Marcinka odkryłam w Hajnówce 20 lat temu i szybko się okazało, że to miłość na całe życie. Wygląda jak tort, jest złożony z kilkunastu cienko rozwałkowanych placków smarowanych masą śmietanową. Podobne ciasto znałam na Suwalszczyźnie, ale w żadnym razie nie było tak atrakcyjne i okazałe. 3 grube kruche placki przełożone ubitą, przyprawioną śmietaną, nazywało się śmietaniak i tyle, a marcinek to klasa extra. Chętnie wyobrażamy sobie, że wymyśliła go nasza generacja, ale to nieprawda. W regionie Puszczy Białowieskiej jest znany od czasów carskich XIX/XX, kiedy to w pałacu carskim w Białowieży obchodzono uroczyście dzień św. Marcina. Zatrudnieni tam okoliczni mieszkańcy, w miarę możliwości, wprowadzali niektóre potrawy w swoich domach. Marcinka wykonywało się z prostych składników: jajka, śmietana, masło, mąka, a o te nie było trudno w przydomowych gospodarstwach. Nie oznacza jednak, że często korzystali z pałacowych przepisów. Byli biedni i na ogół sprzedawali swoje produkty. Pałacowy przysmak już 70 lat funkcjonuje w pamięci, ale też wyobraźni mieszkańców, przekazywany był w rodzinach z pokolenia na pokolenie, a teraz przepis jest ogólnie dostępny. Choć rozprzestrzenił się na inne regiony kraju, to w opinii konsumentów marcinek z Hajnówki jest najlepszy. W 2016 roku jako 63. produkt z województwa podlaskiego został wpisany na Listę Produktów Tradycyjnych przez Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju  Wsi. W Hajnówce łatwo go kupić, ale można też samemu wykonać, choć jest to pracochłonne i wymaga cierpliwości. Trudno jest rozwałkować bardzo cienkie placki, które dodatkowo, po upieczeniu, łatwo się kruszą. Dlatego nie próbowałam sama i nie mam własnego zmodyfikowanego przepisu. Proponuję poszukanie go w internecie, a wytrawne gospodynie na pewno nie będą miały problemów z wykonaniem. W sprzedaży jest również ciasto marcinkowe. W tym wypadku duże prostokątne placki przekładane bitą śmietaną wyglądają jak ciasto z blachy, ale smakują jak marcinek. Zatem nie mają kształtu i usypanej dekoracji, ale smak ten sam. Podczas 10. już imprezy Hajnowski Jarmark Żubra w lipcu tego roku, można było uczestniczyć w marcinkowych warsztatach. Prowadziła je utalentowana cukierniczka – pasjonatka Joanna Bińczycka. Warsztaty cieszyły się ogromnym zainteresowaniem, podobnie jak atrakcyjny marcinek w Puszczy Białowieskiej. Ten na zdjęciu pochodzi z pracowni pani Joanny.

Tort12

Pierekaczewnik i marcinek – konsultacja merytoryczna: Joanna Bińczycka

Za tydzień: Pracownia Tortów Cukrowe Fantazje w Hajnówce;

Czy wiecie Państwo co to jest pierekaczewnik? To po białorusku przekładaniec. Pracochłonny w przygotowaniu, ale atrakcyjny z wyglądu, duży, ciężki i pyszny. Pasuje do Hajnówki na Podlasiu, bowiem w powiecie hajnowskim mieszka najliczniejsza mniejszość białoruska. Z tego powodu w 2007 roku wprowadzono w mieście białoruski jako język pomocniczy w kontaktach z organami gminy, a mimo to nie ma możliwości nabycia ciasta pod tą nazwą. Został rozpowszechniony jako świąteczna potrawa Tatarów, choć korzenie ma rdzennie białoruskie. W 2005 roku na wniosek tatarskiego gospodarstwa agroturystycznego jako pierwszy z województwa podlaskiego został wpisany na Listę Produktów Tradycyjnych Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi, a od 2009 roku posiada status Gwarantowanej Tradycyjnej Specjalności, produktu prawnie chronionego w Unii Europejskiej. Istotne jest, że pomimo tytułów, każdy go może wytwarzać i tak nazywać, byle był wykonywany zgodnie z zatwierdzoną recepturą. Niby to wiele zaszczytów dla zwykłego przekładańca, ale dla pierekaczewnika w sam raz, a nawet więcej by się przydało. Wygląda jak rolada zwinięta w ślimaka i najwłaściwsze jest upieczenie go w okrągłej formie. Ciasto przygotowuje się z kilograma przesianej mąki tortowej, łyżeczki soli, pięciu żółtek, łyżki oleju i dwóch szklanek wody. Najlepiej jest wyrabiać je ręcznie aż do uzyskania jednolitej elastycznej masy. Później trzeba podzielić na cztery części, wałkować z nich cienkie placki, smarować masłem, nakładać na siebie warstwy i znów rozwałkować nadając podłużny kształt. Teraz potrzebny jest farsz. Może być mięsny, owocowy, twarogowy – na słodko lub na ostro. Po nałożeniu należy zwinąć w roladę, potem w ślimaka i upiec w temp. 180 stopni. Gotowy produkt waży 3 kg, ale może być cięższy jeśli nałoży się dużo farszu. Oczywiście możemy skorzystać z połowy produktów jeśli pierekaczewnika nie potrzebujemy zbyt wiele. Do potraw regionalnych mamy stosunek pełen rezerwy, ale też zaciekawienia i przepisy przywozimy jak pamiątki z kraju i ze świata. Dopiero się uczymy, że potrawy są naszym dobrem narodowym. Gościnność zwykle myli się nam z otwartością i nie umiemy jeszcze tego dobra chronić. Niewątpliwie w każdej rodzinie znajduje się potrawa typowa tylko dla niej samej, jest składnikiem tożsamości w skali mikro. Ale kiedy się połączymy to już będzie makro z szansą na wypromowanie wszystkiego co chcemy pokazać światu.

Za tydzień: marcinek, ale nie chłopczyk;

Cytat z Hipokratesa „Śmierć czai się w jelitach”, który zamieścił i objaśnił doktor Wojciech Ozimek w swojej książce „Nie dam się pasożytom, czyli jak odzyskać zdrowie” jest przestrogą, ale też wskazuje priorytety w dbaniu o nasze samopoczucie. Należy zwrócić uwagę na to co powinniśmy jeść, a co odrzucić, aby w jelitach zdrowie się raczej rodziło. Akurat to jest w naszym zasięgu. Doktor skupia się na leczeniu i prewencji chorób pasożytniczych, które zbyt często pomijane są w diagnozowaniu, co oznacza niestety przykre konsekwencje dla chorych; /na blogu 3 lipca/.

Dziś książka Iwana Nieumywakina „Woda utleniona na straży zdrowia”, która uświadamia jakim podlegamy wewnętrznym reakcjom chemicznym. Poleciła mi ją pani Dorotka, nauczycielka w liceum, osoba mądra i niezwykle życzliwa, gotowa wspierać każdego, kto podobnie jak ona prowadzi batalię o własne zdrowie. Profesor Nieumywakin jako lekarz, ale też naturoterapeuta, naucza ludzi fizjologii, aby sami umieli sobie pomagać. Najpierw należy zweryfikować własną dietę. Pamiętajmy, że dieta jest nie tylko wtedy kiedy się odchudzamy albo po operacji. Chodzi o to w jaki sposób odżywiamy się każdego dnia i że powinniśmy zawsze stosować rozdzielność produktów. Węglowodanów nie należy łączyć z białkami, ale warzywa można dodawać do wszystkiego. To oczywiście w skrócie, bo jeśli zechcecie się Państwo zainteresować szczegółowo, w internecie jest na ten temat pełna informacja. Podobnie jak doktor Wojciech Ozimek profesor Nieumywakin odnosi się do układu pokarmowego z należną uwagą. Od tego w jakiej jest kondycji zależy każdy proces zachodzący w organizmie, który szybko się zatruwa jeśli zanieczyszczone jelita przenoszą toksyny do krwi i nerek. Stąd niedomagania i choroby. Lekarzom o wąskich specjalizacjach profesor zarzuca grzech zaniechania w postaci pomijania faktu, że organizm jest systemem wzajemnych zależności i powiązań.

Tytuł książki wskazuje główny powód, dla którego została napisana. Ma dostarczyć nam wiedzy o roli nadtlenku wodoru /w handlu jest to woda utleniona/, który uczestniczy we wszystkich bioorganicznych procesach przemiany materii. Utlenia substancje toksyczne, prowadzi skuteczną walkę z infekcjami bakteryjnymi, grzybiczymi, pasożytniczymi i wirusowymi. Nie istnieją przeciwwskazania do zażywania go dokładnie w taki sposób jak opisany w książce. Profesor zdaje sobie sprawę, że woda utleniona sprzedawana w aptekach zawiera ołów i cynk, ale bagatelizuje to z uwagi na niską dawkę, przy czym cynk akurat organizmowi się przydaje. Poza tym terapię przechodzi się okresowo, bowiem oczyszczony organizm sam produkuje nadtlenek wodoru. Profesor przypomina też o roli wody w organizmie, który w ciągu doby traci jej 2,5 l i trzeba go w taką samą ilość uzupełniać. Każdy organizm, także zarazki i wirusy, w 2/3 składa się z wody, co prozaicznie oznacza, że 2/3 masy naszego ciała to woda odżywcza dla komórek i nie wolno nam doprowadzić do odwodnienia naruszającego to unikalne środowisko wewnętrzne. Ludziom starszym nie chce się pić, bo w ich organizmach powstało mnóstwo problemów związanych właśnie z deficytem wody w komórkach. W związku z tym profesor wyjaśnia, że szczypta soli kamiennej /nie wolno używać drobniutkiej warzonej/ pomaga się pozbyć starych komórek i obcej mikroflory. Połknięta razem ze śliną pobudza wytworzenie dodatkowej ilości soku żołądkowego /kwasu solnego/, który skutecznie je eliminuje. Należy pamiętać o żelaznej zasadzie, aby nie pić w trakcie posiłku i bezpośrednio po nim, najlepiej godzinę po. Chcę jeszcze podać Państwu przepis przeciwko bólowi głowy, skuteczny także przy nadmiernym łaknieniu. Należy wypić po prostu szklankę wody z odrobiną soli. Profesor zupełnie serio, podpierając się wiedzą i doświadczeniem przekonuje, że często myślimy że jesteśmy głodni, a nam po prostu chce się pić. Książka jest bardzo interesująca, niekoniecznie zgodna z przyjętym nurtem medycznym, ale naprawdę godna uwagi. Pani Dorotce bardzo dziękuję, mi się przydała, może Państwu też się przyda?

 

 

 

Siostry: starsza o młodszej

Panienka z dobrego domu się znalazła! Aż się chciało wyrzygać na tę jej grzeczność i maniery księżniczki. Byłam gorsza od kiedy się urodziła. Mała to, mała tamto, a ja co? Duża? Nagle wyrosłam? Nie chciało mi się uczyć, edukację zdobywałam wśród rówieśników, w wakacje jeździłam z nimi na saksy i uzbierałam sporą sumkę. Nie miałam innego pomysłu na życie oprócz tego, by być piękną i najpierw powiększyłam sobie usta, potem piersi i starczyło jeszcze na talię, choć ta operacja była najgorsza. Stałam się piękna, ale niestety za stara na modelkę to w aktorstwie próbowałam coś znaleźć, ale nie znalazłam i zostałam z tą boską, nikomu niepotrzebną figurą. Miałam dość że rodzice jęczeli i wyprowadziłam się z domu, szykował mi się szczęśliwy związek, a to już lepsze niż nic. Nigdy nie lubiłam, żeby faceci mnie ograniczali, na chwilę to i owszem, ale nie na zawsze. Siostra zachowywała się jak jędza, o wszystko się czepiała, pouczała, aż wreszcie kazała mi zafiksować się na mądrość, bo choruje jak na mnie patrzy. Zemściłam się i przespałam z jej chłopakiem, który wcale tego nie chciał, ale zgłupiał jak przyszłam naga z tą talią i biustem na pokaz i już nic nas nie powstrzymało. Płakała jakby ktoś jej umarł, nagadała głupot o moim prowadzeniu i matka mi przylała. Nie wiedziałam, że to takie upokorzenie dostać po pysku i od tego czasu sama biłam. Mojej siostrze oberwało się jako pierwszej, aż się skurczyła, a mnie ciepło rozeszło się po sercu, a razem z nim rozeszły się więzi z rodziną, na którą coraz bardziej nie mogłam patrzeć. Za to dbałam o swój związek, bez niego zostałabym bez grosza, ale mój mężczyzna i tak się znudził. Mówił, że poza wdziękami warto mieć ogładę, a tej przez lata nie nabyłam w najmniejszym stopniu. Dobrze jest też czasem coś przeczytać, czegoś się nauczyć, ale z tym u mnie opornie, to i nie ma co dłużej ciągnąć takiej farsy. Spuściłam głowę, spakowałam swoje drogie ubranka i pojechałam do mądrali, bo już wcześniej wyciągnęłam od rodziców jej adres. Zgłupiała na mój widok, stanęła i nawet nie zaprosiła, to sama musiałam się rozgościć. Kazała mi wyjść i myślała że co… że wyjdę? Naiwna kwoka. Taka kochana córeczka, rodzice się do niej modlili, kształcona, a teraz na zmywaku zarabia w zadymionym barze. Niby nie bar tylko pub, ale na jedno wychodzi. Niech zarabia, byle bym miała za co żyć i nie odpuszczę. Postawiła się, kazała płacić za mieszkanie i jedzenie, ale  nie miałam zamiaru, bo z czego? Przecież nie mogłam jak ona harować, a do tego ładnie wyglądać. Wściekłam się jak zaczęła pakować moje rzeczy, chwyciłam za kudły, ciągnęłam po mieszkaniu, a ona wrzeszczała. Sąsiedzi wezwali policję, a ci założyli mi kajdanki i zamknęli w areszcie. Zanim odbyła się rozprawa siedziałam i siedziałam. Nie rozumiałam co do mnie mówią kumpele z celi, to zaczęły ręcznie tłumaczyć i od tego tłumaczenia miałam same siniaki. Na rozprawie, taka pobita i z fanarami, prosiłam sąd o wysłanie do kraju, ale karę musiałam odbyć tam gdzie popełniłam przestępstwo. Jakie przestępstwo to już sama nie wiem. Przylałam egoistce i tyle. Poza sprzątaniem miałam zakaz zbliżania, ale ona przestrzegała tego bardziej ode mnie. Bała się, że przebiję ją moim sprzętem do śmieci, bo kilka razy pogroziłam z daleka. Zawsze uważała się za lepszą i mogła triumfować, ale kiedy widziałam ją taką drobniutką, nie miałam poczucia, że triumfuje. Przynosiła paczki do schroniska, ale nie mogłam się dowiedzieć, że są od niej. A kto inny by przynosił? Dziamdzia durna. Nie wiem czy wymyśliła sobie poczucie winy, czy wspierała mnie zwyczajnie jak rodzina, ale tego już się nie dowiem. Władze schroniska przekazały mi wiadomość, że siostra zginęła pod kołami piętrowego autobusu po dostarczeniu paczki, którą właśnie otwierałam.