę do pisania i to musiało wystarczyć za całą cywilizację. Wstawała razem z dniem, kładła z nocą, bo zegarek gdzieś się zapodział wraz z innymi rzeczami i obwiniała się o roztargnienie, a wrodzona przyzwoitość nie pozwalała przypuszczać, że zmieniły właściciela. Zaniepokojone jej milczeniem wydawnictwo wysłało kuriera przytomnie zaopatrując go w podstawowe rzeczy i żywność, co potraktowała jak łaskę z nieba, ale odmówiła powrotu. Dała sobie szansę na przetrwanie, powoli dostosowując się do warunków. Od początku wiedziała, że nie pasuje, ale potrzebowała wrażeń niezrozumiałych w normalnym świecie choć z czasem przestała rozróżniać,  który świat to ten właściwy. Zaprogramowana na pisanie żyła jak w transie. Pisała, wysyłała, otrzymywała zaliczki, ale nie docierały do niej informacje, czy książki znajdują się w księgarni. Wydawnictwo utrzymywało swoją pisarkę z nadzieją na przyszłość. Nie wiedziała, że traci formę, sama sobie wydawała się twórcza. Dopiero konfrontacja z wrogością uświadamiała jej beznadziejne, wyniszczające położenie, które przecież musiało wpływać na każde napisane słowo. Opuszczała to miejsce pokonana, prawie umarła tam gdzie miała być szczęśliwa. Wyglądała jak stara kobieta – w chustce na głowie i filcowych bamboszach, bo dawno zapomniała o estetyce świata i jego możliwościach. Już nigdy więcej nie czuła się damą, ale sprzyjające otoczenie ułatwiło jej powrót do dawnej formy pisarskiej, choć konsekwentnie unikała spotkań z czytelnikami. Tęskniła za bezpośrednim kontaktem, jednak miała świadomość  wewnętrznej goryczy i chciała oszczędzić jej obcym ludziom. Musiałaby powiedzieć, aby żyli w zgodzie ze sobą, spełniali marzenia, ale co potem? Nie wszystkie marzenia da się spełnić. Jeśli postanowimy zatrzymać się gdzie nas nie chcą, nie potrzebują i nie szanują nie będzie  nam się wiodło i lepiej jest zrezygnować niż mierzyć z rzeczywistością. Bo po co komu taka rzeczywistość? Jest wiele miejsc, że trzeba się w nich urodzić, aby akceptować je w pełni i czuć się szczęśliwym. Ona – wegetarianka w żadnym razie nie pasowała tam, gdzie na oczach wszystkich zabijano zwierzęta, nagminnie stosowano przemoc wobec kobiet i dzieci, a pijani mężczyźni zasypiali pod płotami. W żadnym domu nie było książek i nikt nie czytał gazet. Ale wszyscy wiedzieli, że trzeba gonić nieznane skąd przyszło, aby porządnym ludziom nie psuło powietrza. Solidarnie bronili terytorium i doznawali spokoju, kiedy w swym atawistycznym pojęciu pozbywali się zagrożenia.

Za tydzień: cz. 2