Trudno wyobrazić sobie ulgę z jaką Leontine ponownie rozstawała się ze swoimi dziećmi. Czuła się odpowiedzialną matką, choć była dla nich obca i zaledwie akceptowały jej chwilową obecność we własnych bytach. Na ziemi myślała, że wychowuje potwory i nie rozumiała za co ponosi tak dotkliwą karę. Teraz wiedziała, że sama była karą dla nich i wcale do niej nie należały. W żadnym ze światów nikt do nikogo nie należy i nie istnieje moc, która by to zmieniła. Brak zrozumienia dla tak oczywistej i bezwzględnej reguły prowadzi do nadmiernych w tym względzie emocji wśród istot cielesnych. Leontine od dziecka pojmowała z opóźnieniem, kierowała się instynktem nabytym w domku pod lasem, gdzie rodziców całowało się w rękę i klękało przed księdzem skrupulatnie zbierającym daninę po zakończeniu zbiorów. Teraz zapragnęła podobnego życia, poprosiła o nie przewodników i urodziła się w domu z ciosanych modrzewiowych bali, w samym środku syberyjskiej tajgi. Ojciec był drwalem latem, a myśliwym zimą, matka jasnowidzącą, do której przybywali ludzie z całego świata. Małą córeczkę nazwali Leonia i kiedy tylko wyrosła z pieluch przyuczali do każdej pracy zapewniającej przetrwanie w dzikiej tajdze. Dziewczynce nie wolno było zbliżać się do obcych, którzy spotykali się z matką. Jasnowidzenie traktowała jak klątwę i nie chciała aby to samo przytrafiło się jej dziecku. Ciekawska Leonia podglądała zza płotu i obcy ludzie odnosili wrażenie, że to ruchliwy łebek małego zwierzątka. Pogrążeni we własnych sprawach, zwykle nieszczęśliwi i smutni, szybko opuszczali jasnowidzącą, która wbrew sobie zawsze mówiła choćby najgorszą prawdę, ale też niosła pociechę z samego środka życzliwego serca. Nie przyjmowała datków, przed każdym skłaniała głowę i kurczyła się z bólu przed ludzkimi problemami. Dorastająca Leonia nigdy dotąd nie widziała pieniędzy. Tajga zapewniała dostatnie życie, może nawet bardziej zasobne niż potrzeba, ale dziewczynę intrygowały próby wciskania matce tajemniczych papierków. Rodzice ignorowali tę nadmierną dociekliwość i widząc zachłanność w jej małych ruchliwych oczkach dodawali obowiązków kierując uwagę na codzienne sprawy domowe. Zachowany z poprzedniego wcielenia instynkt ułatwiał jej życie w tajdze. Była zapobiegliwa, przebiegła, nie lubiła marnotrawstwa i choć nie wiedziała do czego mogą się przydać tajemnicze papierki, postanowiła je zbierać na wszelki wypadek. Ukryta w zaroślach przywoływała oddalających się ludzi i przyjmowała szeleszczące banknoty chowając je w skórzanym, uszytym potajemnie worku. Zanim go zapełniła, rodzice umarli na tajemniczą chorobę. Niemal jednocześnie zapadli w śpiączkę, ich ciała pokryły krwawe plamy i pomimo okładów z najbardziej wyszukanych ziół nie goiły się ogarniając całą powierzchnię skóry. Leonia nie przygotowana na ich śmierć, w stanie półświadomości znalazła w tajdze opuszczoną chatkę i dała sobie czas na żałobę. Stopniowo powracała do sił, ale kiedy przejrzała się w jeziorku, zobaczyła na wpół zdziczałą kobietę z długimi włosami, siwymi i poskręcanymi jak włosy jej matki. Coraz częściej oddalała się od chatki i zdarzało się jej spotykać zabłąkane w lesie osoby. Jedni szukali samotności, inni spokoju, niektórzy uciekali przed prawem, a czasem widywała tylko porzucone ciała, bez których łatwiej było dotrzeć w zaświaty. Odkryła w sobie powołanie do bycia potrzebną i niestrudzenie grzebała zmarłych, wskazywała drogę pragnącym powrócić do rodzin, a zabłąkanych umieszczała w domu własnych rodziców. Nazwano ją duchem tajgi i szybko rozchodząca się sława spowodowała pielgrzymki ciekawskich. Duch, który okazał się zwykłą starą kobietą rozczarowywał pielgrzymów przybywających z krzyżami i modlitwą. Nie rzucała się na kolana i nie wiedziała kim jest Bóg. Dla fanatyków zniewaga wiary okazała się zbyt wielka i nie dało się zapobiec śmierci niewinnych ludzi, którzy czuli się bezpieczni dopóki sława nie wyszła zbyt daleko. Stara kobieta tak bardzo chroniła swoich podopiecznych, że nie spostrzegła jak szybko sama zmieniła się w pochodnię i uleciała w przestworza, które zdawałoby się tak niedawno opuściła.

Genevieve długo dojrzewała do widzenia świata jaki w gruncie rzeczy jest i funkcjonowała we własnej przestrzeni odsunięta od spraw związanych z nią ludzi. Najpierw umarł jej mąż, potem matka, a córka zginęła w pożarze, kiedy spała w swoim domu. Wtedy Genevieve przejrzała na oczy. Starała się zbliżyć do pozostałych córek, ale przestraszone jej nagłą miłością odsunęły się jeszcze dalej. Zaprawioną w osobistych stratach nie zrażały porażki, odbijała się od nich i pozostawiała za sobą podążając ku jasnej stronie życia. Zmęczenie następowało w miarę intensywności starań o akceptację innych, bo Genevieve traciła energię i zainteresowanie dla wszystkiego co trzymało ją przy życiu, a teraz czekała na jego zakończenie. Nagle, jakby przypadkiem, jej duch się oddzielił i tyle było tego umierania, ciągle niezrozumianego i niesłusznie pozostającego aktem żalu. Z ulgą skierowała się w stronę światła i niespodziewanie dla samej siebie zapadła w głęboki sen. Rodzice
i rodzeństwo oczekiwali końca kwarantanny, by powitać ją po przebudzeniu. W tym czasie umocnił się jej duch, który po ziemskich doświadczeniach był zanadto wątły i nie nadawał się do samodzielnego bytu w zaświatach. Genevieve przestała być stara, obolała, samotna i przegrana. Znów była młodą kobietą, która wszystko mogła i pragnęła nowych wyzwań. Zarówno w świecie materii jak i teraz nie czekała aż jej ktoś pomoże. Natychmiast urządziła się w miejscu gdzie wszystko lśniło od światła, a w zasięgu miała dzikie łąki z niezliczonym rodzajem roślin zielarskich. Jej bratanek Pierre bezustannie poszukiwał nowych leków i w tych działaniach postanowiła go wspierać. Zawsze ceniła umysły otwarte, bo tylko one wnosiły wartość wspólną. Z ich mądrości i pracy korzystają wszyscy i nieraz myślała dlaczego tacy ludzie nie pozostają pod ochroną. Na ogół mają więcej problemów niż ci wszyscy zwyczajni, jakby na nie zasługiwali. Nie podobała jej się taka
niesprawiedliwość, choć nie miała zwyczaju oceniać i poddawać krytyce. Cieszyła się, że nie ograniczają jej ziemskie talenty i jako duch wszystko potrafi. Przewodnicy umożliwili jej stały kontakt z bratankiem, któremu wskazywała rośliny szczególnie cenne dla jego badań. Umacniała w działaniach swoje mądre córki, a głoszącą ewangelię Claire naprowadzała na zgodne ze stanem faktycznym rozumowanie. Postawa religijna nie była w zaświatach pożądana, a istoty duchowe znały swoje miejsce bez systemu przykazań, nagród i kar. Jeśli tylko zechciały prosiły przewodników o pouczenie i zawsze dobrze na tym wychodziły. Własnym wnukom wskazywała prostą drogę do dorosłości, bo młodzi ludzie niewiadomo dlaczego ją komplikują. Odwiedzała w więzieniu Jeremy’ego, który po matce był utalentowanym oportunistą i tak bardzo dostosował się do warunków, że wcale nie pragnął życia na wolności. Wyraźną niechęć napotkała dopiero, kiedy poprosiła o spotkanie z Emilie. Przewodnicy byli uprzedzeni, że córka sobie tego nie życzy, ale Genevieve w zaświatach była istotą tak bardzo pozytywną, że wszelka odmowa stanowiła co najmniej nietakt. Emilie szybko zrozumiała, że krzywdząc ją szkodzi głównie sobie, wybaczyła wcześniejszy brak zainteresowania i zamieszkała z matką. Połączyły siły jako duchy o wybitnych skłonnościach do niesienia pomocy w beznadziejnych ziemskich sytuacjach. Ich wspólne światło kruszyło nienawiść, rozbijało pretensje, wyniszczało choroby i zapobiegało zagrożeniom. W miejscach, gdzie widziały dla siebie zadanie, były niezawodne i skuteczne, ale nie można było tego stanu przedłużać. Ziemskie byty zatracały przez to zdolności samozachowawcze i wyraźnie się osłabiały. Dla obu zbliżała się też inkarnacja i podjęły radosną decyzję, że ponownie urodzą się jako bliźniaczki. Bardzo dokładnie przyglądały się parom pragnącym dzieci. Wiedziały, że pamięć zaświatów zostanie im odebrana, a chciały pozostać istotami dobrymi i pomocnymi. Mogliby w tym pomóc odpowiedni rodzice w kochającym domu, bez agresji i zniewolenia. Narodziny były wielkim świętem dorosłych i traumą dla dziewczynek. Nie spodziewały się takiego zimna, bólu i niewygody. Płakały, wyciągały do siebie bezradnie malutkie rączki i dopiero utulone poczuły się bezpieczne w świecie gdzie wszystko zaczynały od początku.

Za tydzień:
Inkarnacja Leontine;

Zaświaty okazały się za małe dla aroganckiej Valerie, która przeniosła tam swoje cechy jako bezcenne ziemskie dziedzictwo. Konsekwentnie ustanawiała też własne prawa, bo nade wszystko ceniła samorządność i nie zamierzała się jej wyrzec. Ziemski styl życia wydawał się jej teraz żałosny, zachłysnęła się zasobnością i z powodu wiecznego nienasycenia gotowa była zagarnąć wszystko, a potem pomnażać. Zdezorientowani przewodnicy nie wiedzieli kiedy zareagować na tak daleko posuniętą bezczelność i tylko obserwowali panoszącą się Valerie. Na dzieciach Leontine trenowali tolerancję i odporność własnych bytów, nie miewali na ogół tak ekstremalnych przypadków i dopiero się uczyli. Matka przybyła, kiedy zaistniała realna groźba wydalenia córki. Próbowała nawiązać bliski kontakt, ale obojętna na miłość w świetle Valerie ledwie ją zauważała. Kiedyś wybrała tę irytującą kobietę na matkę dla osobistej wygody i w żadnym razie nie był to etap edukacyjny. Niczego się nie nauczyła i nie zdobyła doświadczeń. Nie miała sobie równych w przebiegłości i cwaniactwie co zazwyczaj podobało się matce, która niezmiennie podziwiała jej spryt. Były stworzone dla siebie, a teraz bez wzajemnego znaczenia. Na czas pobytu w zaświatach Valerie powinna była znaleźć sobie zajęcie, realizować pasje i pogłębiać wiedzę, ale nie chciała, bo nie interesowała się niczym. W świecie materii do perfekcji opanowała sztukę bezprawnego gromadzenia dóbr. Teraz nie musiała się starać, wystarczyło, że pomyślała i wszystko się spełniało. Przebywała z istotami o zgodnych ze swoimi upodobaniach, tak samo prymitywnymi i bez logiki. W ich obecności nabierała wigoru i jako główna prowadząca tworzyła charakter każdego zgromadzenia. Kiedy dowiedziała się o tym Josephine, poprosiła siostrę o zmianę stylu, zaproponowała pomoc w stworzeniu nowego wizerunku i wydobycie jej ducha z pustki. Valerie nie życzyła sobie interwencji, zawsze ignorowała zasady ograniczające samowolę. W zaświatach, podobnie jak w ciele, była pospolita i bezwzględna, w dodatku teraz nie musiała się kontrolować. Duchy posiadały absolutną autonomię, wykorzystywała to z premedytacją i bezradnym przewodnikom serwowała survivalowe doznania. Kumoszki – jak dawniej matka – utwierdzały ją w bezgranicznej wyjątkowości, a pożywki do samouwielbienia potrzebowała najbardziej. Dalsze akceptowanie obecności Valerie zaczynało być groźne, coraz częściej ingerowała w inne byty nie zważając na ich protesty, wprowadzała niepokój i miłość w świetle powoli traciła intensywność. Wywołała kryzys egzystencjalny zagrażający odebraniem w równym stopniu istotom duchowym prawa do samostanowienia i inkarnację wbrew ich woli. Formuła zaświatów mogła ulec zmianie z powodu jednego ducha, którego braki w wychowaniu zagrażały wszystkim. Valerie nie brała tego do siebie. Nigdy nie posiadała na tyle rozumu aby spojrzeć obiektywnie. Przewodnicy musieli choćby po części przejąć jej cechy i bezwzględnie przenieść wraz z nią samą do świata materii. Nowe wcielenie bardzo ją zaskoczyło. Nie była w stanie przypomnieć w jakich okolicznościach je zaplanowała i czy w ogóle chciała powrócić. W chwili narodzin posiadała pamięć zaświatów i wierzgając protestowała przeciwko niedogodnościom. Pomimo chaosu jaki wprowadzała, zawsze działała na swoją korzyść i nagle coś się zmieniło. Urodziła się jako kaleki chłopiec, który miał całe życie spędzić w zakładzie opiekuńczym, zdany na łaskę obcych ludzi. Kalectwo nie było tak bardzo odrażające jak jego charakter. Bezustanne wymagania i niezadowolenie odsuwało najbardziej życzliwe osoby. Doszło nawet do tego, że kiedy przesiadywał w najbardziej zaludnionych miejscach, nikt się jego obecnością nie interesował oprócz grupy wyrostków z radością rzucających kamieniami w przeciwnika na wózku inwalidzkim.

Za tydzień:
Genevieve długo dojrzewała do postrzegania świata jaki w gruncie rzeczy jest.

Leontine spotkała się z córką na zboczu góry porośniętej bukami, w ulubionej scenerii, którą przeniosły do nowego świata. Siedziały w milczeniu typowym dla siebie, nie akceptowały egzaltacji, przytulania i trzymania za ręce. Josephine świadomie wybrała ją sobie na matkę, potrzebowała okrucieństwa po poprzednim życiu w ciele panienki z dobrego domu, zmarłej przedwcześnie, bo nie było wtedy Pierre’a i jego leków. Leontine dysponowała nieograniczonym zasobem wrażeń dostarczanych własnym dzieciom, zwłaszcza tej córce, która do niej nie pasowała i jak podmieniona plątała się po całym jej życiu. Zaledwie się spotkały, natychmiast powstała wyrwa w miłości zaświatów. Przeniesiony z cielesnego życia ładunek emocji był zbyt wielki i konieczna okazała się interwencja przewodników, którzy ustawili pomiędzy nimi ekran ochronny. Żadna nie była na to spotkanie gotowa. Josephine od śmierci matki czuła się wolna, nie chciała się z nią spotykać, ale zachowując ziemską pamięć ponosiła konsekwencje tego faktu. Obawiając się jej reakcji, przewodnicy pokazali pozostałych członków rodziny w pewnym oddaleniu. Okazało się, że Josephine niechętnie odnosi się do spotkań. Uśmiechnęła się wprawdzie na widok ojca i brata, ale wcale do nich nie podążyła. Była równie skomplikowanym duchem jak istotą cielesną i należało pozostawić ją samą sobie. Kiedy już opanowała emocje, pośpieszyła na zwiedzanie nowego świata. Na ziemi myślała, że nie istnieje coś takiego jak nadmiar piękna, ale istniał, a ona w tym nadmiarze właśnie była u siebie. Jej duch pozbawiony starczych symptomów i niezwykle witalny podążał śladem myśli, które pragnęły wszystko zobaczyć i wszystko poznać. Bezgraniczna ciekawość była tym, co Leontine najbardziej zwalczała nazywając ją włóczęgą bez domu. Zupełnie nie rozumiała jak to możliwe, że dom jest tam, gdzie córka akurat przebywa. Kiedy już wszystko zwiedziła, postanowiła tę nieprawdopodobną przestrzeń popularyzować wśród ludzi. Żeby nie bali się śmierci i kiedy będą już gotowi przekroczyć granicę światów, zrobili to z ufnością. Przekazanie, zdawałoby się rzeczy prostych, okazało się bardzo trudne, zważywszy na sceptycyzm istot materialnych. Długo nie wiedziała jak wytłumaczyć, że zmarli nie odchodzą. Porzucają ciało, ale pozostają w tej samej przestrzeni, tyle że przestają być widoczni. Są wszędzie i widzą wszystko choć ich samych czują i widzą nieliczni. Mocno ograniczała ją słaba w tym względzie komunikacja między światami, poprosiła zatem o pomoc sojuszników rozsiewających wiedzę jak nasiona i jej osobiste posłanie szybko dotarło do ludzi. Josephine przypomniała sobie Emilie, córkę Genevieve. Zapragnęła jej towarzystwa i Emilie natychmiast się pojawiła. Chciała się dowiedzieć, dlaczego siostrzenica tak bardzo kochała pieniądze, że nie wahała się odbierać ich z nadwyżką biedakom, którym pożyczała na chleb. Emilie opowiedziała o potwornej biedzie w poprzednim wcieleniu, kiedy ciągle była głodna, nie miała ubrania i z powodu nędzy nie chodziła do szkoły. Pomiatali nią ci wszyscy bogaci wówczas mieszkańcy miasteczka, którzy potem u niej szukali pomocy. Tolerancyjna Josephine nigdy nie potępiała Emilie, ale zrozumiała dopiero teraz. Zachowanie siostrzenicy było typowe dla inkarnacji i nie miało nic wspólnego z zemstą. Uspokojona i wsparta nową wiedzą, odczuła nagły przymus opuszczenia zaświatów. Na razie spełniła swoją rolę, ale do doskonałości potrzebowała wielu wcieleń. Podobało się jej kiedy pisała książki, ale nie było to możliwe po raz drugi. Zasugerowała się opowieścią siostrzenicy i postanowiła zostać żebraczką. Urodziła się w kartonowym domku pod mostem dwojgu ludziom o twarzach pooranych cierpieniem i chorobami. Była głodna i ciągle płakała. Ojciec wychodził na poszukiwanie mleka w śmietnikach, ale kiedy wracał z niczym, dostawała do ssania mokrą szmatkę. W taki sposób rozpoczęła nowe życie w ciele i miała do pokonania bardzo długą drogę w łachmanach i na bosaka.

Za tydzień:
Zaświaty okazały się za małe dla aroganckiej Valerie.