Choroba Andre najpierw pozbawiła go kontroli nad ciałem, potem nad umysłem i umarł zanim rozpoczęto leczenie. Objawy nie były jednoznaczne i nie pasowały do żadnej diagnozy. Wczesnym rankiem okazało się, że Andre już nie ma, a jego ciało złamane niewyobrażalnym cierpieniem wyglądało jak porzucone w pośpiechu. Bez zbędnej zwłoki zamieniono je w popiół i tyle pozostało po ziemskim życiu przystojnego mężczyzny, syna i ojca. Chociaż Andre o tym nie mówił, tęsknota za matką wyniszczała go, poruszał się jak lunatyk wymagający ochrony przed sobą samym. Miał nieustające przeczucie, że czas po sobie posprzątać i dyskretnie porządkował wszystkie sprawy, także te, które wcześniej lekceważył. Wrażliwa natura Andre opierała się na przywiązaniu. Bez Leontine czuł się samotny i słaby, a egzystencja w ciele oznaczała zbyt dużą udrękę, aby znosić ją cierpliwie i wbrew sobie. Kiedy zobaczył matkę w oddali, poczuł się lekki i radosny, przyśpieszył i wpadł do ogrodu, gdzie zrywała dla niego truskawki. Przewodnicy dawno nie widzieli takiego spotkania i choć nigdy nie angażowali się w sprawy swoich podopiecznych, teraz płakali ze szczęścia razem z nimi. Leontine mogła się starym zwyczajem wypowiadać bez przerywania, a Andre słuchał jakby ciągle mu było mało. Zdziwił się, że jedząc truskawki nie dotykają ich, a mimo to czują smak i powoli zaczęło do niego docierać, że są parą duchów z wszelkimi danymi do tego stanu przymiotami. Wymyślali zadania, które realizowały się same i to było miejsce absolutnie doskonałe, idealne dla Andre. Zamieszkał samotnie w domku na plaży, bo choć poprzednio woda go przerażała, teraz cieszyła i była pochodzącą z fal muzyką. Na ziemi miał ukryte marzenie: chciał śpiewać w chórze, ale bał się wysiłku związanego z częstymi próbami i wyjazdami. Teraz uczestniczył w koncertach jako główny chórzysta i zastanawiał się tylko, dlaczego wszystko umie choć wcale się tego nie uczy. Jego solowe partie były arcydziełem, przy którym włączały się dobre emocje duchowej widowni. Zapragnął wykorzystać popularność do celów ważniejszych niż częste występy i nieśmiało prosił mieszkańców zaświatów o wysyłanie do świata materii myśli naukowej w każdej dziedzinie. Nie sposób było się oprzeć urokowi jego ducha i spełniało się wszystko na czym mu zależało. To był okres szczególnego rozwoju nauki, choć nikomu by nie przyszło do głowy, że stoi za tym Andre. Jednak coraz częściej potrzebował odpoczynku i wzmocnienia po spotkaniach z synkiem, który nie zgadzał się z utratą ojca. Tak długo zapewniał mu wsparcie duchowe, aż mały przyzwyczaił się i nauczył żyć bez niego. O siebie nigdy nie umiał zabiegać i coraz częściej czuł się nieważny i osaczony, tym bardziej, że przestrzeń zaczęły wypełniać postacie o ekspansywnej naturze zajmując należne mu miejsce. Coraz częściej nawiedzały go nierozliczone sprawy z przeszłości. Miał poczucie winy wobec trójki dorosłych już dzieci, których nie dostrzegał, kiedy go potrzebowały. Zapamiętał je przytulone do siebie, jakby od trzymania się razem przybyło im miłości rodziców. Uważał, że zbyt leniwie zabiegał o hospicja, miał do siebie pretensje jako do człowieka i polityka z poprzedniego bytu. Skrzywdził matkę swego małego synka, bo choć miał już żonę, związał się z nią tylko dlatego, że podsycała jego niewyobrażalną próżność. Nauczony przez Leontine, że jest jedyny i doskonały, nie wykazywał wysiłku i zawsze wybierał najłatwiejszą drogę, która zwykle prowadziła donikąd. Rozterki u ducha zwykle oznaczają ponowne narodziny w ciele
i choć Andre bardzo tego nie lubił, musiał samodzielnie, w szczegółach zaplanować następne życie. Na rodziców wybrał parę młodych ludzi, którzy weszli w dorosłe życie z mocnym pragnieniem posiadania jedynaka, najchętniej uroczego blondynka. Gotowi byli poświęcić mu wszystko, byle był ich ukochanym synkiem. W takiej sytuacji Andre nie miał szans na rozliczenie z przeszłością, ale jako że posiadał wybitne skłonności do wszystkiego co wygodne i łatwe, wybrał to bez wahania.

Za tydzień:
Josephine spotkała się z matką na zboczu góry porośniętej bukami.

Pierwsza – przy pomocy Jeremy’ego – umarła Sophie. Taką śmierć zaplanowała jeszcze przed narodzeniem w ciele Leontine. Potrzebowały siebie jako matka i córka aby więcej doświadczyć i choć w części pojąć istotę życia ciągle przed nimi zakrytą.
Janine odbierając ciało z kostnicy, miała na względzie mniejsze wydatki niż korzyści wynikające z pochówku. Wiedziała, że dla Sophie, która tak samo kalkulowała, nie może to przeszkadzać albo przynajmniej nie ma znaczenia tam, gdzie teraz przebywa. Kwarantanna w świetle jest jak długi sen, kiedy utrwala się duch w nowej postaci i nabiera mocy. Zatem ziemskie działanie było nieistotne, nawet kiedy dotyczyło porzuconego ciała. Leontine nie zbliżała się, aby tego ważnego procesu nie zakłócać, choć śpieszyło się jej do córki. Wiedziała, że kwarantanna pomoże porzucić ziemskie cechy i Sophie obudzi się zbudowana z takiej miłości jaka w cielesnej egzystencji nie istnieje. Spotkały się w małym kościółku powstałym z ich jednakowych myśli i oddały cześć Najwyższej Postaci, tak samo jak robiły to w ziemskim kościele wypełnionym rzeźbionymi wizerunkami i świętymi obrazami, nie uwzględniając faktu, że obyczaje w zaświatach nie uwzględniają czołobitności i bałwochwalstwa. Przewodnicy sprawujący nad nimi opiekę, ci sami we wszystkich wcieleniach, przybyli natychmiast i trwali w oddaleniu dopóki nie zostali wezwani, a potem poproszeni o prowadzenie najlepsze w każdej sytuacji, w jakiej obie się znajdą. Pozostawali poza miłością, neutralni i skupieni na zadaniu, które mają wypełnić. Na ziemi mało skłonne do bliskości, zachowując dawną pamięć, matka i córka nie chciały przywoływać wspomnień ekstremalnych wobec nowego życia. Pozostawiły je za sobą, przynajmniej na czas powitania, kiedy większe było obopólne onieśmielenie niż radość. Sophie natychmiast zapragnęła wielkiego ogrodu z lawendową altaną, aby w ulubionej scenerii poświęcić się kontemplacji. Przez chciwość zmarnowała ziemskie życie i już niczego nie mogła naprawić. Przewodnicy uprzedzili ją, że niewiele czasu spędzi w świetle, akurat tyle żeby zaplanować ponowne narodziny. Miała wybrać sobie nowych rodziców i dokładnie nakreślić życiową drogę aż do ponownej śmierci. Nie wykazywała ku temu zapału z powodu wygody, a jej duch okazał się leniwy i mało twórczy. Przywilej samostanowienia traktowała jak coś na zawsze danego i wobec takiej sytuacji przewodnicy sami nakreślili jej nową drogę. Tymczasem niemal nie opuszczała lawendowej altany w obawie, że nie otrzyma zgody, aby do niej powrócić. Jak zwykle chciała przechytrzyć los, tylko że nie miała już na nic wpływu, a pozytywnego sterowania myśleniem nie opanowała. Zderzenie ziemskich i bezcielesnych cech niszczyło jej wątłego ducha, który stawał się coraz bardziej bezwolny i zdezorientowany. Matka zasilała ją swoją energią, ale przewodnicy niechętnie na to przyzwalali i bezcielesność Sophie nieuchronnie zbliżała się ku końcowi. Życie w świetle nie powodowało ograniczeń, mogła zwiedzić świat, poznać każdy zawód, rozwijać się w każdej dziedzinie, zawierać przyjaźnie, ale nie chciała. Rozpoczęła destrukcję wokół siebie i choć zdawałoby się, że to ponad siły ducha, łatwo udowodniła, że niszczyć potrafi w każdych warunkach, jeśli tylko nie czuje się najważniejsza. Doprowadzała do takiej ruiny własne otoczenie, aż zostawała sama i od nowa budowała egzystencję z pochlebstwami. Bez nich traciła pewność siebie, podstawę do nieograniczonej miłości własnej. Teraz nawet przewodnicy mieli problem w jakim wcieleniu Sophie mogłaby to pokonać, odrzucić bez żalu i dokonać w sobie zmian na lepsze. W pewnej chwili wydała pełne lęku wrzaski, poczuła chłód
i jakieś interwencyjne działania chroniące przed wrogimi warunkami zewnętrznymi. Urodziła się jako chłopczyk nowym rodzicom, którzy jako idealną ocenili jego urodę, natychmiast wykazali wrodzone talenty i kochali bez zastrzeżeń. Tego właśnie potrzebowała. Absolutnej akceptacji od pierwszej chwili życia. Przewodnicy pomyśleli z ulgą, że dobrze trafili, a dawna Sophie wkroczyła na drogę do doskonałości.

Za tydzień:
Choroba Andre pozbawiła go kontroli nad ciałem i umarł zanim rozpoczęto leczenie.

Przedstawiłam Państwu wszystkie wnuki Leontine, takie same jak Wasze własne, kiedy patrzycie na nie z perspektywy czasu. Czujemy się wyróżnieni mogąc uczestniczyć w życiu naszych bliskich, także innych ludzi, bo jako istoty bezustannie w głębi duszy samotne pragniemy oparcia dla samych siebie. Skłaniam się ku teorii, że ziemskie życie jest próbą ulepienia z nas istot doskonałych, ale w jednym wcieleniu to się nie może udać z dwóch powodów: naszego oporu i krótkiego czasu. W licznych wcieleniach szukamy swojego  miejsca, ale go nie znajdujemy, bo na ziemi miejsca dla nas nie ma. Za to jest tęsknota. Niezmordowana i destrukcyjna, nie da się przed nią uciec ani ukryć wypełniając życie pracą czy przyjemnościami. Odezwie się, choć bardzo tego nie chcemy, w dodatku nie wiemy za czym tęsknimy. Rozpadamy się nie z powodu tęsknoty za dziećmi, partnerem czy kwitnącym sadem. Wydaje mi się, że tęsknimy za domem. Za tym co zostawiliśmy w świetle, wysłani po doświadczenia w kolejnym wcieleniu. Zostaliśmy potraktowani jak nasze dzieci, które wypchnęliśmy z gniazda aby… dać im szansę na latanie. Być może poprzez tęsknotę pozostawiono nam świadomość istnienia prawdziwego domu, do którego zmierzamy, wielokrotnie upadając i podnosząc się, ale zawsze podążając we właściwą stronę. Chociaż uznajemy siebie za istoty żywe, to duchy są żywe o wiele bardziej i mają więcej możliwości. Gdyby na ziemi było więcej wymiarów, pozostawałyby dla nas widoczne. Nasze światy nakładają się i współistniejemy nie zdając sobie z tego sprawy.
Skierowałam te słowa do Państwa, aby wytłumaczyć dlaczego podejmuję się opisania dzieci Leontine w zaświatach. Po kolei spotykały się z matką i szybko okazywało się, że dawne krzywdy nie zostały zapomniane, pretensje są te same, a miłości w świetle za dużo. W dalszym ciągu zachowywały się jak utkane z materii, były samowolne i wymykały spod kontroli. Przewodnicy bezradni wobec ich poczynań mogli się tylko przyglądać. Wszystkim pozostała ziemska pamięć i Leontine zaczynała żałować, że zachowała własną. Bezustannie utrwalały więź ze światem materialnym przez co mogły uczestniczyć w życiu swoich bliskich. Pojawiały się nie proszone, miały takie prawo i z niego korzystały. Oznaczało to niestety, że potrzebują jeszcze wielu wcieleń, aby móc pozostać w zaświatach na wieki. Istoty cielesne bywają destrukcyjne same dla siebie, a nasze rozedrganie emocjonalne szybko dociera do istot duchowych. Przybywają by nas uspokoić, ukoić smutek, ułatwić podjęcie trudnych decyzji. Na pewno zdarza się Państwu, że słyszycie pukanie, a kiedy otwieracie drzwi nikogo tam nie ma. Otóż jest, możliwe że już stoi przy Was i jest to ktoś, kto przybył spoza naszego świata. Zapytacie, jak może zapukać duch? Nie może. Na ten jeden moment wytwarza wibracje, które słyszymy jako pukanie, ale też mogą być inne sygnały, które niby się nam wydają, ale tak naprawdę – nie wydają.
To, co do Państwa piszę, nie jest przeczytane czy zasłyszane, choć trudno jest się całkowicie odciąć od informacji, które z różnych źródeł docierają. Opowiadam, czego sama doświadczyłam i obserwowałam przez wiele lat. Oczywiście kwestie szczegółowe w opisach są wytworem wyobraźni, bo nie wiem co robią moi zmarli bohaterowie, ale na pewno wiem, że istnieją poza zwyczajnym postrzeganiem. Choć osobiście mam sporo szczęścia i wielokrotnie widywałam istoty duchowe, to nie chcę im przeszkadzać z pustej ciekawości. W każdym z tych  wymiarów mamy własne sprawy i odrębne interesy. Wszyscy, którzy uczestniczymy w cielesnym życiu, powinniśmy oswoić umieranie, bo boli długo, a czas rozpaczy blokuje funkcjonowanie dwojga danych nam światów.

Za tydzień:

Pierwsza – przy pomocy Jeremy’ego – umarła Sophie.

 

Kiedy miało się urodzić jej piąte dziecko, Josephine czytała akurat piękną opowieść o niespełnionej i tragicznej miłości Tristana i Izoldy. Pod jej wpływem nadała synkowi imię i nieświadomie go naznaczyła. Dla Tristana nic nie było ważniejsze niż miłość. Najpierw tulił się do małych siostrzyczek, potem potrzebą kochania zadręczał przybranych rodziców, a w szkole całował koleżanki, czym stwarzał sobie same kłopoty. Dopiero sylwetka zmieniająca się na męską zaczęła stanowić przepustkę do uczuć jakich pożądał i planując zawodowe życie dał sobie szansę na poznawanie kobiet bez zbędnych poszukiwań. Już w przedszkolu wiedział, że zostanie aktorem, a kiedy po kilku latach rodzice dostrzegli w nim lekkoducha, uznali że właśnie aktorstwo może go poskromić. Traktowane przez laików jako coś łatwego, jest w gruncie rzeczy pełną wyrzeczeń ciężką pracą. Fakt, że Tristan się jąkał, wymagał od niego większego wysiłku, a długotrwała terapia całkowicie tę przypadłość usunęła. Powoli zyskiwał uznanie i miłość widzów, jednak nie dawało mu to ani spełnienia, ani szczęścia, choć myślał że droga, którą idzie, jest dla niego najlepsza. Z szacunkiem odnosił się do swoich fanów, ale niespecjalnie cenił zbiorowy intelekt. Był zaledwie odtwórcą, a to za mało by go wielbić, czuł się zagubiony i zażenowany hołdami. Tak jak wcześniej za miłością, teraz podążał za poszukiwaniem wewnętrznego spokoju. Aktorka buddystka, która obserwowała zmagania kolegi, zaprosiła go na zamknięte medytacje do świątyni w górach i dopiero wtedy Tristan zrozumiał czego naprawdę potrzebuje. Pragnął samodoskonalenia i przejścia z niewiedzy do światła nauki. Odrzucił nadmierną ambicję i przywiązanie do chwilowych przyjemności. Łatwo się zgodził, że ziemska egzystencja jest nierozerwalnie związana z cierpieniem i podążył za nirwaną, najwyższym celem każdego buddysty. Kiedy już osiągnął samouświadomienie w kwestii cyklicznej natury Karmy, nagle wszystko stało się łatwe. Wyrzekł się wszelkiego posiadania i zamieszkał w klasztorze, z postanowieniem pozostania tam do końca życia. Tymczasem Pierre nie zaprzestał poszukiwania swoich kuzynów, pomógł mu kierunek wskazany przez Josephine i wzorowa dokumentacja w domu dziecka. Do Estelle prowadziły jej książki dla dzieci, Gilberta już poznał, a Francine i Chantal szczegółów o dzieciństwie z pierwszą matką dowiedziały się w lesie deszczowym, podczas poszukiwania życiodajnych pnączy. Ascetyczne spotkanie z Tristanem było równie serdeczne jak z innymi, tak samo wzruszające kiedy mężczyźni odkrywali podobieństwo rysów twarzy. Wszyscy się cieszyli na spotkanie z Josephine, która zaprosiła ich z rodzinami do swego domu i niespodziewanie dla Tristana, nie będąc buddystką, wyznawała Prawo Karmy jako przyczynę i skutek wszystkiego, co się w jej życiu działo. Zazwyczaj się nie myliła i choć czasem przeszkadzał jej niesłychany dodatkowy zmysł, to prowadził lepiej niż robiłaby to sama i nie torowała sobie drogi tylko po prostu nią szła. Nie była zaskoczona, że wszystkie jej dzieci mają klasę, są dystyngowane i kulturalne, po niej miały cechy zewnętrzne, a całej reszty nabyły od nowych rodziców. Przylgnęły do siebie, jakby się nigdy nie rozstawały i na to patrzyła ich pierwsza matka. Spotkanie było wydarzeniem trudnym do udźwignięcia dla starej kobiety, a milczenie najwyższą formą przekazu, bo wszystko już napisała i nic więcej nie miała do dodania. Zgromadzony majątek posłużył na prezenty w równej części dla wszystkich i choć nie przyczyniła się do bogactwa swoich dzieci, to w znaczny sposób je wsparła. Spodziewała się, że spotkanie przyniesie jej ulgę, miała także nadzieję na zmianę myślenia o sobie samej, ale to nie nadeszło, bo Josephine nie chciała dłużej żyć. Pieniądze od matki dzieci przeznaczyły na potrzeby wyznawanych przez siebie wartości. Estelle ufundowała stypendia biednym utalentowanym uczniom, szamanki zbudowały lecznicę w dżungli, Chantal sfinansowała kolejne wyprawy badawcze, Gilbert zbudował szkołę na swojej wyspie, a Tristan, za pośrednictwem mnichów, wszystko rozdał ubogim.