Ponownie informuję wszystkich Państwa, że teksty na blogu zamieszczam w każdą niedzielę. Nowym czytelnikom dziękuję za zainteresowanie. Życzę miłego odpoczynku i dobrej lektury.

Książki o zwierzętach kształtowały mnie od dziecka, ale oszalałam na punkcie diabła tasmańskiego. Wybitnie agresywny, jest pokraczny i śmierdzi, wydaje straszny dźwięk i kocha zabijać. Dla niego zostałam zoologiem i wyjechałam na Tasmanię. Ojciec nawet o tym nie wiedział. Był chirurgiem zajętym sprawami innych ludzi, robił karierę, u szczytu której trafiła mu się kochanka w moim wieku. Żałowałam mamy, ale miałam własne życie, a ona lubiła swoją samotność i to wieczne wyglądanie powrotu męża. Wtedy myślałam, że nasz dom jest toksyczny, nie planowałam powrotu, czułam się zatruta atmosferą bezustannej wzajemnej niechęci. Badania nad diabłem bardzo mnie pochłaniały i nawet nie zauważyłam, że coś złego dzieje się z moim zdrowiem. Obudziłam się w szpitalu podłączona rurkami do tajemniczych urządzeń, a obok siedział ojciec, trzymał mnie za rękę i płakał. Patrzyliśmy na siebie zdumieni, myślałam że to sen i chciałam żeby trwał. Ojciec pogłaskał mnie, a potem, przytuleni, płakaliśmy razem. Obwiniał się, że tak bardzo rozminęliśmy się w życiu, że kariera jest w gruncie rzeczy porażką, bo nie można mieć wszystkiego i prawdziwe wartości znikają z pola widzenia. Jemu zniknęły i nie wie jak ma to mamie i mnie wynagrodzić. Szpital powiadomił moją rodzinę, bo pomimo licznych konsultacji nikt nie wiedział na co choruję. Ojciec wynajął samolot żebyśmy wrócili do domu i będzie mnie leczył po swojemu. Razem śmialiśmy się z diabłów tasmańskich, pytał czy nie chciałabym jednego w klatce. Nie mogłam siedzieć, nawet leżenie bolało, ale to nie powstrzymało ojca od zabrania mnie z doskonałego australijskiego szpitala. W samolocie nastąpił kryzys i obudziłam się dopiero w domu, gdzie czekał pokój wyposażony jak sala szpitalna. Byli lekarze i pielęgniarki, a wśród nich mama i natychmiast mi się poprawiło. Dawniej toksyczny, teraz dom wydał mi się jedynym na świecie przyjaznym miejscem. Wiedza mojego ojca okazała się magiczna, byłam silniejsza z każdym dniem i wkrótce udaliśmy się na krótki spacer po wypielęgnowanym ogrodzie mamy. Szczęśliwi, że znów jesteśmy razem, przyrzekaliśmy, że nigdy, ale to nigdy nie rozdzieli nas żadna głupota, w którą moglibyśmy się nieopatrznie wkręcić. Ojciec porzucił pracę w szpitalu, otworzył gabinet, w którym każdego dnia, przez kilka godzin przyjmował pacjentów. Chodził też jako wolontariusz do ośrodka dla osób obłożnie chorych. Leczył, ale też pielęgnował, bo w tak specyficznym środowisku zawsze brakowało personelu. Kiedy już zupełnie wyzdrowiałam, pomagałam mu, choć łatwiej radziłam sobie z diabłami niż wszechobecnym w ośrodku smutkiem i rezygnacją. Wpadłam w depresję i znów ojciec zajmował się mną jak dzieckiem. Zrozumiałam, jak wielką musi mieć odporność, żeby każdego dnia, z uśmiechem, pokonywać bariery cudze i własne. Postanowiłam napisać książkę o jego życiu i kiedy się ukazała, znana wytwórnia filmowa poprosiła o scenariusz i wykupiła prawa do filmu. Mój ojciec z dnia na dzień stał się gwiazdą, a my razem z nim. Ale że kariera toczy się kołem jak fortuna, wystarczy jedno potknięcie, żeby wylądować na bruku. Mój ojciec, chroniąc przed bólem pacjenta z nowotworem w ostatnim stadium, dokonał eutanazji. Rodzina, która nigdy go nie odwiedzała, zapragnęła odwrócenia praw spadkowych i był im potrzebny żywy. Ojciec opowiedział o cierpieniu chorego i owładnięci chciwością wpadli na trop eutanazji. Zlecili badania, a potem przekazali sprawę do sądu. Mój ojciec zapłacił wysokie odszkodowanie, został też skazany na karę więzienia. Odwiedzałyśmy go z nadzieją, że się trzyma, ale czuł się przegrany i nawet nie próbował udawać, że jest inaczej. Wyszedł po kilku latach z piętnem zabójcy i choć był otoczony naszą miłością, nie odzyskał formy i wkrótce umarł. Na naszym domu pojawiły się napisy: „sprawiedliwość zwyciężyła”, „morderca w piekle” i kilka innych znacznie gorszych. Zostawiłyśmy je, bo ukazywały ludzką naturę. W diagnozowaniu chorób ojciec uwzględniał osobowość pacjentów choć nauka to pomijała. Myślę czasem, że naszą rodzinę połączył diabeł tasmański, ale właśnie człowiek ponownie rozdzielił. Usprawiedliwiałabym ojca, nawet gdybym nie była jego córką. Pomagając w ośrodku płakałam razem z chorymi, którzy błagali o pomoc, a nie było dla nich leku. Wstąpiłam do organizacji zabiegającej o prawo do eutanazji. Chorym nie wolno zdecydować o własnej śmierci choć właściwie i tak już nie żyją. Mają tylko ten rozdzierający ból, o którym krzykiem informują świat, a świat udaje, że nie słyszy.

 

 

 

 

Opowieści o bliskich, część II

Córki o ojcach

Jak ojcu odbiło to dla nas się zaczęło: jedzenie i modlenie, modlenie i jedzenie i tak w kółko, aż dzieci w szkole zaczęły się podśmiewać. Musiałyśmy z siostrą chodzić w fartuchach, trzewikach lub sandałach i nie było mowy o kolorowych sweterkach. Ojciec mówił, że podobamy się Bogu jakie naprawdę jesteśmy, a nie dziunie wypindrzone. Wprawdzie język zmienił na bogobojny, ale wymykało mu się nieraz jak za dawnych czasów. Z dnia na dzień, po długiej rozmowie z nawiedzonymi apostołami, postanowił zostać pastorem, ale że nie miał na to szans w żadnym kościele, to założył własny i nachalnie poszukiwał wyznawców. Razem z mamą pełniłyśmy rolę naganiaczek, bacznie zważając na wejście do wynajętego pomieszczenia, by nikt się nie przemknął nie zostawszy uprzednio namaszczonym. Tymczasem ojciec głosił kazania i tak przy tym machał rękami aż odlatywał. Mamie powtarzał, że można dobrze żyć z dziesięciny byle opanować księgę i w odpowiednim momencie postraszyć tę chodzącą ciemność, a nie trzeba co ranek meldować się w normalnej pracy. Na nabożeństwa do swego kościoła wkraczał, a my za nim. On, nawiedzony, nie widział nikogo, za to my rozdzielałyśmy uśmiechy, trwałyśmy w gotowości do usług, bo miałyśmy służyć „braciom swoim”. Rodzeństwo siedziało karnie na krzesełkach, wstawało kiedy trzeba, ale porażone nauką, że nie klęka się przed człowiekiem, nie zginało kolan cierpliwie czekając aż ukaże się wymodlona postać. Ukazywała się tylko pastorowi. Wtedy dopadały go konwulsje albo ogarniała radość, krzyczał i podskakiwał, bo stawał się dzieckiem, a dzieci są zwykle spontaniczne i szczęśliwe. Ojciec był maniakiem gier komputerowych i tak się kiedyś rozpędził, że przekonał wszystkich, że mamy siedem żyć i niczego nie powinniśmy się obawiać. Mamy przez to szansę na nieśmiertelność i on to wie, bo został wtajemniczony. Na szczęście nikt nie próbował stracić choćby jednego życia ze zwykłej ciekawości, dzięki czemu ojciec miał szansę przetrwać bez kompromitacji. Byłyśmy przestraszone kiedy wziął się za uzdrawianie, bo dostał znak, że jest już gotowy. Wiara czyniła cuda i chorzy członkowie kościoła wracali do domów zdrowi, dotknięci namaszczonymi dłońmi. Nosił się z nimi jak z największym dobrem i gdyby mama go nie powstrzymała, gotów był je ubezpieczyć. Oczywiście te dłonie nie mogły zajmować się żadną inną pracą niż święte księgi, obsługą komputera i jedzeniem. Dzielenie się jedzeniem wracało obsesyjnie w kazaniach i nie przepuścił żadnej okazji, aby gościć razem z nami w domach wyznawców. Nie tracił żaru, był przekonujący i cwany, mimo to ilość ludzi w kościele zmniejszała się niepokojąco. Odchodzenie od wiary, którą ustanowił, traktował jak sprzeniewierzenie i tak długo nasyłał na niewiernych rodzeństwo, aż ci zagrozili, że podpalą mu kościół. Powoli zwalniał nas z uprzęży, mogłyśmy sobie wybrać studia jakie chcemy, a nawet opuścić dom. Jako kobiety niespecjalnie byłyśmy cenne. Przez lata jego pastorowania mama stała się zasuszoną staruszką, bo przy całodobowej obsłudze tak świętej postaci nie miała czasu dla siebie. Wzrastająca świadomość pozwalała nam ocenić przeszłe życie w małym miasteczku i rozmiary manipulacji jaką nasz ojciec stosował. Ciągle jeszcze był przepełniony energią i szukał dla siebie nowego miejsca. Nie umiał współpracować i gdziekolwiek się zatrudnił zawsze wylatywał z hukiem. Byłyśmy zdruzgotane kiedy odwiedził nas w akademiku z brodą do pasa, sandałach i tobołkiem na plecach. Wyruszał w świat jako pielgrzym i chciał się pożegnać. Został posłany do szerzenia pokoju na świecie i miał zamiar pełnić swoją misję do końca życia. Wzbudził zainteresowanie i zrobiło się zbiegowisko do świętego męża, którego znałyśmy jako własnego ojca. Młodzi ludzie dotykali jego brody i tobołka, a starsi kłaniali z daleka, jakby bali się go potłuc. Był w swoim żywiole, wygłosił mowę do szczęśliwych i zgnębionych, prosił o wsparcie modlitwą i wyruszył w podróż, z której dotąd nie powrócił, chociaż dorosły mu już wnuki. Przyglądamy się z siostrą różnym osobliwościom podczas zwiedzania świata, ale go nie spotkałyśmy. Być może  znalazł gdzieś swoje szczęśliwe miejsce i choć go szukamy, to nie jesteśmy przekonane, że na pewno chcemy odnaleźć.

Panią Annę Konewko przepraszałam na blogu 24 maja 2015 r. Pięć lat temu opiekowała się moją mamą w ostatnich tygodniach życia. Była pielęgniarką z hospicjum, bez której sobie nie radziłam i wyczekiwałam jej wizyt. Zawsze uważnie słuchała i wspierała, ale kiedy zwróciła uwagę na moje udręczenie, zablokowałam się. Zachowałam się prostacko i bezdusznie, aż wstyd się przyznać. Jednak nie mogłam o pani Annie nie myśleć i kiedy ją odnalazłam, poczułam ogromną ulgę – / pisałam o tym 3 kwietnia 2016 /. Obiecała udzielić mi wywiadu, dotrzymała słowa i teraz sami Państwo możecie ją poznać. Napisała wszystko, o czym chciałam wiedzieć. Czytałam z ogromnym wzruszeniem i narastającym szacunkiem. Nie zamieszczam pytań, które jej wysłałam. Niewskazana jest ingerencja kiedy opowiada o sobie, bo sama robi to najlepiej.

Praca w suwalskim hospicjum domowym była moim ostatnim etapem zawodowym. Hospicjum działa wtedy, gdy w chorobie nowotworowej nie pomogły operacja, chemioterapia, radioterapia lub zbyt późno ją rozpoznano. Nie ma już możliwości leczenia, nie będzie też lepszego samopoczucia, ale zawsze istnieje szansa na złagodzenie objawów. Jest wielu pacjentów, których nie można wyleczyć, ale wszystkimi należy się opiekować. W zespole opieki hospicyjnej jest lekarz, psycholog, pracownik socjalny, rehabilitant, a łącznikiem jest pielęgniarka i zwykle działa jednoosobowo. Podczas pierwszej wizyty, w czasie wywiadu przeprowadzonego z pacjentem i jego rodziną, tworzy się obraz współpracy polegającej głównie na ułatwieniu funkcjonowania w tym trudnym okresie, bez powodowania zbędnego bólu u  wszystkich zainteresowanych osób. Wymaga to wyczucia i zaangażowania, rozpoznania  potrzeb i łagodzenia emocji negatywnych / lęk, gniew, przygnębienie, rezygnacja, nadzieja /. Rodzina, która towarzyszy bliskiej osobie, jest zwykle zagubiona i zdezorientowana, często nie potrafi wykonywać przy chorym czynności opiekuńczych i pielęgnacyjnych, aby mogli umierać w komforcie i bez odleżyn. Komunikacja w opiece hospicyjnej polega też na wspieraniu pacjenta w procesie akceptacji własnej śmiertelności, rozróżnienia, czy pacjent chce rozmawiać o śmierci czy umieraniu. W kontakcie bezpośrednim pielęgniarka nie może kłamać czy zdawkowo uspokajać. Należy skupić się na tym, co realne do zmiany, podążać za pacjentem, słuchać, mówić i milczeć we właściwej kolejności. Dobrze, jeśli przekazaniu złej informacji towarzyszy dobra, np. o sprawowaniu rzetelnej opieki. Każdy pacjent jest indywidualnością i należy traktować go priorytetowo. Kiedy otwiera się i chętnie rozmawia o odchodzeniu, bardzo ułatwia zadanie pielęgniarce z hospicjum, ale to są rzadkie sytuacje. Pacjenci zwykle się boją i  nie chcą umierać.

Weszłam na wizytę do chorej, u której następowała agonia. Obecny był mąż, syn, synowa, odbywało się to w zaplanowanej przez nich scenerii. Pacjentka odwróciła głowę w moim kierunku i wyszeptała z lękiem: – siostro, jak ja się bardzo boję umrzeć. Wtedy podeszłam do łóżka, a ona ostatkiem sił znalazła moją rękę. Powiedziałam spokojnie, że nie ma się czego bać, pójdziemy tam wszyscy, tylko w różnym czasie. Jej twarz stawała się coraz bardziej pogodna, zapadła cisza i usłyszeliśmy ostatni oddech. Poczułam ulgę, że już nic więcej nie muszę mówić.

Nie jest tak, że pielęgniarka ma większą wytrzymałość psychiczną niż inni ludzie. Musi wypracować własną strategię radzenia z sytuacjami stresowymi, których nie brakuje, jeśli codziennie ma się do czynienia ze śmiercią. Z umieraniem nie można się oswoić ani przyzwyczaić. Należy docenić rozmowę z chorym, jego uśmiech, zwierzenia. Nie należy zdradzać pośpiechu i niczego odkładać na następną wizytę, bo już jej może nie być.

19 – letni Daniel długo przebywał w szpitalu, głównie leżał i do domu wrócił z dużą odleżyną. Cierpiał i miał pretensje, głównie do matki, która czuwała po nocach i była, według niego, nadopiekuńcza. Zauważyłam jego zachowanie i kiedy zostaliśmy sami zapytałam, dlaczego jest taki niesprawiedliwy dla swojej mamy? Wymijająco odpowiedział, że już taki jest, ale na kolejnej wizycie podziękował za zwrócenie uwagi. Od czasu rozpoznania choroby nowotworowej nikt mu nie mówił, że robi coś źle. Każdy bał się go urazić i we wszystkim ustępował. Przegadaliśmy jeszcze wiele tematów, nie omijając umierania i śmierci, a na ostatniej wizycie pożegnał się ze mną. Przeprosił, że czasem był szorstki wobec mnie, miał prośbę  żebym przyjechała, kiedy będzie już w trumnie. Miałam sprawdzić, czy wszystko u niego w porządku. Kiedy otrzymałam telefon od jego mamy, kupiłam najpiękniejszą białą różę, położyłam przy policzku Daniela i w taki sposób spełniłam jego ostatnią wolę.

Do hospicjum stacjonarnego zgłasza się wielu wolontariuszy. Przeważnie są to ludzie po przeżyciach związanych ze śmiercią bliskiej osoby. Chcą w ten sposób wypełnić czas, spłacić dług za opiekę i wszystko czego się nauczyli doświadczając śmierci. Widząc cierpienie i ogrom pracy, która jest bez efektu i kończy się umieraniem, szybko z tej pomocy rezygnują. Przerasta ich to co widzą i po prostu uciekają. Praca jest bardzo ciężka, wymaga opanowania, cierpliwości, dobroci i fachowości. Decydując się na pracę pielęgniarki hospicyjnej miałam świadomość, że nie obejdzie się bez trudnych, a nawet traumatycznych sytuacji, ale polegałam na swojej wiedzy i doświadczeniu w pracy z chorymi. Standardowe wizyty w domu pacjentów odbywają się dwa razy w tygodniu. Telefon dostępny jest całą dobę i w zależności od potrzeb bywają częściej, także w wolne od pracy dni. Hospicjum domowe dysponuje sprzętem do bezpłatnego wypożyczania. Są to m.in. koncentratory, inhalatory, pulsoksymetry, glukometry, materace przeciwodleżynowe.

Niczego nie zmieniłabym w swoim życiu, szczególnie zawodu. Zawsze czułam się w nim dobrze, choć wybrałam mając zaledwie 14 lat. Najbardziej podobał mi się czepek z czarnym paskiem. Dodawał powagi, elegancji i ułatwiał rozpoznanie. Rozpoczynałam w oddziale zakaźnym, o którym niewiele wiedziałam, ale wprowadzili mnie cudowni ludzie i nauczyciele. Ukształtowali cechy, które towarzyszą w pracy prawdziwej pielęgniarki. Do dziś wszystkich wspominam z ogromnym sentymentem. Zawód wymaga bezustannego podnoszenia kwalifikacji, a pracę należy wykonywać z sercem i jak najlepiej się potrafi. W oddziale zakaźnym w Suwałkach pracowałam 23 lata, a po rozwiązaniu ZOZ-ów  zostałam zatrudniona w NZOZ jako pielęgniarka środowiskowa. Wykonywałam pracę w przychodni i w domu chorych. Na zakończenie kariery zawodowej przeszłam do hospicjum. W kontakcie z pacjentem zawsze widziałam drugiego człowieka, a niejednokrotnie stawiałam się po drugiej stronie. Odpowiadałam tak, jak sama chciałabym usłyszeć. Starałam się być rzeczowa i wolna od sentymentalizmu, ale to jest bardzo trudne. Praca wymagała ode mnie poświęcenia, odpowiedzialności, cierpliwości, wiedzy i wyczucia. Po 36 latach jestem już na emeryturze, ale nie odpoczywam, pracuję na umowę zlecenie. Kiedy patrzę z perspektywy lat, dobre i złe chwile się przeplatały i wszystkie tworzyły ze mnie wrażliwego człowieka. Miałam18 lat, kiedy mój tata zmarł na raka. Mama żyła trochę dłużej i przez ostatnie trzy lata trudnej opieki potrzebowała dużo cierpliwości i miłości. Ten, kto mocno kochał, tak samo mocno będzie odczuwał brak i smutek. Założyłam własną rodzinę i urodziłam Martę, najwspanialszą córkę na świecie, a ona urodziła dla mnie dwoje ślicznych wnucząt. Marząc o emeryturze wyobrażałam sobie, że będę miała tyle wolnego czasu ile zechcę, a okazało się, że każdy dzień mam zaplanowany i zajęty. Opiekuję się wnukami, bywam na działce w pobliżu jeziora i tam spędzam letnie dni z najbliższą rodziną. Trochę podróżuję, zwiedzałam Rzym, byłam w Jerozolimie i pokonałam lęk przed lataniem. Wszystkim polecam odwiedzenie tych miejsc, bo osobiście traktuję je jako rekolekcje życia.

Broniłam jak tylko mogłam. Przed kolegami, nauczycielami, pracodawcami i prawem. Miałam jeden jedyny argument: – wychowywany bez ojca. Nie zdawałam sobie sprawy jaka byłam żałosna, ale on miał we mnie oparcie. Kochałam bezwarunkowo i nienawidziłam każdego, kto krzywo spojrzał na mojego synka. Z domu wychodziłam o świcie. Ekspedientka w sklepie spożywczym ma ciężkie życie i czasem wracałam z trudem, zupełnie bez siły. Kamil szykował mi kolację, podstawiał miskę do moczenia stóp, odpędzał złe myśli, które nachodziły jakby miały przynieść burzę i faktycznie przyniosły. Policja zatrzymała mojego syna za próbę pobicia wychowawczyni, bo ta ośmieliła się wezwać mnie do szkoły. Wiedziałam, że poza domem jest wygadany i porywczy, ale żeby aż tak? Najgorsze, że ten kamyk ruszył lawinę i od tej pory mieszkałam z przestępcą. Pobicia, kradzieże, oszustwa, zatrzymania stały się naszym rytuałem i nie było tygodnia żeby nie wydarzyło się coś nowego. Pracodawcy rozstawali się ze mną kiedy tylko dowiadywali się o Kamilu. Utrzymywałam nas oboje i bez mojej pracy wpadaliśmy w nędzę. Nikt nie zdecydował się zatrudnić mnie na stałe, ale dorywczo pracowałam w większości sklepów w naszym mieście. Czasem potrzebowałam wolnego, żeby odwiedzić syna w poprawczaku, a potem w więzieniu i żaden szef na wszelki wypadek nie odmawiał. Jeden z nich dostał dla przykładu nauczkę, kiedy Kamil czekał, a ja musiałam pracować. Rozgłaszał, że mnie broni, ale tak mu się tylko zdawało. Kiedy przebywałam w szpitalu groził personelowi za brak należytej opieki, kiedy poznałam mężczyznę pobił go prewencyjnie, żeby wiedział czego ma się spodziewać jeśli mnie skrzywdzi. Odsunął się cały świat i istniałam, bo tego potrzebował mój syn. Posturę miał słabo wyrośniętego chłopaka i tubalny głos, który do niego nie pasował. Był sprawny, zwinny, kłamliwy, całkowicie pozbawiony zasad jakby wymazał z pamięci nasze wczesne rozmowy. Tego dnia odkręciłam gaz, ale uratowali mnie policjanci. Przybyli z wiadomością, której od dawna mogłam się spodziewać i nawet nie byłam zaskoczona. Znaleziono zmasakrowane ciało Kamila, rozpoznano je po liniach papilarnych. Policjanci poradzili życzliwie, żebym dla własnego dobra zrezygnowała z ewentualnej identyfikacji. Zgodziłam się – wstyd powiedzieć – z ulgą. Potem spałam i dopiero po tygodniu gotowa byłam na ponowną walkę z życiem. Pochowałam syna, ale nie zbliżałam się do trumny. Nie płakałam, nie złorzeczyłam losowi i nie tęskniłam. Najchętniej nie uczestniczyłabym w pochówku, ale wtedy nie byłoby nikogo oprócz pracowników zakładu pogrzebowego. Zawsze miałam skrupuły i nie mogłam mu tego zrobić. Podziękował mi. Po powrocie do domu zastałam rozsypane płatki polnych kwiatów, które zaniosłam na cmentarz. Chcę myśleć że były od niego, bo w taki sposób się pogodziliśmy. On spoczywał w pokoju, a ja wyrzuciłam z pamięci całe zło razem z jego rzeczami. Bolało wszystko, czegokolwiek dotknęłam, ale po raz pierwszy byłam bezwzględna jakby czerpiąc z jego bestialskiej natury. Wyjechałam z miasteczka tylko dlatego, żeby nie mieć pokusy odwiedzania jego grobu. Teraz już na wszystko jestem za stara i niczego się od życia nie spodziewam. Wyrażam wdzięczność za każdy spokojny dzień, bo niewiele już mi tych dni zostało. Zastanawiam się nieraz, czemu miała służyć właśnie taka lekcja pobrana od życia i myślę, że ta lekcja wcale nie była moja. Stałam się przypadkową ofiarą mojego jedynego dziecka, któremu miałam pomóc w odwróceniu karmy. Gdyby wybrał sobie rodziców silnych i radykalnych w jego wychowaniu, szanse byłyby większe. Nie jest prawdą, że łagodne traktowanie przeciwnika, nawet jeśli to własny syn, jest tym czego najbardziej mu potrzeba. Perswazja musi czasem boleć.

15 maja przerwiemy na tydzień „Opowieści o bliskich”. Tym razem opowie o sobie pani Anna Konewko, którą już Państwu przedstawiałam i bardzo czekam na tę publikację.

Nie wiadomo skąd się wzięła ta jego bezgraniczna miłość do pociągów. Rysował je, budował z klocków, a z kolegami bawił się w tory i wagony. W rodzinie nie było kolejowej tradycji, a do najbliższego dworca w mieście co najmniej godzina drogi rowerem. Spędzał tam każdy wolny od szkoły dzień, przywoził jakieś notatki, a czasem przyznawał się do przejażdżek na gapę, po których zwykle otrzymywaliśmy karę do zapłacenia. Nie było wątpliwości, że wybierze zawód związany z koleją i został konduktorem kiedy tylko uzyskał pełnoletniość, ale nie ukończył jeszcze szkoły średniej. Douczał się w wolnych chwilach i mozolnie budował własną przyszłość. Nie wyprowadził się z rodzinnego domu, gdzie niemal z każdym rokiem ubywało mieszkańców i zostaliśmy tylko we dwoje, matka i syn. Podczas jego nieobecności opiekowałam się zwierzętami, które przynosił i ozdobnymi kurami różnych ras, którymi się pasjonował. Mawiał zwykle, że każda kura ma inny charakter jak jego pasażerowie, lubią mieć grzędę jak ja, kiedy siadam na schodach i patrzę z góry na obejście, kąpią się w piachu jak on kiedyś w piaskownicy i razem z kurami jesteśmy towarzyscy jak jego przygarnięte zwierzęta – bezpańskie koty i psy. Nie uczestniczył w spotkaniach towarzyskich innych niż nasze domowe i ciągle nie miał żony choć pragnął własnych dzieci. Rozglądał się w okolicy, czytał anonsy matrymonialne, ale dziewczyny śmiały się z niego i kazały się żenić z kurami. Zakochał się, kiedy już stracił nadzieję, szczęśliwy wyjeżdżał w trasę, bo miał szansę, choćby z daleka, popatrzeć na swoją wybrankę. Była konduktorką w pociągach dalekobieżnych i zdarzało się, że ich drogi się krzyżowały. Korzystali z tego czasu śmiejąc się przy lurowatej kawie w barze dworcowym. Planowali wspólną przyszłość, całowali się potajemnie i podróżowali jak w rosyjskiej piosence: – od stacji miłość do stacji rozłąka. Czasem opowiadał o swojej rodzinie i myślała, że te wszystkie szalone istoty są ludźmi, a nie menażerią obsrywającą podwórko. Któregoś dnia wrócił do domu z opuszczoną głową i zamknął się w swoim pokoju. Zwolnili go z pracy za tolerowanie gapowiczów. Przekroczył granicę poczciwości, która była niepożądana w warunkach zawodowych, ale także prywatnych. Nawet podróżni śmiali się, że najpierw przeprasza, a potem sprawdza  bilety. Nie spodziewał się takiego zakończenia kariery kolejowej i potrzebował samotności żeby się otrząsnąć. Któregoś ranka wyszedł odnowiony i pojechał oświadczyć się swojej konduktorce. Dziewczyna miała już nowego adoratora i mój syn ponownie zamknął się w pokoju. Tym razem na dłużej, żeby rany w sercu się zabliźniły, a dusza posklejała. Wiedziałam jak mu pomóc i rozpoczęłam starania. Zwróciłam się do dyrekcji kolei o sprzedanie mi wycofanego z ruchu wagonu kolejowego, który chciałam postawić na naszym podwórku. Nie pomyliłam się, to było właściwe lekarstwo i szybko go uleczyło. Naprawiał, czyścił, konserwował, malował, a kiedy już skończył i wyposażył wnętrze, zamieszkał w nim i od tej pory byliśmy sąsiadami. Zaniepokoiłam się, kiedy zamierzał zbudować tor łączący jego wagon z koleją w mieście. Nie zauważyłam narastającej paranoi i teraz to się zemściło. Kazał mówić do siebie „panie zawiadowco”, a mnie, jako pasażerce, życzył szczęśliwej podróży, ilekroć go odwiedzałam. Potrzebował pomocy, ale jej nie przyjmował i lekarz, którego coraz częściej wzywałam, postanowił działać na własną rękę. Karetka zabrała mojego syna do szpitala psychiatrycznego i kiedy wrócił po terapii, nie rozumiał, co na naszym podwórku robi wagon kolejowy. Z jego świadomości przypadkiem została wymazana miłość do pociągów i nigdy więcej o nich nie mówił. Ponownie zamieszkał w domu, a wagon przysposobił dla wszystkich zwierzaków. Dopóki mogłam, chroniłam go przed nim samym, bo jego dobrotliwość niebezpiecznie przekraczała wszelkie normy i nawet zwierzęta zagłaskiwał na śmierć. Modliłam się o dobre dziecko, kiedy miał się urodzić, a teraz modliłabym się o zwyczajne.

Wyrządziłam mu krzywdę, bo kiedy wysłuchane zostają nasze modlitwy, oznacza to, że wpływamy na los, z którym nie umiemy sobie potem poradzić.