Siostry: młodsza o starszej

Powiedziała, że mam się odczepić, bo dopóki żyje w wolnym kraju nikt nie będzie jej mówił co ma robić. Wariatka. Po co jej te wszystkie operacje plastyczne? Była ładna, ale już nie jest. Miała piękne usta, a ma jak kaczor, do jej biustu wzdychali moi koledzy, a teraz co? Się śmieją. Bo jak się nie śmiać, jeśli to coś w niczym się nie mieści. Mało było. Postanowiła wyjąć dolne żebra i talię zrobić. Wyobrażacie sobie? Rodzice zagrozili, że ją ubezwłasnowolnią, ale tylko się śmiała i wróciła taka cieniutka, że mogła się złamać w połowie. Potem wymyśliła karierę modelki, choć mocno przekroczyła dwudziestkę i się nie kwalifikowała. Wtedy widziałam że płacze, ale się nie poddała. Jak nie modelka to aktorka.  Obwieszona błyskotkami chodziła na castingi, cierpiała z powodu odrzucenia i dalej chodziła. Mówiła, że w dobrych czasach żyje. Bez szkoły można karierę zrobić i wielkie pieniądze, ale czas mijał jej bez kariery i pieniędzy, bo nawet to co miała przekazała z własnej woli chirurgom plastycznym. Z determinacji i żalu  wpadła na genialną myśl ustawienia się przy facecie. Im bogatszy tym lepszy, ale że w wieku naszego ojca to już nieważne. Była przymilna, słodka, kochająca i faktycznie się ustawiła. Wtedy zaczęły się nowe teksty – szalony seks i kociak czy wamp. Wstydziłam się. Nie wiedziałam jak z nią rozmawiać, od bezustannej ekstazy przechodziła w szczebiot i to już nie była moja siostra tylko dziwadło bez pojęcia. Rodzice prosili, żeby w miarę możliwości nie pokazywała się im na oczy, to się nie pokazywała, bo jej za bardzo nie zależało. Jak dorosłam, chętnie uczestniczyła w moim życiu. Chodziłyśmy do kina, razem przygotowywałyśmy przyjęcia dla przyjaciół, szyłyśmy sobie modne ciuchy i zamieniałyśmy butami. Łudziłam się, że wraca jej rozum, a tymczasem ona szukała podstępnie drogi do mojego chłopaka. Potem się z nim przespała i tyle. Ale jak można? Siostrą jestem przecież. Poskarżyłam się i dostała po pysku od matki, ale nie matce oddała tylko mnie, żebym nie biegała z językiem po ludziach. Chłopak od tej chwili nie był już mój, ale ona niestety pozostała siostrą. Zaczęłam się jej bać, wychodziłam kiedy odwiedzała rodziców, zamykałam swój pokój na klucz i nie korzystałam z zaproszeń na wspólne imprezy. Oddaliłyśmy się od siebie tak bardzo, że prawie przestałyśmy być rodziną. Ukończyłam studia i wyjechałam na zarobek do kraju stwarzającego ludziom godne życie. Nie myślałam o niej, chyba nawet uwolniłam się od nerwicy, w którą mnie wpędziła, aż nagle stanęła roześmiana w moich drzwiach. Boże, dlaczego? Pętała się za mną jak zaraza, miała wymagania, robiła wymówki, oczekiwała, że będę ją utrzymywać, bo panu, który ją przygarnął się znudziło. Nic nie umiała, była leniwa i wygodna. Prosiłam o radę rodziców, ale też nie wiedzieli co z nią zrobić i radzili wytrzymać. Nie chciałam wytrzymać. Prowokowała awantury, groziła mi, aż w końcu rzuciła się z pazurami i sąsiedzi zawiadomili policję. Dla obcokrajowców władze są bezwzględne. Moja siostra długo przebywała w areszcie, potem otrzymała miejsce w schronisku dla bezdomnych. Zasądzono jej roczną karę sprzątania miasta i codziennie meldowała się w pomarańczowym serdaczku, z workiem i szpikulcem do śmieci. Odblaskowe aplikacje pasowały do jej cienkiej talii, podkreślały wielki biust i to była jedyna biżuteria, którą dysponowała. Omijałam ją kiedy sprzątała w mojej okolicy. Mogła się rzucić z tym szpikulcem i wcale bym się nie zdziwiła. Nienawidziła mnie, a razem ze mną świata, który się na niej nie poznał. Dopóki odbywała karę rodzice nie mogli ściągnąć jej do domu. Nieraz mówiłam: – kobieto, zafiksuj się na mądrość, bo choruję jak na ciebie patrzę. Nie pomagało. Może sprzątanie obcego kraju nauczy ją rozumu, bo własny przeoczył taką pilną potrzebę.

Za tydzień: starsza o młodszej;

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wywodziłyśmy się z najniższych nizin, samego dna i nic nie wskazywało, że się od tego dna odbijemy. Rodzice zapewnili nam wegetację na wzór własnego życia, niezmąconego myśleniem i choćby najmniejszą próbą poprawy losu, który w miarę upływu czasu coraz bardziej nam doskwierał. Siostra opiekowała się mną, ale w końcu się znudziła i przypomniała matce, że to jej obowiązek i jeśli sobie nie radzi to niech nas odda do domu dziecka. Matka pewnie by to zrobiła, ale zdążyła się zorientować, że wygodnie jest mieć córki, to po co oddawać. Rodzice żyli jak we śnie, ich upośledzenie obejmowało brak zainteresowania dla jakichkolwiek obowiązków, intuicyjnie wyczuwali aktualne potrzeby i zaspokajali je w jakiś sposób, ale nie wiem jaki. Ludzie przynosili nam ubrania, resztki jedzenia i obserwowali nasze życie jak dziwowisko. Mówili, że jesteśmy piękne, że nie zasłużyłyśmy na taki los, ale nie ingerowali, choć czasem by się przydało. Kiedy do miasteczka przyjechało obwoźne kino, a my nie miałyśmy na bilety, właściciel wpuścił nas za darmo, bo „ładne dziewczynki takie, jak laleczki”. Film był dla dorosłych, ale nikt na to nie zważał i rodzice oglądali razem ze swoimi dziećmi. Losy damy kameliowej najpierw wywołały oburzenie, potem współczucie, a kiedy umierała lały się łzy i nikt nie pamiętał o jej profesji. Od tego czasu moja siostra oszalała. Mówiła tylko jakie kamelie są piękne i że ona też chce zostać taką damą. Wtedy płakałam, nie chciałam żeby od tych kamelii umarła, ale ona się śmiała, bo umiera się tylko w filmie. Dla mnie kamelie jak kamelie. Podobne do piwonii, którymi w czerwcu pachnie miasteczko. W filmie były białe, choć nauczyciel mówił, że mogą też być różowe, czerwone lub wielobarwne. Byłyśmy piękne, miasteczko nie mogło nam darować tego nadmiaru urody, a bezwzględne dla cudzego życia miejscowe pierduśnice na nasz widok zmieniały kierunek patrzenia. Siostra wzięła sprawy w swoje ręce, jak tylko ukończyła szesnaście lat. Znalazła dobrą posadę w eleganckim burdelu. Uroda tak bardzo jej pomagała, że szybko zyskała status damy do towarzystwa, żeby nie powiedzieć luksusowej prostytutki. Odwiedzała mnie w takich ciuchach, aż wszystkim wychodziły oczy i tylko czekała, abym dołączyła do niej jak dorosnę. Rodzicom przywoziła wory jedzenia, a ja dostawałam prezenty,  które w moich warunkach zakrawały na głupotę. Nie mogły mi się przydać i nikt by ich w miasteczku nie kupił. Na przykład kapelusik z woalką powiesiłam odwrotnie i wrzucałam do niego znalezione przy drodze kamyki, a piękna torebka służyła na świeże jajka, które zdarzało się czasem znosić naszym chudym kurom. Kiedy siostra uznała, że już czas na mnie, z ulgą zostawiłam rodziców, aby mogła nauczyć mnie wszystkiego co sama umiała. Powoli przeistaczałam się w motyla i mała larwa przestała istnieć na zawsze. Mój sponsor stworzył mi życie bogate i ciekawe, przystosowałam się szybko i nie chciałam już niczego innego, byle bym mogła spotykać się z siostrą. Razem robiłyśmy zakupy, korzystałyśmy z usług innych niż nasze, pracowałyśmy nad luksusowym wizerunkiem, bo kiedy wychodziła nam słoma z butów musiałyśmy z powrotem ją upchać. Dla nas świat zaczynał się na zachwyconych spojrzeniach, żyłyśmy w dobrobycie i już zawsze tak miało być. Kiedy moja siostra rozmazana i zapłakana przybiegła o świcie, najpierw nie mogła złapać tchu, a potem wykrzyczała, że zabiła drania. Nie wiedziałam, że jej przystojny sponsor jest draniem. Bardzo to ukrywała, nie chciała mnie straszyć i zniechęcać, a teraz nie zamierzała ukrywać, że zabiła. Przyznała się i szybko doszło do rozprawy. Przyjechali wszyscy mieszkańcy miasteczka poza dziećmi i staruszkami. Przywieźli też naszych rodziców, nieświadomych że jadą do sądu i dopiero na mój widok wyrazili niepokój o to miejsce. Na sali rozpraw siostra otwarcie mówiła o upodobaniach partnera, podawała intymne szczegóły o znamionach okrucieństwa. Prawowita małżonka, a teraz wdowa, tleniona i rezolutna, przez cały czas rzucała uwagi, aż wreszcie orzekła stanowczo, że nie można wierzyć oskarżonej, bo to prostytutka. Matka pochyliła się wtedy nade mną i nieśmiało spytała „szeptem” dokładnie słyszanym na całej sali: – a co to ta prosta tutka? Moja siostra uniosła głowę w szklanej klatce i głośno się roześmiała, a razem z nią cała sala i nawet sędzia bez strachu o powagę urzędu. Tym jednym pytaniem mama uchroniła ją przed więzieniem. Sędzia przyjrzał się naszym ociężałym, obojętnym rodzicom, nakazał opiekę i bezwzględny pięcioletni areszt w ich domu. Wzięłam na siebie utrzymanie całej trójki i niczego im nie brakowało, choć byłam rozważna w kupowaniu prezentów. Mój kapelusik nadal służył na kamyki, a markowa torba na jajka.

Dedykuję mojej siostrze

Była starsza, mądrzejsza i cwańsza, co pochwalała mama i kazała mi się od niej uczyć. Umiała się urządzić, w każdej sytuacji znalazła dla siebie wygodne miejsce. Ucieszyła się kiedy wyprowadziłam się od rodziców, bo po rozwodzie pilnie szukała niańki. Macierzyństwo zanadto ją ograniczało, a ona lubiła czuć się wolna. Wykorzystała fakt, że mały synek lubił przebywać z dziadkami i od tej chwili przestał być jej problemem. Wolny czas spędzała zwykle z moją rodziną. Nadzorowała nas i poddawała subtelnej, ale systematycznej destrukcji. Prała mózgi i zanim się spostrzegliśmy, staliśmy się wrogimi dla siebie ludźmi. Prowadziła oddzielne rozmowy z każdym z nas, a kiedy osiągnęła cel, zabrała się za naszych przyjaciół. Tylko że obce osoby nie dawały się łatwo, uświadomiły mi kim jest siostra i przestały nas odwiedzać. Wpatrzona w jej autorytet rozstałam się z mężem i już byłyśmy ”dwie rozwódki”. Wtedy poczuła się moją opiekunką. Tłumaczyła znajomym, że nie ma czasu na prywatność, stara się przebywać ze swoją upośledzoną siostrą, bo właśnie rzucił ją mąż i potrzebuje pomocy. Nie miałam świadomości istnienia aż tak skrajnych głupot, a ona układała moje życie po swojemu. Zdarzało mi się wspomnieć, że nie spędza czasu ze swoim dzieckiem, nie odwiedza rodziców, ale śmiechem zbywała moją naiwność. U mnie nie miała obowiązków i to jej wystarczyło, a w swoim domu miała kochanków – i też jej wystarczyło. Pomiędzy chodziła do pracy, ale tak często brała wolne, jakby ciągle była chora, a zwolnienia tylko na nią czekały. Była lekarką i wiedziała jak to się robi. Ukryłam, kiedy związałam się z nowym mężczyzną, a on uświadomił mi truciznę, jaką sączy moja siostra. Fakt, że jestem szczęśliwsza był dla niej nie do zniesienia, a niszczenie mi życia misją. Powoli ją odsuwałam, aż któregoś dnia po prostu nie wpuściłam. Choć wielokrotnie próbowała, nie miała już wstępu do mego domu. Dowiadywałam się o jej losach od mamy. Wpadała czasem na chwilę, dziecku mąciła w głowie obietnicami i kłamstwami. Nie liczyła się ze starzejącą matką, wypominała beznadziejną opiekę nad wnukiem, który chodził już do szkoły i nagminnie wagarował. Wypytywała o mnie i dla tych wiadomości gotowa była pokonywać daleką drogę do domu rodziców. Kiedy warunki mieszkaniowe poprawiły mi się na tyle, że mogłam zebrać wszystkie książki przechowywane w różnych miejscach, mama przekazała jej, że przyjadę. Od dziecka szanowałam książeczki, moje zbiory rosły razem ze mną, były liczne nagrody za naukę, działalność społeczną, literacką i wiele innych, książki z dedykacjami od pisarzy, bo kiedy dorastałam chodziłam na wszystkie spotkania kiedy przyjeżdżali do naszego miasteczka. Siostra nie zastanawiała się długo. Akurat w szkole syna ogłoszono zbiórkę makulatury. Warunkiem było, aby papier miał ślady zniszczenia, a ona doskonale wiedziała jak to zrobić. Do wielkiego papierowego wora wrzucała moje książki, sumiennie je przedtem niszcząc. Wyrywała kartki, zrywała okładki, plamiła i kiedy wór się napełnił odetchnęła z satysfakcją. Przyjechałam, zanim makulaturę odesłano do szkoły. Zaniepokoiły mnie puste szafki, ale rodzice nie mieli nic do powiedzenia, a siostry już nie było. Przypadkiem, kiedy zajrzałam do piwnicy, zwrócił moją uwagę wór wypełniony książkami. Od razu zrozumiałam, ale nie byłam zdolna do żadnej reakcji. Tęskniłam za moimi bohaterami z dzieciństwa i wczesnej młodości, a musiałam ich pożegnać pogrzebanych w papierowym worku. Ojciec znalazł mnie po kilku godzinach, a wyjechałam po wielu następnych, kiedy mogłam już mówić. Rodzice nie byli wspólnikami, ale nigdy nie przeciwstawili się siostrze, nawet w jej wrednych działaniach. Nie szanowała ich, lekceważyła, a oni i tak robili co kazała. Przeminęło już niemal całe życie, a ja ciągle płaczę na to wspomnienie. Przeczytałam kiedyś zdanie, które chyba dla mnie zostało napisane: „nie kochaj tak bardzo, bo może zostać ci odebrane”. Myślałam, że dotyczy własnych dzieci, bliskich, ale teraz, gdy poniosłam różne straty, wiem, że ta pierwsza była najbardziej dotkliwa. Żyłam dzięki książkom, z nich się uczyłam i to one mnie kształtowały. Po biciu i awanturach, których nie szczędziła mama, chowałam się z nimi, rozmawiałam z bohaterkami i niektóre na zawsze pozostały moimi idolkami. Dzięki nim rozumiem i cenię kobiety, choć te najbliższe wspominam z ogromnym smutkiem. Kobiety wybieram sobie do rozmów i na bohaterki własnych opowieści. Ciągle wierzę, że patologiczne charaktery trafiły się tylko w mojej rodzinie i w żadnym innym miejscu na świecie nie występują.

Opowieści o bliskich cz. III

Siostry o siostrach

Misia napisała

Byłam tą bliźniaczką, która nie mogła usiedzieć w miejscu. Zażenowana moim zachowaniem spokojna siostra nawet nie starała się walczyć z temperamentem nie do pokonania. Byłyśmy jednojajowe, wyglądałyśmy tak samo, ale charaktery tego nie potwierdzały. Kiedy ona przygotowywała się do egzaminów na wymarzonej polonistyce, ja odkładałam je na historii, by opiekować się w Indiach wioską trędowatych. Albo w Afryce pomagałam ekspedycjom medycznym. Pracę dostałyśmy w tym samym liceum. Moja jasnowłosa siostra ze splecionym warkoczem, stylizowana na pensjonarkę, nie różniła się zanadto od swoich uczennic z dobrych domów. Wszystkie chciały chodzić na jej lekcje i się zaprzyjaźnić. Do mnie nikt się nie garnął, a na historię musiałam specjalnie zapraszać zniechęconą publikę. Szpanowałam pomocą dla świata, tylko że środowisko nie było zainteresowane. Od dziecka każdy wiedział, że ma być kimś i tylko na to był zaprogramowany. W dodatku wyglądałam jak podstrzelona, zawsze w bojówkach i z włosami na jeża. Nasza siostrzana przyjaźń wydawała się nie do zdarcia, ale kiedy się zakochała, nie miała już dla mnie czasu. Potem urodziła dzieci, porzuciła pracę i widywałyśmy się tylko podczas rodzinnych świąt. Od kiedy pamiętam zawsze była smutna. Czasem się bałam tego smutku, jakby zapowiadał katastrofę i… moja siostra zginęła w strasznym wypadku. Jechali całą rodziną, mąż prowadził, niefortunnie włączył się do ruchu i staranował go przeładowany tir ze słabymi hamulcami. Nastąpiło to coś, czego się spodziewała i czasem prosiła, żebym zaopiekowała się jej dziećmi kiedy już się wydarzy. Moje radosne usposobienie nie uwzględniało czarnowidztwa, podczas włóczęgi po świecie nieraz przeżywałam chwile grozy. Teraz zweryfikowałam myślenie o trwałości życia i choć nie mogłam pogodzić się ze śmiercią bliźniaczki, musiałam zająć się jej dziećmi. Po raz pierwszy podobieństwo sprawiało mi ból, bo dzieciom się myliło i mówiły do mnie mamo, zaraz potem ciociu i znowu mamo, aż przytuleni szeptaliśmy sobie słowa pociechy przeplatane łzami. Kiedy przychodziłam, ich ojciec zamykał się w pokoju, nie rozmawiał ze mną i tylko przez dzieci wyraził życzenie, żebym zabrała ubrania po siostrze. Własne pieniądze w większości przekazywałam na biednych i nie wahałam się przed przyjęciem i noszeniem siostrzanej garderoby. Widziałam, że mnie podgląda, miał urojenia że żona wróciła, popadał w obłęd i już nie wystarczyło unikanie mnie. Długie leczenie w szpitalu psychiatrycznym przyniosło marne skutki, choć wyglądał na zdrowego i chwilami tak się zachowywał. Pożyczył od sąsiada samochód, pojechał w miejsce gdzie zginęła jego żona. Wypatrzył jadącego z naprzeciwka tira, rozwinął maksymalnie szybkość i zginął jak ona. Od tamtej tragicznej chwili obwiniał się, pragnął dla siebie takiej samej śmierci i pomimo narastającego obłąkania do końca doprowadził swój plan. Zostałam z dziećmi jako ich jedyna opiekunka i długo czułam się bardziej bezradna niż one. Nie chciałam, żeby przyzwyczajały się do cmentarza, zabrałam je w miejsce gdzie tętni radosne życie, choć brakuje wszystkiego: pieniędzy, żywności, wody, ubrania, zabawek, książek. Pojechaliśmy budować studnie w Sudanie, dodatkowo uczyłam miejscowe dzieci, a siostrzeńcy chodzili do szkoły razem z nimi. Szybko się okazało, że była to najlepsza decyzja w moim życiu. Nie wróciliśmy już do kraju. Dzieci dorosły, wspólnie zdobywaliśmy fundusze, naszą nową obsesją stały się szkoły i budowaliśmy je wszędzie tam gdzie były potrzebne. Uczyliśmy i tworzyliśmy warunki dla godnego życia mieszkańców. Spotykaliśmy się z życzliwością, ludzie chętnie uczestniczyli w naszych działaniach, a potem dumni korzystali z efektów. Zdarzyło się, że opowiedzieliśmy zbyt dużo o sobie, nigdy dotąd nie ujawniliśmy naszego dramatu, bo sytuacje, które widywaliśmy w przybranej ojczyźnie były równie, a często nawet bardziej tragiczne. Zgromadzeni ludzie zaczęli klaskać, a potem tańczyć i śpiewać. Niejako z marszu imieniem mojej siostry nazwali właśnie otwieraną szkołę, a jej dzieci otrzymały honorowe obywatelstwo prowincji. Ja zostałam pierwszą kobietą naczelnikiem tej prowincji i wbrew zwyczajom mogłam posiadać kilku mężów. Wspierający i opiekuńczy duch mojej siostry zapragnął, abym zaznała stabilizacji i opieki, którą zwykle sama dawałam i nie zauważyłam, że upływający czas odbiera mi siły.

Nazywamy się tak samo, ale nie jesteśmy rodziną, nie znamy się i nigdy się nie spotkaliśmy. A jednak doktor mnie wyleczył. Diagnozę postawił po chwili rozmowy telefonicznej i wskazał potrzebne leki. Gdybym nie zobaczyła doktora w telewizji, prawdopodobnie nie miałabym już możliwości zwracania się do Państwa. Straciłam 14 lat życia na ból i cierpienie, którego wcale by nie było, gdyby lekarze do których trafiałam – w tym ważnego ośrodka uniwersyteckiego –  bardziej skupiali się na pacjentach. Teraz doktor Wojciech Ozimek, warszawski pediatra i parazytolog, napisał książkę: „Nie dam się pasożytom, czyli jak odzyskać zdrowie”.                                              
Powszechnie się uważa, że pasożyty to problem ludzi z nizin społecznych lub wracających z egzotycznych krajów. Nic bardziej mylnego. Zarażone są nimi miliony ludzi. Aż 90% populacji ma w sobie co najmniej jednego pasożyta. To często pierwotna przyczyna powszechnych chorób, np. alergii, schorzeń neurologicznych, gastrycznych, psychiatrycznych. Dzisiejsza medycyna często lecząc pacjenta objawowo, nie szuka i nie likwiduje przyczyny. Dlatego objawy wciąż nawracają. Pasożytami można się zarazić w dowolnym miejscu. W domu, w pracy, w kinie, teatrze, restauracji, piaskownicy, jacuzzi, na basenie, placu zabaw, w barze lub kuchni żywienia zbiorowego. Inwazyjne jaja pasożytów są wszędzie.

I tu muszę Państwa postraszyć. Rekiny rocznie zabijają 10 osób, wilki – 10, słonie – 100, hipopotamy – 500, krokodyle – 1000, a małe tasiemce zabijają 2000, glisty ludzkie – 60 tys., ślimaki – 110 tys., komary – 725 tys. /dane z internetu/. W jaki sposób zabijają niewinne ślimaczki? To takie proste, że pewnie wolelibyście Państwo nie wiedzieć, zwłaszcza jeśli macie je w dużej ilości na działkach i w ogrodach. Ślimaki są pośrednimi żywicielami przywr, którymi zarażają niemal 200 milionów osób rocznie. Na szczęście człowiek, który jest ich głównym rezerwuarem, nie zaraża innych ludzi. W danych nie ma dysonansu pomiędzy śmiertelnością i zarażeniem. Długo się choruje zanim pasożyt zabije swego żywiciela. Mądry lekarz w Hajnówce na Podlasiu, dr n. med. chirurg Andrzej Popow lecząc moją córkę, w nieoczywistych objawach zalecił wykonanie badania na określonego pasożyta i dopiero po jego wykluczeniu postawił diagnozę. Niestety, nie jest to ogólna praktyka, pasożyty się pomija albo nie uwzględnia i dla chorych oznacza to czasem sytuację dramatyczną.

Pamiętajcie Państwo, domagajcie się leczenia jeśli jesteście chorzy, bo sami najlepiej to wiecie. Nie dajcie sobie wmawiać, że wszystko jest dobrze, bo wyniki badań na to wskazują. Macie jedno zdrowie. Potrzebujecie go dla siebie, rodziny i świata. Choć medycyna traktuje nas czasem jak byśmy byli nikim, świat jest o nas uboższy kiedy odchodzimy. Pilnujcie się i dbajcie o siebie.

Doktor Wojciech Ozimek zastanawia się w książce: – jak to możliwe, żeby w XXI wieku medycyna była aż tak bezsilna wobec wielu powszechnie występujących chorób? Jaki wpływ na nasze zdrowie mają pasożyty? Czy robaczyce są jedynie przyczyną wielu dolegliwości, czy bywają także naszymi sprzymierzeńcami? Na czym powinna polegać przemyślana profilaktyka zakażeń pasożytniczych, pierwotniaczych i grzybiczych? Jak się wyleczyć, a nie tylko jak się leczyć?
Doktor ma marzenia, aby: – zakażenia pasożytami były poważnie brane pod uwagę w procesie diagnostycznym. I aby kwestie zakażenia pasożytami były szeroko nagłaśniane w mediach. Jest bezradny kiedy spotyka się z naturalistycznym punktem widzenia na higienę: – bo w biednych krajach pasożyty są powszechne, a choroby cywilizacyjne rzadkie. Z obserwacji doktora wynika, że: – z odrobaczania można odnieść więcej korzyści zdrowotnych niż z życia w brudzie i nie wolno traktować go jak szczepionki.

Czasem wystarczy przestrzegać prostych zasad, które doktor Wojciech Ozimek jako pediatra zaleca dzieciom, a odnoszą się też do dorosłych: – obsesyjnie myć ręce, walczyć ze zwyczajem ssania palców, pić filtrowaną i przegotowaną wodę, dokładnie myć owoce, regularnie dezynfekować urządzenia sanitarne w domu, unikać szpitali, przychodni, basenów, sadzawek, z których korzystają ludzie i zwierzęta, tępić szczury, myszy, muchy i inne robactwo w domu i obejściu. Należy stosować odpowiednią dietę, zażywać probiotyki i suplementy, bowiem stan naszych jelit przekłada się bezpośrednio na odporność ogólną. W jelitach nie tylko czai się śmierć, lecz także rodzi się zdrowie.

/kursywą: treści zaczerpnięte z książki i wypowiedzi internetowych doktora Wojciecha Ozimka/