W życiu łatwiej o samotność niż o miłość. Tak pomyślałam słuchając piosenki Iriny Allegrovej i od razu przetłumaczę kawałek, bo nie wiem jak w komputerze przełączyć się na cyrylicę. „ Odlatujesz białym samolotem, odlatujesz do swego szczęścia, ale nie wiesz, że jeśli jesteś wolny, to znaczy że  nikomu nie jesteś potrzebny”. Powiedziałabym, że to prawda uniwersalna i niekoniecznie dotyczy związków miłosnych. Samotność, podobnie jak miłość, ma różne oblicza i bardzo boli kiedy człowiek czuje się niepotrzebny nikomu. Jednak samotność mamy zagwarantowaną od chwili narodzin i – co najwyżej – możemy się z tym pogodzić. Powoli dojrzewam do tematów, które zapowiadałam na blogu 3 kwietnia i boję się ich tak samo jak Państwo.

Zapytałam kiedyś miłą skądinąd panią, dlaczego tak nienawidzi swojej teściowej? Spędziła z nią życie pod jednym dachem i miała mnóstwo czasu żeby się przyzwyczaić. Nie mogła się przyzwyczaić. Za duża była zadra z młodości, kiedy jako nowo poślubiona małżonka wprowadziła się do domu teściów. Pochodziła z zamożnej rodziny, była wygadaną atrakcyjną panienką, ale teściowa nie zwlekała z pokazaniem jej miejsca w hierarchii. Była na końcu: za kurami, krowami i psami doglądającymi obejścia. Synek słuchał mamusi i nigdy się nie sprzeciwił. Gospodarstwo miało należeć do niego, ale równie dobrze, za brak posłuchu, mogło trafić w ręce braci. Teściowa też pochodziła z zamożnego domu, przed wojną ukończyła szkołę dla panienek, a potem jako nieudaczna gospodyni przemierzała podwórko na obcasach. Przeżywała własny dramat i mistrzowsko przeniosła go na synową. Niezależnie czy podobało się to obu paniom, czas nieubłaganie pędził i z demonicznej mateczki przekształciła się w uroczą staruszkę, na którą nie wiadomo czemu pokrzykiwano, popychano i o żadnych sprawach w rodzinie nie była informowana. Nie odwiedzały jej pozostałe dzieci, wnuki wyzywały i nawet nie znała ich rodzin. Nienawiść, jakiej na każdym kroku doznawała, była odpowiedzią na tyranizowanie otoczenia, kiedy mogła sobie na to pozwolić. Być może czuła się wolna, a może też zanadto samowolna, bo niekochana przez prostego chłopca z gospodarką, tego nie mogę wiedzieć, ale fascynowała mnie ta stara pani przepędzana z każdego miejsca w domu. Pomimo wieku wyglądała jak rzymski posąg, była niewiarygodnie zgrabna i ciągle jeszcze pasowały jej wysokie obcasy. Marniała tylko kiedy siadała na łóżku w swoim kącie w kuchni, gdzie cichutko umarła ku uldze rodziny udającej przez kilka dni żałobników.

Na pewno znacie Państwo sytuacje, kiedy bliscy – już jako staruszkowie – oczekują opieki, choć przeżyli życie nie licząc się ze starością np. własnych rodziców.  Zwykle najwięcej wymagają od tych krewnych, których najbardziej skrzywdzili. Tkwią w irracjonalnym przekonaniu, że właśnie ci nie będą im szkodzić, bo jeśli kiedyś pozwalali sobą pomiatać, to znów staruszkowie porządzą. Zdarzyło mi się wspominać na blogu, że nie jestem zwolenniczką sprawowania przez dzieci opieki nad starymi rodzicami albo przynajmniej sama jej nie oczekuję. Podobnie jak my, nasze dzieci budują własny świat, mają niezliczone wręcz obowiązki, rodziny, a własną starość przed sobą i to aż za wiele, aby wystarczyło siły do przeżycia wszystkiego. Zdaję sobie sprawę, że domy opieki dla staruszków są w większości przedsięwzięciami komercyjnymi, a potem potrzebne jest miejsce w hospicjum, bo mało kto umiera spokojnie z powodu wieku. Myślę, że niedostatek tych miejsc często jest w rodzinach powodem dramatów. Wymagania staruszków i zasłanianie się wiekiem – czasem z premedytacją, ale częściej z powodu zmian starczych – jest nie do zniesienia, oddawanie do szpitala z okazji świąt nieludzkie, przekazywanie pod opiekę innym z powodu wyjazdu na urlop naganne, choć dla mnie zrozumiałe, kiedy człowiek pragnie odpoczynku nawet od siebie samego. Jest jeszcze kwestia, którą się zwykle przemilcza. Renty i emerytury starych rodziców. Przyjmowane z ochotą często nie przekładają się na jakość opieki ze strony dzieci. Dlatego – moim zdaniem – powinny być przekazywane na rzecz wyspecjalizowanych instytucji, które tak samo nie kochają staruszków jak ich bliscy, ale sprawują opiekę, bo w przeciwieństwie do rodzin są z tego rozliczane.

Jestem Dorota, dziś opowiadam Państwu o sobie poproszona o wsparcie tekstu sprzed tygodnia. Na ogół nie mówimy o swoich cierpieniach publicznie, bo też nie ma czym się chwalić, ale kiedy trzeba się ratować powściągliwość  przestaje mieć znaczenie.

Kilka lat temu zaraziłam się bakterią Escherichia coli i nie przypuszczałam wówczas, że długo będę ponosiła konsekwencje tego przykrego faktu. E. coli zwykle powoduje zatrucie pokarmowe, ale w moim przypadku stała się przyczyną poważnej infekcji układu moczowego. Dosyć szybko zwalczono ją antybiotykami, zdążyła jednak spowodować spustoszenie i pęcherz ciągle jeszcze nie działa prawidłowo. Jestem osobą aktywną i nagle moja aktywność się załamała. Nie chciałam się poddać. Leczyłam się u wielu lekarzy, ale żaden nie był w stanie mi pomóc. W internecie szukałam ludzi z podobnym problemem, bo ciągle myślałam, że jestem sama na świecie i nikt nie rozumie o czym mówię. Na forum trafiłam na podobną historię zdrowotną i podałam swój numer telefonu z prośbą o kontakt. Szybko stałam się telefonem zaufania 534 300 537, bo wiele osób cierpiało tak samo jak ja. Wpadłam na pomysł założenia grupy wsparcia dla „pęcherzowiczów”. Sama wcześniej takiej szukałam, ale w Polsce nie było. Rozmowa z człowiekiem o podobnym problemie stawia na nogi i daje nadzieję, a osoby chore poszukują informacji, wymieniają doświadczenia i przekazują znaną sobie wiedzę o metodach leczenia. Moje własne metody to leczenie sposobami naturalnymi i choć całkowicie nie powróciłam do zdrowia, to dzięki nim mogę normalnie funkcjonować w swoim środowisku prywatnym i zawodowym.  A jeszcze dwa lata temu przeżywałam piekło i trudno mi było wyjść z domu. Mam nieodpartą chęć pomocy innym ludziom, bo sama spotkałam takich, którzy mi pomogli. To prawie jak instynkt samozachowawczy. Jako świadkowie wypadku nie zastanawiamy się czy pomóc, tylko po prostu pomagamy, choć często nie wiemy jak się do tego zabrać. Ta pomoc jest silniejsza od nas. Na mojej stronie internetowej coralzywawoda.pl przekazuję wiedzę, którą zdobyłam ratując siebie. Znajduje się w zakładce „Przydatna Wiedza” i jak się dowiaduję od swoich respondentów faktycznie jest przydatna. Bardzo pomogły mi naturalne suplementy i teraz propaguję je jako niezależny dystrubutor coral clubu. W taki sposób wyrażam swoją wdzięczność za każde słowo przynoszące nadzieję od ludzi spotkanych w sieci i jestem gotowa być oparciem dla każdego, kto szuka go u mnie.

Powiecie Państwo, że to zaczyna być nudne? Mogłabym się zgodzić, gdyby nie było takie straszne. Pasożyty to mordercy! Światowa Organizacja Zdrowia w szacunkowych danych podaje, że w ostatnich 10. latach zaraziło się nimi ponad 4,5 mld ludzi, a w ciągu roku umiera 14 mln. Pisałam o tym 3 lipca, kiedy wyjeżdżaliście na wakacje, przypominałam 13 sierpnia, a teraz kiedy już powróciliście Państwo z kraju i zagranicy, z lasów i ogrodów do swoich zajęć, zwróćcie uwagę na własną kondycję zdrowotną. Nie bez powodu tak dużo o tym piszę i ostatecznie postanowiłam opowiedzieć w szczegółach jak sama chorowałam i jak się leczyłam. Myślę, że zaraziłam się od ślimaków /ale to teoria/, bo w moim ogrodzie w żadnym razie ich nie brakuje. Ślimaki są nosicielami przywr, które w wielkiej ilości bytują w ich śluzie. Wystarczyło, że pełznący ślimak pozostawił smużkę śluzu, a ja na nią usiadłam i niewidoczne dla ludzkiego oka pasożyty przez skórę przeniknęły do krwi. To się mogło zdarzyć latem, a pierwsze objawy choroby wystąpiły w grudniu, kiedy już się obficie namnożyły. Przywry są prawie niewykrywalne, diagnoza pozostaje raczej w intuicji doświadczonego lekarza niż w badaniach. Przez wiele lat byłam jednym wielkim bólem bez szansy na wyzdrowienie. Wyniki wszystkich badań medycznych nie wskazywały, abym na cokolwiek chorowała, były tak dobre aż genialne i powoli zaczynałam uchodzić za osobę, która lubi się leczyć. A przecież nie lubię. Nie znoszę kolejek w przychodniach, leków i ich działań ubocznych. Ale ratunku szukałam, bo ból nie dawał mi żyć. Przez lata poznałam różne ośrodki medyczne, wielu specjalistów i przyglądałam się jak chętnie zbywają pacjenta, kiedy nie wiedzą co mu jest. Jacy bywają aroganccy, bezwzględni w pozbywaniu się problemu i chętnie go podrzucają kolegom z tego samego ośrodka. Aż wstyd, że mamy lekarzy, którym nie zależy. Wcześniej nie miałam takich doświadczeń. W Hajnówce na Podlasiu, gdzie od kilkunastu lat mieszkam, nie zetknęłam się z takimi lekarzami i nie wiedziałam, że istnieją choć dawno przestałam być naiwną panienką. Jako pacjentka spotykam się tu z empatią, szacunkiem, życzliwością i otrzymuję pomoc, po którą przychodzę. Ale pasożytów medycyna nie uwzględniała w diagnozach i być może nie traktowała poważnie. Nie czułam żalu żegnając się z życiem, bo wszystko było lepsze od bólu. Nie spodziewałam się też ocalenia, ale przyszło i pisałam o tym 3 lipca – /proszę, przeczytajcie Państwo jeszcze raz/. Jeśli moja historia nie przekonuje do zainteresowania się pasożytami w kontekście własnego zdrowia, to nie wiem co więcej mogę napisać.

Nazywam się Joanna Bińczycka.1
W Hajnówce stworzyłam i z przyjemnością prowadzę Pracownię Tortów Cukrowe Fantazje. Przeszłam do tego długą drogę, ale robię to co lubię i staram się nie pamiętać, że ta droga była pełna trudności.


Pierwszym ciastem, które upiekłam, był murzynek. Nieskomplikowany, ale pyszny i zawsze się udawał. Jego mocno czekoladowa nuta działała na wyobraźnię, dodawała odwagi do dalszych eksperymentów i do tej pory wywołuje uśmiech. Miałam kilkanaście lat, wyrastałam z nieśmiałego  dzieciństwa, które bardzo mnie blokowało w kontaktach z rówieśnikami, ale też z dorosłymi. Ciągle myślałam czy nie jestem czasem niegrzeczna i czy nie sprawiam przykrości. Jako dziecko miałam obowiązki i musiałam wykazywać się odpowiedzialnością, co w późniejszym życiu okazało się bardzo przydatne. Jestem wdzięczna rodzicom, że dobrze mnie wychowali, choć życiowe okoliczności wymuszały na nich sposoby  postępowania, których nie powielili wobec mojej młodszej siostry.
4Widząc że się garnę do pieczenia, tato motywował mnie, był obiektywnym krytykiem i łasuchem, dla niego piekłam dwa torty tygodniowo i szybko doszło do tego, że na uroczystościach rodzinnych podawano tylko moje wypieki. Byłam dumna, że wszystkim smakują, próbowałam nowych przepisów, a nawet je przerabiałam. Pieczenie mnie cieszyło, uspokajało i tak jest dotychczas, choć minęło wiele lat. Miałam własny świat, który pielęgnowałam, bo życie prywatne zawsze dawało mi w kość. Im bardziej starałam się żeby było dobrze, tym gorzej wychodziło. Rozpadły się dwa wieloletnie związki, ale miałam rodziców, na których zawsze mogłam liczyć i dwie córki: Monikę i Urszulę. Monika ma niesamowity talent plastyczny, kocha konie i ciągle jeszcze szuka swego miejsca w życiu. Urszula pracuje ze mną, dzięki czemu dużo czasu spędzamy razem. Jest niezwykle dobrą osobą i obawiam się, aby ta dobroć  nie działała przeciwko niej. Bardzo mi się udały dziewczyny i chcę wierzyć, że wszystkie dobre cechy mam po nich, a nie odwrotnie. Za wypiekami chowałam się zawsze. Były pyszne i piękne, choć czasem nie wierzyłam,  że wychodzą właśnie spod moich rąk. Kreatywność nie szła u mnie w parze z pewnością siebie.
2Choć sama sobie udowadniałam w różnych momentach życia że potrafię, że dam radę, to zwykle miałam w zanadrzu podstępnego wroga siejącego setki wątpliwości. Kiedy zachorowałam, mój świat najpierw się rozpadł, a potem wzięłam się w garść i analitycznie podeszłam do własnej sytuacji życiowej. Z zawodu jestem dietetyczką, a z zamiłowania cukierniczką, co się z zasady wyklucza i w zawód postanowiłam zmienić swoją pasję.  Zaczęłam jeździć na szkolenia, pokazy, targi branżowe, to był czas, który w całości poświęciłam na zgłębianie wiedzy cukierniczej. Od dziecka musiałam być zaradna i obca mi jest postawa roszczeniowa więc sama postanowiłam stworzyć pewny grunt dla siebie i córek. Początkowo nieśmiało, a potem z pewną determinacją zaczęłam myśleć o własnej działalności. Nie miałam wystarczających środków finansowych, a że nie umiem wyciągać ręki po pomoc, wzięłam pożyczkę w banku. Było mi bardzo trudno, na własnej skórze uczyłam się biznesu i powoli wychodziłam na prostą. Nie boję się pracy, stałam się uparta, konsekwentna w działaniach i ciągle jeszcze skrupulatnie analizuję  swoje możliwości. Pracownia Tortów Cukrowe Fantazje prawie trzy lata funkcjonuje w Hajnówce. Pokrywa zapotrzebowanie na dekoracyjne wypieki w ważnych okolicznościach życiowych.
3Są to głównie torty weselne w stylu angielskim, czyli wykończone masą cukrową dającą ogromne  możliwości, ale też wiele innych, wśród których szczególnie kocham radosne i kolorowe torty dla dzieci. W sklepie firmowym codziennie są do nabycia różnorodne wypieki, także według starych, zapomnianych przepisów. Można też zamówić ciasteczka okolicznościowe:  firmowe, osobiste, świąteczne, urodzinowe i wiele innych wzorów. Staram się mieć bliski kontakt ze swoimi klientami, rozumiem,  że jedne produkty lubią a innych nie. Udzielam informacji o składnikach, bo choć nie używam żadnych substancji chemicznych, alergie obejmują też składniki chemicznie czyste. Coraz pewniej poruszam się w świecie biznesu, tato, który widział jak prowadzę marcinkowe warsztaty stwierdził, że jestem mistrzem logistyki. To nawet nie jest dziwne, że jestem. Bez tego i dobrej organizacji pracy dawno bym zginęła. Ale są takie chwile, kiedy odpoczywam od realnego świata, zapadam się w marzenia i absolutne szczęście. Dzieje się tak, kiedy własnoręcznie wykonuję dekoracje na torty. A potem to już słyszę tylko zachwyty i moje osobiste chwile szczęścia przenoszą się na klientów, którzy tak samo ich potrzebują jak ja.

Kontakt: Pracownia Tortów Cukrowe Fantazje Joanna Bińczycka

3 – go Maja 41, tel. 601 286 164, e-mail: binjoanna@wp.pl, posiadam też profil na facebooku: Pracownia Tortów Cukrowe Fantazje