Od urodzenia był chorowity. Na nim uczyłam się różnicy między zakażeniem wirusowym i bakteryjnym, walczyłam z wszelkimi chorobami wieku dziecięcego, a potem próbowałam poradzić sobie z problemami dojrzewania. Nie pomagał mi. Byłam tym większym wrogiem im bardziej się starałam. Zorientowałam się, że jeśli się nie odsunę, konsekwencje mogą być tragiczne dla nas obojga. Mój syn był pięknym chłopcem, a ja atrakcyjną osobą, która pomimo trudności nie zatraciła radości życia, ale Mateusz nie ukrywał, że się mnie wstydzi. Nie pozwalał rozmawiać z jedynym kolegą jakiego miał, nigdy nie mówił o swoich sprawach i nie uczestniczył w życiu rodzinnym. Krewnych właściwie nie znał, a oni w rozmowach ze mną starali się go pomijać. Któregoś dnia zniknął i kiedy już myślałam że uciekł, on zwyczajnie zorganizował sobie objazd po kraju za pieniądze wyjęte z mojego portfela. Wrócił bez słowa wyjaśnienia i jak zwykle zamknął się w swoim pokoju. A potem się wyprowadził i nie wiedziałam gdzie przebywa. Skończył te swoje osiemnaście lat i jedyne czego pragnął, to żebym zeszła mu z drogi. Przypadkiem dowiedziałam się, że mój syn związał się z organizacją charytatywną jako wolontariusz, zwierzał się że jest sierotą, który zaznał wiele złego i sam chce teraz tylko pomagać, aby inni nie cierpieli jak on. Pracował z oddaniem i nikt nie miał wątpliwości jak trudną drogę przeszedł. Współpracownicy prześcigali się w dostarczaniu mu przyjemności, święta spędzał z ich rodzinami i wszystkim opowiadał historię tak łzawą, że szeroko otwierały się serca, w których było dla niego miejsce jako domownika i przyjaciela. Powoli stawał się twarzą organizacji, dla której pracował, udzielał wywiadów i zabiegał o fundusze. Wsparłam go dużą kwotą, która była moją długo oczekiwaną nagrodą literacką i jego szefowie zainteresowali się tak hojnym darczyńcą. Mój syn wyjaśnił, że nie po raz pierwszy zdarza się zbieżność nazwisk i nic go ze mną nie łączy. Mimo to postanowił się ewakuować. Z dnia na dzień zmienił miejsce pobytu, inaczej się nazywał, tylko życiorys pozostawił ten sam. Wiedział, że mu się przyda, bo podobnie jak szczery uśmiech status sieroty otwiera wszystkie drzwi. Gdybym wtedy miała pojęcie jaką prowadzi grę, wpłaty dokonałabym pod pseudonimem. Nie chciałam mu zaszkodzić. Nie rozmawiał ze mną i to miało mi wystarczyć za całą wiedzę o nim. Tym razem związał się z zagraniczną akcją humanitarną. Wyjeżdżał i wracał, nie potrzebował miejsca na stałe, w drodze czuł się u siebie. Jego żywiołem stały się niewygody, był oddany sprawie wyciągania ludzi z biedy. Cieszył się nowym nazwiskiem, bo czas czynił z nas obojga ludzi sławnych i zdarzało się, że byliśmy jednocześnie w tej samej gazecie albo tego samego dnia podawano o nas informacje w telewizji. Przyznaję, że w takich sytuacjach płakałam. Mój mały synek, taki słodki i śliczny, ciągle chory i na rękach, nienawidził mnie, a ja nie wiedziałam dlaczego. Tak bardzo uczyłam się z tym żyć, że w końcu stanęłam na mocnym gruncie bez uwzględniania go w swojej przeszłości. Rozdzieliłam nasze emocje i przestał być mi bliski. Wróciły mi siły, przestałam się obwiniać i powtarzałam, że moje dziecko jest tak samo wolne jak ja. Ale życie w swym okrucieństwie pełne jest niespodzianek i ciężkim kalectwem dotknęło mojego syna. Konwojowana przez niego ciężarówka z żywnością spadła w przepaść zanim dotarła do kraju przeznaczenia. Połamany kręgosłup nie dawał szansy na wyleczenie, umieszczono go w ośrodku dla  niepełnosprawnych o niskim standardzie i organizacja przez media poszukiwała ewentualnych krewnych. Natychmiast się zgłosiłam, ale odwrócił głowę na mój widok. Choć nienawiść w jego oczach jak zwykle mnie pokonała, urządziłam w domu pokój rehabilitacyjny, zatrudniłam specjalistów i jak w dzieciństwie ratowałam moje dziecko. Mimo to nie rozmawiał ze mną, nie odpowiadał na pytania, niczego nie potrzebował, a zwłaszcza mojej obecności. Postanowiłam z tym skończyć. Złożyłam wniosek o ponowne umieszczenie go w ośrodku, dokonałam darowizny w postaci sprzętu będącego wyposażeniem pokoju, zobowiązałam się do opłat za pobyt i poprosiłam aby nie przekazywano mi o nim żadnych informacji.

Musiałam przeżyć niemal całe życie, żeby dowiedzieć się prawdy o sobie – byłam odporna na przeciwności i silniejsza niż mi się zdawało. Prawdy o Mateuszu nie znam, ale już o nią nie zabiegam.

Razem zamieszkaliśmy na plebanii. Na emeryturze zostałam gospodynią u swego syna - księdza, który objął probostwo w rozległej choć oddalonej od świata parafii. Zdarzało się, że starsze parafianki przyklękały na mój widok, mówiły że jestem błogosławiona, a ja im wierzyłam i wspólnie się modliłyśmy. Mój syn od dziecka był miłym, subtelnym człowiekiem, nie krzywdził innych i zawsze stawał w obronie. Konsekwencje w postaci rozbitego nosa były widokiem codziennym. Jest z tego powodu zanadto rozrośnięty, ale traktowany z sympatią jako znak szczególny. Ministranci kochali swego księdza z niuchawą i dzięki ich opiece nawet ja się nie zorientowałam w sytuacji. Wino mszalne znikało niebezpiecznie szybko i zaniepokojona próbowałam dowiedzieć się dlaczego. Chłopcy wyjaśnili, że ksiądz płaci czasem winem za drobne usługi w kościele. Początkowo zachęcałam syna do życia towarzyskiego, ale odmawiał konsekwentnie i goście – głównie inni księża – przybywali wyłącznie na uroczystości kościelne. On sam, poza wezwaniami do kurii, nie korzystał z żadnych zaproszeń. Szczególnie zamknięty był w okresie wzmożonego udzielania ślubów, tracił apetyt i dobry nastrój. Mówił, że musi zadać sobie pokutę, a potem godzinami leżał krzyżem przed ołtarzem. Kiedyś zastałam go nocą w jadalni jak siedział zamroczony przed pustą butelką koniaku i wyglądał jakby się sam ze sobą kopał. Ucieszył się, że może porozmawiać, bo postanowił oznajmić mi swoją niezwłoczną i ostateczną decyzję. Odchodzi od kapłaństwa. Nikogo nie będzie dłużej oszukiwał, czuje się przez to obłudny i zły i coraz niżej spada we własnych oczach. Jest alkoholikiem od wielu lat i tylko wyuczona przebiegłość pozwala mu utrzymać to w tajemnicy. Nie znosi udzielania ślubów, bo widzi wtedy siebie w roli pana młodego i włączają mu się mordercze instynkty. Nie dowierzałam, ale mój syn nigdy nie żartował w ważnych sprawach. Po głównej niedzielnej mszy ogłosił parafianom decyzję o odejściu i szczerze wytłumaczył dlaczego. Prosił o wybaczenie i modlitwę. Odnosiłam wrażenie jakby głośniej zabiły wszystkie serca, ale kiedy wierni opuszczali kościół, ich milczenie było wyraźnie nieprzyjazne wręcz złowrogie. W jednej chwili z pasterza i przewodnika stał się postacią nie pożądaną. W nocy wszystkie szyby na plebanii zostały starannie wybite, a policja nie reagowała pomimo uporczywych wezwań. Rano przestraszyła nas pętla i napis na drzwiach kościoła „Śmierć grzesznikowi!” Pośpiesznie wróciliśmy do małego mieszkania w mieście, które zamierzałam sprzedać, ale z niewiadomych powodów zwlekałam z decyzją. Szybko się okazało, że także tu będziemy napiętnowani. Wieści, zwłaszcza te złe, rozchodzą się szybko i daleko. Sutanna chroniła moje dziecko, a teraz można go było wszystkim obrzucić. Nieważne, że wśród tych ludzi się wychował, znali go od urodzenia, zaczepiali na osiedlu, bo był miłym gadułą, pomagał wnosić zakupy, kłaniał się starszym i pytał o zdrowie. Ważne, że uczestniczyli w jego prymicji, a on ich zawiódł. Wyjechaliśmy bardzo daleko, do dużego miasta, zmieniliśmy nazwisko i jako że oboje pasjonowaliśmy się kuchnią, otworzyliśmy jadłodajnię dla ubogich z problemami zdrowotnymi. Gotowaliśmy posiłki wskazane przy określonych schorzeniach. Mogliśmy funkcjonować dzięki dofinansowaniu, jakie zapewniło nam państwo za oryginalny i wartościowy projekt. Mój syn zakochał się i ożenił, był panem młodym podczas świeckiego ślubu cywilnego. Stracił prawo do korzystania z sakramentów i choć dla byłego księdza jest to zawsze dramat, wybrał rodzinę, która okazała się dla niego znacznie większym powołaniem.

Jestem babcią trzech małych chłopców, którzy od przedszkola wykazują nadmierną pobożność i ustawiają w domu ołtarzyki. Boję się myśleć co może z tego wyniknąć. Przeszłość ojca outsidera będzie poważną przeszkodą w ich życiu, jeśli postanowią związać je z kościołem.

 

 

 

 

 

Opowieści o bliskich, część I

Matki o synach 

Był koniec lat sześćdziesiątych, kiedy w naszej wsi wybudowano szkołę. Przybyli nauczyciele nie mieli gdzie mieszkać i kuratorium opłacało im pokoje u gospodarzy. Do naszego domu trafił młody chłopak, nauczyciel polskiego, grzeczny, uprzejmy, usłużny i miły. Pytał o wszystko, także o to czy może opiekować się naszym synkiem, który chodził do drugiej klasy. Wkrótce dowiedziałam się, że nauczyciel zwierza się obcym ludziom jak to zmuszony jest wychowywać nasze dziecko, bo jesteśmy prymitywni, to on chociaż jedno uratuje. Nie było zwyczaju zwracania uwagi nauczycielom i sprawa potoczyła się własnym torem. Widywałam, że zwykle trzymają się za ręce, tulą do siebie i Wojtuś przesiaduje na kolanach młodego mężczyzny. Kiedy chciałam pogłaskać synka odskakiwał z odrazą, mówił że jestem brudna, a do tego głupia. Mój mąż od kilku lat chorował, pieniądze z wynajmu bardzo się przydawały i nie chciałam wdawać się w konflikt. Po kilku latach nauczyciel otrzymał posadę w mieście, przekonał mnie, że zabierze ze sobą Wojtusia do dobrej szkoły, aby mógł się dalej kształcić. Syn skończył podstawówkę, potem liceum i kulturoznawstwo na uniwersytecie. Niechętnie przyjeżdżał do domu, za to nauczyciel często wpadał po zaopatrzenie. Nazywało się to utrzymywaniem dziecka w mieście. Kiedy teraz o tym myślę, przyznaję nauczycielowi rację. Byłam ciemna i głupia. Nie wiedziałam, że istnieją pedofile i geje, nie wiedziałam do czego są zdolni i jak bardzo obłudni. Wnioskuję to na przykładzie tego jednego przypadku, okupiłam go cierpieniem tym większym im bardziej moje dziecko się oddalało. W mieście wynajmowali pokój z oddzielnym wejściem, mieli wspólne łóżko i to wystarczyło, aby mojemu synowi sytuacja wydawała się oczywista. Kiedy czasem zdarzało mi się z nim spotkać, widziałam jaki jest zagubiony. Bywało że płakał, ale nigdy nie zdradził swoich prawdziwych myśli. Studia otworzyły w ich zażyłości nową furtkę. Wyjeżdżali za granicę do klubów gejowskich, zawierali znajomości, wchodzili w układy, tworzyli sieć powiązań mającą na celu wyciągnięcie gejów z podziemia. Jak w każdym związku Wojtek był tą lepszą, piękną połówką i partner mistrzowsko wykorzystywał jego atuty do swoich celów. Był przy tym nieprzytomnie zazdrosny i nieopatrzne spojrzenie w kierunku kobiety wywoływało kilkudniową awanturę. Ale Wojtek i tak się zakochał, a potem wyprowadził potajemnie w miejsce na tyle odległe, że mogło wydawać się bezpieczne dla pary młodych ludzi, którzy obawiali się jednego rozwścieczonego geja. Też się bałam, kiedy z rykiem przeszukiwał nasz dom,  bo mogłam przecież ukryć swego syna. Jeszcze tylko na mnie splunął i było to ostatnie spotkanie z moim osobistym złem. Mogłam się spodziewać, że w końcu natrafi na jego ślad i tak się nieszczęśliwie stało. Dziewczyna próbowała bronić Wojtka, ale zginęła od jednego ciosu nożem. Wyćwiczone wyuzdane zabawy ze sprzętem z sex shopu stały się torturami na wiele godzin. Kajdankami pokrytymi różowym futerkiem został przymocowany do łóżka, gwałcony i bity na przemian. Rankiem oprawca podciął mu gardło, poczekał aż się wykrwawi,  po czym spokojnie wrócił do domu i swoich obowiązków. W sądzie tłumaczył, że się go nie zdradza choćby za całe dobro, które czyni światu. Nie krył pogardy dla kobiet i zła jakie wyrządzają samym swoim istnieniem. 10 lat w więzieniu za podwójne zabójstwo w afekcie postanowił wykorzystać na ukończenie studiów filozoficznych i napisanie książki. Nie przewidział, że za kratkami otrzyma drugi wyrok wydany przez współwięźniów i będzie wykonywany tak długo, aż systematyczne zbiorowe gwałty uczynią z niego cień człowieka. Kiedy już nie nadawał się do dalszego wykorzystywania, jako totalne nic został uduszony więzienną poduszką.

Mój syn spoczywa na małym cmentarzu w pobliżu naszej wsi, gdzie codziennie go odwiedzam. Wczesne rozdzielenie z dzieckiem, a potem rozstanie na zawsze, to zbyt wiele, abym mogła się po tym pozbierać.

 

Żaden własny tekst dziennikarski czy literacki w całym życiu nie targał mną i nie powodował takiego cierpienia jak „Dzieci Leontine”. Pewnie po części dlatego, że Leontine utożsamiałam z moją mamą, a siebie z pisarką Josephine. Reszta bohaterów też ma odniesienie do członków rodziny choć opowieść jest niemal w całości zbeletryzowana. Dopóki nie powiedzieliście mi Państwo o własnych emocjach myślałam, że tylko ja płaczę lub siedzę przed tekstem zdjęta niemocą jakiej dotąd u siebie nie znałam. Przepraszam, jeśli uraziłam kogokolwiek z powodów religijnych. Mojej mamie wiele rzeczy by się nie podobało, ale biorę pod uwagę osobistą tolerancję i akceptuję wszystko co Państwo przyjmujecie za ważne dla siebie. Mam bardzo sprecyzowane plany wobec „Dzieci Leontine”. Nie opublikowałam całości żebyśmy mieli wspólną niespodziankę, kiedy nadejdzie czas. Teraz nurtuje mnie inna sprawa. Dlaczego nie wiedzie się nam w miejscach gdzie nas nie potrzebują, nie akceptują i nie szanują. Dlaczego – jeśli się w porę nie oddalimy – podlegamy ostracyzmowi, zaczynamy chorować i ponosimy straty czasem zbyt dotkliwe żeby powrócić do życia. Psychologiczny punkt widzenia jest zwykle daleki od tego co chcemy i powinniśmy wiedzieć, bo teorie są czymś zupełnie różnym od naszych przeżyć. Jest jeszcze jedna mroczna kwestia: – dlaczego osoby o niezwykle paskudnych charakterach w młodości stają się uroczymi staruszkami, którzy od młodych oczekują wsparcia, pomocy i opieki. Jestem bezradna wobec znanych mi przypadków, bo nie wiem czy powodowani wyrachowaniem kalkulują co im się bardziej opłaci, czy też autentycznie stają się lepsi. Po lekturze „Dzieci Leontine” wiedzą Państwo, że jestem przeciwniczką obarczania dzieci opieką nad starymi rodzicami. Są od tego liczne, coraz bardziej wyspecjalizowane instytucje, a dzieci mają życie, przez które muszą godnie przejść i wysłać w świat własne dzieci. Każdy jest czyimś dzieckiem co nie oznacza, że jest także niewolnikiem. Nie wiem jak się te opowieści potoczą, jeszcze nie jestem gotowa do pisania, pewnie będą dla mnie takimi samymi niespodziankami jak dla Państwa. Ponieważ tym razem pozwalam sobie na rozmowę intymną, mam prośbę do wszystkich Państwa, którzy zetknęli się z hospicjami. Opowiadajcie o ludziach, którzy tam pracują, o ludziach, którzy mają tam swój ostatni przystanek, o warunkach, wyposażeniu, żywieniu, leczeniu. Moja mama wprawdzie umierała w swoim mieszkaniu, ale podlegała opiece hospicjum w Suwałkach. Odwiedzała ją urocza, serdeczna, kompetentna i dobra osoba – pani Anna Konewko, która bardzo dbała o jej komfort psychiczny i fizyczny. W razie potrzeby przybywał lekarz z inną pielęgniarką, których nazywaliśmy życzliwie „lotna brygada” i nie było mowy aby hospicjum zostawiło nas bez pomocy. Hospicjum nie należy się bać, bo z całą pewnością wieczni nie jesteśmy i być może tam trafimy. Dlatego teraz, w pełni sił i w miarę posiadanych środków wspierajmy hospicja i oddzielnie doceńmy ludzi, którzy opiekują się naszymi bliskimi. Panią Annę odnalazłam po pięciu latach od śmierci mamy, kiedy już przeszła na emeryturę i zajmuje się głównie własną rodziną. Podobnie jak kiedyś, rozmowa z nią przyniosła mi spokój i dodatkowo wiele szczęścia, bo ma w sobie to coś, czego każdy pragnie od innych. Będziecie mogli Państwo sami się przekonać jak bardzo jest wyjątkowa, bo pani Anna obiecała udzielić mi wywiadu.

Następne moje wpisy na blogu będą opowieściami o bliskich.
Na początek matki opowiedzą o swoich synach
i konfiguracje będą się zmieniały w cyklu pięciotygodniowym.
Zapraszam za tydzień.