Poznałyśmy się przypadkiem. Powiedziała, że nie wyglądam na osobę, która pisze. Ucieszyłam się. Miałam do czynienia z dziewczyną, która mówi co myśli, a to rzadkie w epoce skrótów i niedomówień. Okoliczności sprzyjały zwierzeniom i choć jestem starsza o co najmniej pokolenie, nie mogę dorównać skali jej przeżyć. Nie odmówiła kiedy poprosiłam, aby je opisała i zamieściła na moim blogu. Otrzymałam osiem stron maszynopisu i z bólem serca razem dokonywałyśmy skrótów.

Przedstawiam Państwu Renatę z Hajnówki na Podlasiu.

Mama spytała za co ją tak nienawidzę? Nie nienawidzę. Nie oceniam, kocham na swój sposób, ale mogę mieć własne zdanie i nie pozwolę aby mną kierowała. Mam prawo iść swoją drogą przez życie, robić własne błędy i nie będę stawiać jej na pierwszym miejscu, a tym bardziej  postępować tak jak by chciała. Nie chcę uczestniczyć w jej zakłamanym toksycznym życiu.
Zaledwie pamiętam, że tato pił, potem rozrabiał, a my uciekaliśmy do sąsiadki żeby przeczekać do rana. Mieszkaliśmy w domu, który nie był – chyba – nasz, posesję często nachodził jakiś starszy człowiek i krzyczał wyganiając. Chowaliśmy się wtedy na ganku. Miałam cztery lata kiedy tato umarł i wtedy z małego domku na wsi przeprowadziliśmy się do miasta. Mama dostała pracę i własne mieszkanie, mijały lata, a w naszym domu niezmiennie było bicie. W dodatku pojawił się w jej życiu nowy mężczyzna i od nowa alkohol, klęczenie na grochu z rękami w górze, uciekanie, nocowanie po sąsiadach. Za małe i duże przewinienia dostawało się czym popadło i gdzie popadło. Po biciu wstydziliśmy się wyjść na podwórko, nie dawało się zakryć śladów. Pamiętam jak dostałam kablem. Schowałam się w łazience, bo nie mogłam przykryć sukienką szram na nogach. Przyszła, przytuliła i powiedziała, że mnie bardzo kocha. Nie chciałam tego słuchać, byłam sparaliżowana ze strachu. Moja świadomość nie dopuszczała takiej miłości. Innym razem mama wpadła w szał i tak biła pasem brata, że odciągałyśmy ją przerażone i zapłakane błagając, aby tego nie robiła. Było nas czworo z pierwszego związku, potem urodziło się jeszcze dwoje. Jako starsze siostry zajmowałyśmy się domem i opiekowałyśmy młodszym rodzeństwem. Kilkanaście lat po rozstaniu z mamą nasz ojczym się powiesił, a my doznawaliśmy kolejnych przykrości i upokorzeń. Trzeci mężczyzna był taki sam jak dwaj poprzedni, ale z uporem próbowała zbudować z nim szczęśliwy świat. My dorastaliśmy i stawaliśmy w jej obronie, kiedy tylko atmosfera niebezpiecznie się zagęszczała. Pamiętam jak kiedyś puściły mi nerwy i na szyi potwora zostały siniaki od moich rąk. Razem z mamą naszarpaliśmy się z pijakiem niemało Nie wiem gdzie w tym wszystkim było miejsce dla dzieci, ale cała szóstka trzymała się razem, jedno za drugim stało murem i dzięki temu przetrwaliśmy. Mama rozładowywała na nas własne frustracje, a my wyprowadziliśmy się po kolei z domu. Założyliśmy własne rodziny. Troje rodzeństwa mieszka za granicą, a ja i najmłodsi bracia – wszyscy w szczęśliwych związkach – pozostaliśmy w Polsce.
Moi dziadkowie stracili mieszkanie w PGR, niczego się nie dorobili, bo dziadek pił. Wprowadzili się do mieszkania trzeciego mężczyzny mamy, ale kiedy popsuły się wzajemne stosunki zamieszkali z mamą, a już pół roku później znaleźli sobie stancję. Nie mieszkali daleko, mimo to spotkania z ich jedyną córką nie należały do najczęstszych. Nie chciałam oceniać ani mamy, ani jej rodziców, bo nie wiem czym sobie na to zasłużyli. Ich relacje nigdy nie były dobre, ale moim zdaniem rodzice to rodzice, nie można mieć drugich albo sobie zmienić jak coś nam nie pasuje. Odkąd pamiętam, dziadkowie zawsze nam pomagali, dzielili się czym mieli i nadszedł czas, aby za wszystko podziękować. Kiedy wróciłam do rodzinnego miasta po kilkunastu latach poza domem, niemal od razu zdecydowaliśmy z mężem, żeby ich do siebie zabrać. Starsi ludzie nie powinni tułać się po stancjach. Potrzebny był im spokój, który mogliśmy zapewnić. Razem urządzaliśmy nasze wspólne kąty, my opiekowaliśmy się nimi, a oni nami. Dziadek Witold czuł się gospodarzem, ale głównie opiekował się babcią i spełniał wszystkie jej zachcianki. Babcia Weronika często powtarzała, że tak dużo wycierpiała przez jego awantury i picie, że zasłużyła, aby teraz przy niej biegał. Alkohol pozwalał dziadkowi funkcjonować i pił, niestety, do końca życia. Wdzięczni obojgu za ich obecność staraliśmy się, aby czuli się u nas szczęśliwie i bezpiecznie. Od dziecka ich podziwiałam. Zawsze i wszędzie razem, w zdrowiu i chorobie, w dobrym i złym, jedno na drugie patrzyło i go widziało, słuchało, spełniała się ich miłość, przyzwyczajenie i całe życie, ponad 60 wspólnych lat. Namówiłam dziadków, którzy nigdy o nic nie prosili, nie brali i radzili sobie sami, aby wyrobili grupy inwalidzkie. Czuli się pewniej mając własne pieniądze i od nikogo nie byli zależni. Kiedy urodził się nasz synek Gabriel wzajemne wsparcie było szczególnie ważne i choć zdarzały się kłótnie, obrażanie, zwątpienie, to umieliśmy ze sobą rozmawiać, przeprosić, każdego dnia okazywaliśmy sobie miłość i dzieliliśmy się dobrym słowem. Jestem bardzo wdzięczna losowi, że postawił ich na mojej drodze. Zawsze czekali z zupą na nasz powrót z pracy, z przedszkola, byli przy synku gdy stawiał pierwsze kroki, a potem on – kilkuletni brzdąc – odprowadzał ich w ostatniej drodze. Babcia z dnia na dzień słabła. Odezwały się choroby z przeszłości, przez które wiele lat była pod opieką poradni płucnej w Hajnówce. W krytycznym momencie, kiedy potrzebowała krwi, młody wówczas lekarz, a obecnie ordynator na oddziale płuc dr Jerzy Pawluk oddał jej swoją. Pamiętała mu to przez całe życie i często z wdzięcznością wspominała. Choroba zabierała siły, babcia powoli przestawała chodzić, potem także siedzieć i już tylko leżała na łóżku rehabilitacyjnym. Zapewniliśmy wszystko co trzeba, aby nie doszło do odleżyn. Dziadek od rana krzątał się po kuchni i szykował dla niej zupkę, a ja starałam się żeby była wypielęgnowana, aby choć odrobinkę zjadła przed lekami, nie wyrzuciła rurki od tlenu. Synek wskakiwał z pieskiem na łóżko i pomagał zachęcać do jedzenia, podawał pieluchy, czatował na muchy, aby dziadków nie męczyły. Czasem odwiedzała ich mama, ale przeważnie zaraz wracała do siebie. Kiedy poprosiłam o pomoc przy babci odpowiedziała zniecierpliwiona, że jak wzięłam ich pod swój dach, to muszę teraz sobie radzić. Jednak konsekwentnie egzekwowałam jej obowiązki wobec rodziców. Musiałam pracować i trzeba było wesprzeć dziadka. Przyjeżdżała rano i w południe, aby przewinąć i nakarmić, moje były wieczory i noce. Nie czuła potrzeby bycia ze swoimi rodzicami. Zbyt wiele było krzywd i za duża zadra w niej siedziała. Chciała, abym po jej stronie stanęła naprzeciw dziadków, ale nie moja to sprawa. Nic złego mnie od nich nie spotkało, dlaczego miałabym się odwrócić? Sama powtórzyła błędy swojej mamy, ale nie powinna nas – dzieci wciągać we własny konflikt.
Któregoś dnia wezwałam karetkę do dziadka. Miał 85 lat, poczuł się źle, trafił na ten sam oddział do doktora Jerzego Pawluka co babcia przed laty. Okazało się, że guz z przerzutami zrujnował organizm i nadziei na powrót do zdrowia już nie ma. Zawsze twardy i niezależny bardzo przeżywał szpitalną pielęgnację, że ktoś go myje i zakłada pieluszkę. Próbowałam z tego żartować, opowiadałam co u babci i żeby się nie przyzwyczajał, bo czekamy na niego w domu. Uśmiechał się, ale chyba przeczuwał, że jest poważnie. Jeszcze wieczorem trzymaliśmy się za ręce, mówiłam żeby spokojnie odpoczywał, bo wszystko jest dobrze, ale nie było i nad ranem dziadek umarł.  Zajęta przygotowaniami do pogrzebu modliłam się, aby szybko zabrał stąd babcię, bo nie rozdziela się dwóch serc po tylu latach. Krzyczałam na Boga, a potem przepraszałam, bo miała być Jego wola, a nie moja.
Po pogrzebie mama zabrała babcię do siebie. Mówiliśmy jej, że dziadek ciągle przebywa w szpitalu, ale chyba przeczuwała i szykowała się do spotkania po drugiej stronie. Opowiadała, że wyszedł już po nią na drogę, tę samą, którą my – wnuki przemierzaliśmy do nich z bukietami polnych kwiatów. Życie z niej uciekało i któregoś wieczoru, wezwana przez mamę,  położyłam się obok babci, przytulałam i zachęcałam do spotkania z dziadkiem. Czekała aż przyjdę, aby pożegnać się przed rozstaniem. Odeszła spokojnie, gotowa na wszystko co miało ją spotkać. Cztery miesiące przerwy pomiędzy pogrzebami to za mało żebym zdążyła nabrać sił, potrzebowałam otuchy i wsparcia. Mieszkaliśmy razem 9 lat i dzięki dziadkom czułam się spełniona i szczęśliwa, a oni byli spokojni i mieli dach nad głową. Teraz uczyliśmy się żyć we trójkę i szybko zrozumieliśmy, że nic nie jest ważniejsze od naszej rodziny. Mieliśmy z mężem kryzysy, ale przetrwaliśmy. Mariusz jest cierpliwy, kochający, czasem milczący, ale zawsze przy mnie. Rozumie, kocha, wybacza. Dodaje sił gdy ciężko, przytula i rozśmiesza gdy smutno. Doszliśmy do samego środka życia, choć po pogrzebach Gabryś mówił, że jesteśmy starzy i też niedługo umrzemy. Pozostawiłam za sobą smutne dzieciństwo aby przeżywać szczęśliwe dzieciństwo z synkiem, z którego będzie miał dobre wspomnienia. Daję z siebie ile mogę i wciąż znajduję nową energię. Dziadkowie napełnili nasz dom wszystkim co dobre, dzięki nim staliśmy się lepszymi ludźmi. Chociaż powrócili do swojego domu, ciągle odczuwam ich obecność i z nadzieją oczekuję ponownego spotkania na wieki.

 

Jest strasznie, kiedy urodzisz się w rodzinie cyrkowców, a nie lubisz i nie rozumiesz ich tułaczego życia. Do tego nie chcesz przebywać w komunie i ciągle być biedną. Moja mama urodziła mnie w przyczepie, czyli w domu, a akuszerką był ojciec. Tyle wiem. Potem to już tylko siedziałam na schodkach tej przyczepy i ciągle czekałam na rodziców. Ojciec od rana bujał się na trapezie przygotowując do wieczornych występów, a mama karmiła i tresowała lwa, który wkrótce ją zabił i już nie miałam mamy tylko ciocie. Kiedy ojciec poszedł go zastrzelić, lew skulił się w kącie, jakby przepraszał. Ważył 200 kg, a zachowywał się jak mały kotek i trudno było uwierzyć, że jest mordercą. W taki sposób podopieczny mamy ocalił życie i pozycję w namiocie cyrkowym. Ojciec przejął nad nim opiekę nie zważając na uruchomiony z całą mocą instynkt zabijania. Nie zarzucił trapezu, a lwa tresował dodatkowo ze złudną wiarą, że mama by tego chciała. Od tego czasu niemal go nie widywałam. Ciocie – cyrkówki były wredne dla siebie nawzajem, ale mnie kochały i rozpieszczały. Dzięki nim nie byłam głodna, zawsze wystrojona i uczesana w warkocze, a jedna miała nawet zakusy żeby zrobić mi trwałą przed rozpoczęciem nauki w szkole. Ojciec w porę zastał ją z akcesoriami do włosów i zapobiegł skrajnej nieodpowiedzialności, choć sam wcale nie był inny. Wolne ciocie chciały z nim romansować, ale on już miał mnie, lwa i trapez. W szkole byłam dzikuską, wychowanie rozumiałam jako tresurę i nie umiałam bawić się z dziećmi. Nauczyciele unikali kontaktów ze mną, bo ich drapałam i gryzłam, a dzieci dla równowagi biłam. Ojca wzywano na rozmowy, z których uprzejmie nie korzystał, bo co roku chodziłam do innej szkoły w mieście, gdzie zatrzymywał się cyrk. Dorastając łagodniałam, interesowałam się chłopakami i w każdej szkole zostawiałam swoją miłość na wieki. Umiałam rzucać zaklęcia, bo egzaltowane cyrkówki wpajały mi je od dziecka. Życie w cyrku jest monotonne i nie ma w nim żadnej magii. Artyści ciężko pracują fizycznie na swoją pozycję, są przy tym zawistni i bezwzględni we wzajemnym wydzieraniu sobie angażu. Nie chodziłam podczas występów do namiotu, nudziły mnie i nie mogłam wtedy zawołać ojca, choćbym miała największy problem, ale tego wieczoru chciałam popatrzeć na lwa. Szło dobrze dopóki nie podpalono okręgu, przez który miał przeskoczyć. Zawahał się, błyskawicznie chwycił ojca i przerzucił przez płomienie, ale w pysku została mu noga, niemal w całości oderwana. Nigdy dotąd nie widziałam takiego triumfu w oczach zwierzęcia, a potem pogardy. Wypluł z niesmakiem bezwładną nogę, podeptał i wolno pomaszerował za kulisy. Miałam nadzieję, że ojciec żyje, ale jako osoba wyrachowana i cyniczna od razu pomyślałam o odszkodowaniu. Przeznaczałam je w myślach na własne potrzeby, bo zawsze mi mówił, że jestem najważniejsza na świecie i należy mi się wszystko co najlepsze. Po wielu miesiącach leczenia i rehabilitacji nauczył się żyć bez własnej nogi. Zastąpiła ją proteza i powrócił do trapezu najpierw się oswajając, potem coraz odważniej wykonywał akrobacje. Sztuczna noga ważyła tyle samo co prawdziwa dzięki czemu ich ciężar równomiernie się rozkładał i mój ojciec ponownie zaistniał jako wielki artysta. Wnoszono go na arenę, a on na oczach publiczności zakładał nogę, dopiero potem się kłaniał i otwierały się wszystkie serca, które dla cyrku były żyłą złota. W przyczepie niespecjalnie to odczuwaliśmy, czasem wpadały małe premie jako gratyfikacja za kalectwo i wtedy kupowaliśmy dla nas ubrania. Nigdy nie pomyślałam, że też bym mogła pracować. W cyrku miałam możliwość nauczenia się wielu rzeczy, ale byłam leniwa i miałam niewyparzony pysk, za który nikt mnie nie lubił. Cyrkówki się odsunęły, bo przewyższałam ich mistrzostwo w intrygach i spekulacjach. Któregoś dnia ojciec na oczach publiczności spadł spod samej kopuły i już nie było co zbierać, tylko sztuczna noga w całości podskakiwała po arenie. W jednej chwili stracił życie, a mnie jako pasożyta przepędzono z przyczepy. Jeszcze próbowałam zgrywać sierotkę, ale byłam już na nią za stara, choć nie umiałam zadbać nawet o siebie. Pośpiesznie wyszłam za mąż, potrzebowałam dachu nad głową i utrzymania. Uczyłam się normalnego życia, ale nikt nie traktował mnie poważnie, nawet mąż nie widział mnie jako matki swoich dzieci. Pomimo przekroczonej trzydziestki we włosy wciąż wplatałam kokardy, a na policzkach malowałam farbką biedronki. Zawsze myślałam tylko o sobie i tak pozostało, bo nie potrafię inaczej.

Za tydzień ponownie przerwiemy „Opowieści o bliskich”. Zamiast wymyślonych historii Renata opowie o swoim prawdziwym życiu. Autorka jest filigranową, piękną, serdeczną osobą, ale też bezkompromisową wobec własnej przeszłości. Bardzo Państwa zachęcam do lektury.

 

 

 

 

 

 

 

W normalnym świecie trudno jest kochać ojca gangstera, ale w moim łatwo. Dzięki niemu byliśmy bogaci i nie obchodziło mnie skąd brała się ta cała kasa. Nie rozumiałam tylko dlaczego nie mam koleżanek i nikt ze mną w szkole nie rozmawia, a chłopcy mnie nie chcą choć jestem ładna. Ojciec tłumaczył, że to zwykła zawiść, że nie powinnam się przejmować i zawracać mu głowy głupstwami. Robiłam co mi kazał, miałam z tego więcej korzyści niż z buntu. Mamie też nie powtarzał dwa razy i choć nigdy tego nie widziałam, ręcznie wymierzał karę za każdy przejaw niesubordynacji. Sińce starannie maskowała i była posłuszna bardziej ode mnie. Córeczki tatusia mają przechlapane, na ogół nie wyrasta z nich nic dobrego, w dodatku szukają partnera w postaci klonu własnego ojca. Nie mogłam mieć gorszego wzorca, ale wtedy o tym nie wiedziałam. Wieczorem zwykle zbierał się do pracy, która wymagała kontaktów i dochodziło do nich, gdy normalni ludzie już dawno spali. Otwierał pozamykane na klucz szuflady, pod marynarkę mocował szelki i uzbrojony po zęby stawiał się w miejscu nagranym wcześniej przez pomocników. Mówił o nich żołnierze albo głąby i obijał pyski w razie potrzeby. Jako boss nie przestrzegał zasad i nie rozumiał fair play. Legendą obrosła jego bezwzględność wobec bogactwa zgromadzonego przez kapitalistycznych śmierdzieli, którzy pocą się i oddychają ostrygami. Nie zawsze zabijał. Czasem wystarczyło postraszyć i majątek grzecznie zmieniał właściciela. Mamie i mnie dawał co lepsze klejnoty, te gorsze przeznaczał na wynagrodzenia dla pomocników. Ojca  interesowała tylko gotówka. W całym domu miał wypełnione pieniędzmi przemyślne skrytki i choć był doświadczonym gangsterem naiwnie wierzył, że nie da się ich znaleźć. Na szczęście wyglądam jak mama, bo ojciec jest pokracznym mięśniakiem i żeby się go bać wcale nie trzeba widzieć wycelowanej lufy. Ma zarośniętą klatę i szyję, a na tej sierści ciężki złoty łańcuch. W malutkiej główce wiercą się okrągłe cwane oczka koloru ziemi, a w zębach błyszczą starannie wmontowane diamentowe kamyki. Jego najważniejszą cechą jest niespotykana wręcz przebiegłość, a do przetrwania potrzebuje podwójnego zet: nie dać się złapać i nie dać się zamknąć. W kontaktach z organami ścigania zwykle przejawiał wolę współpracy i przeznaczał na to 30 procent majątku zwanego pieszczotliwie łupem. Policjanci przychodzili o różnych porach i ojciec dzielił się jak dobrze wychowany chłopiec, ale kazał nam się przygotować do opuszczenia tego złodziejskiego kraju. Szmaciarze nie dawali mu spokojnie żyć za ciężką pracę i ta ciągła ochrona zaczęła go męczyć. Za granicą czekała nas niespodzianka w postaci domu w nadmorskim kurorcie. Ojciec, który nie przepadał za stabilizacją, szybko wkręcił się do półświatka, wykonywał różne prace zlecane przez nowych bossów. Miał plan żeby ograć ich cwaniactwem i przejąć władzę. Konsekwentnie poszerzał swoje wpływy, ale że chytrość to nie inteligencja, nie odróżniał mafii od gangu i nie zdawał sobie sprawy, że monitorują go od chwili kiedy się pojawił. Konkurencja w tym fachu to wyrok, najpierw wydany na mamę i na mnie, a potem nagłe kalectwo ojca i pożar domu, który zamienił się w popiół razem z bogactwem pochodzącym od wielbicieli ostryg. Nasze nowe miejsce było znanym z przepychu i fachowości burdelem, w którym zmieniono nam imiona i przedstawiono jako siostry. Przyzwyczajone do posłuszeństwa nie miałyśmy problemu z adaptacją choć doskwierał brak doświadczenia. Dziewczyny wprawdzie uczyły nas fachu, ale zazdrosne o swoje sztuczki tworzyły konflikty i czasem byłyśmy wystraszone ich wrogością. Żyłyśmy myślą o ojcu i uciekłyśmy z burdelu kiedy dowiedziałyśmy się, że nas szuka. Jego klęska była upadkiem rodziny, a my – jako jedyne jej członkinie – pragnęłyśmy dawnej świetności. Poskładany do kupy ojciec ponownie poczuł się bossem z łańcuchem na szyi, ale bardziej liczył na nas niż na siebie. Wynajmowałyśmy się do sprzątania i kiedy zmęczone opuszczałyśmy bogate domy, nie miałyśmy wątpliwości – nasz dawny gangster wiedział co robić. Po co komu taki przepych, wszystkiego w nadmiarze na całe pokolenia. Jeśli ktoś nie chce się dobrowolnie podzielić, trzeba mu pomóc –  i tą drogą szło nasze myślenie o odbiciu się od dna. Właśnie takiej iskry ojcu brakowało, a kiedy tylko się pojawiła, nikt nie był w stanie nas zatrzymać.

Mama wyszła za mąż za schizofrenika.  Wprawdzie widziała, że zachowanie chłopaka jakoś dziwnie odbiega od normy, ale miłość, która wszystko zwycięża, tak bardzo ich napędzała, że wzięli szybki ślub, a mama na zawsze zerwała kontakty z rodzicami. Huśtawka zaczęła się szybciej niż mogła się spodziewać. Właśnie miałam się urodzić, kiedy pierwszy raz ją pobił, bo głosy mu kazały. Po narodzinach bała się wrócić ze mną do domu, głosy mogły kazać zrobić mi coś bardzo złego i wiele razy to się zdarzało. Żyję dzięki czujności mamy i częstym pobytom ojca w szpitalu psychiatrycznym. Buntowałam się dopóki nie dorosłam, nie chciałam mieszkać ze świrem pod jednym dachem. Potrzebowałam wsparcia, a sama musiałam je dawać. Ojciec był pobudzony albo nie reagował, a mama ciągle zapłakana. Strategia przetrwania, którą na własny użytek stosowałam, polegała na odcięciu się od nieprzyjaznego środowiska i przyklejenia do koleżanek, które zapraszały mnie do siebie. Razem się uczyłyśmy, zostawałam u nich na noc, a ich mamy karmiły mnie i ubierały jak własną córkę. Właściwie wszystko, co w życiu osiągnęłam, zawdzięczam obcym ludziom. Zostałam psychologiem, terapeutką w szpitalu psychiatrycznym, gdzie mój ojciec miał swój drugi dom. Schizofrenicy nie uczestniczą w terapii grupowej i zdarzało się, że przychodziłam do niego na indywidualną rozmowę jak obca. Lubił się do mnie nie przyznawać i zaledwie tolerował. Uważał, że ma nadprzyrodzoną moc, którą kontroluję i nie pozwalam mu z niej korzystać. Na przebiegającą fazami schizofrenię na ogół pomagają neuroleptyki, kontakt jest wtedy łatwiejszy, ale mowy o porozumieniu nie ma. Kiedy wracał do domu, od nowa nas nienawidził i obwiniał. Mamę za to, że go truje, mnie, że buntuję przeciw niemu jego jedynych przyjaciół – duchowych sprzymierzeńców i opiekunów. Wymyślał wiele innych przyczyn, za które powinien nas pozabijać, ale byłyśmy ostrożne. Pod poduszkę kładł nóż kuchenny i blokował pancerny zamek w drzwiach. Jego bezpieczeństwo w takiej sytuacji było zagrożone, bo kilkakrotnie targnął się na własne życie, a zamkniętego na klucz trudno było ratować. Zdarzyło się, że uciekając przez okno przed wyimaginowanym wrogiem, ojciec połamał się niebezpiecznie, przez długie miesiące leżał zakuty w gips jak mumia. Wprawdzie mógł mówić, ale nie chciał i tylko przewracał oczami wyrażając dezaprobatę dla kręcących się wokół ludzi. Personel szpitala nauczył się go ignorować po kilkakrotnych próbach oplucia. Pielęgnację i karmienie pozostawiono rodzinie i chodziłyśmy go doglądać, choć dawno przestało mieć znaczenie, że to mąż i ojciec. Był istotą, która nie mogła samodzielnie funkcjonować, tylko takiego go znałam. Współczułam mamie, choć powinnam czasem krytycznie pomyśleć o jej wyborze z młodości. Boleśnie przekonała się, że miłość jednak nie zwycięża wszystkiego i zainwestowanie uczucia w niepewne przedsięwzięcie może przez całe życie odbijać się czkawką. Kiedy już wydobyto ojca z gipsu, oddałyśmy go pod opiekę obcym ludziom, a same wyruszyłyśmy w podróż po świecie. Pomieszkiwałyśmy w krajach, w których mogłam zarabiać na utrzymanie. Po powrocie odwiedziłyśmy go, ale nas nie poznał. Byłyśmy tak bardzo znieczulone podróżą, że wcale się nie zmartwiłyśmy, a jego pozbawiona emocji twarz i wózek inwalidzki dla wygody były po prostu elementem tych odwiedzin. Wkrótce przyjechał zagraniczny narzeczony, z którym szykowałam się do ślubu i postanowiłam pokazać mu ojca. Lubiłam jasne sytuacje, a w tym przypadku byłam jej częścią od urodzenia. Malutki, mizerny ojciec powoli zbliżył się do przyszłego zięcia i z wprawą uderzył go boleśnie w twarz. Mój narzeczony rozpłakał się, pośpiesznie spakował i powrócił do swego kraju. Nawet jako psycholog nie przewidziałam takiego obrotu sprawy. Miłość stłumiła mój instynkt samozachowawczy i myślałam, że razem ze mną szczęśliwy jest cały świat. Ale ojciec nie był. Poczuł się zagrożony obecnością przy mnie obcego mężczyzny i choć nie rozumiał uczucia wola przetrwania kazała mu eliminować wrogów w swoim zasięgu i bezwzględnie to robił. Nie odwiedziłam go nigdy więcej. Zachowałam się jak mama w młodości, podążyłam za miłością, uspokoiłam i nie przyjmowałam żadnych wiadomości o ojcu. Jako terapeutka pewnie lepiej rozumiałam chorych, ale jeszcze bardziej rozumiałam ich rodziny, bo to głównie one potrzebowały pomocy.