Od opuszczonego dziecka do znanego w świecie fizyka teoretycznego Gilbert przeszedł długą drogę. Dwukrotnie zawalił mu się świat, ale pierwszego razu nie pamiętał, a drugi wyparł. Ludzie, którzy go adoptowali, potrzebowali dziecka do wypełnienia pustki pomiędzy sobą. Byli wyznawcami nauk ścisłych, traktowali je jak religię i szybko rozczarowali się dzieckiem bez oznak geniuszu. Kiedy już mieli się zrzec praw rodzicielskich, w małym obudziła się nienależna im miłość, jakby potrzebował ich kochać za puste serca i niewidzące go oczy. Był słodki i roztropny, pytał czy nie jest im zimno i czy nie są głodni, sprawował opiekę, która się jemu należała. Zamiast bajek dla dzieci poznawał rozważania naukowe działające na wyobraźnię i niespodziewanie włączył się do dyskusji na temat teorii strun. Już sam fakt, że za oczywiste uważał istnienie materii, wskazywał na jego intelektualną dojrzałość. Dopuszczał, że jej budulcem nie są cząstki a struny i żyjemy w co najmniej dziesięciu wymiarach. Dostrzegalne dla nas trzy wymiary przestrzenne i czas traktował jak poważne ograniczenie i podążył śladem rodziców w zrozumiały im świat molekularny, który w żadnym razie nie przekładał się na rzeczywisty dla zwykłego człowieka. Zanim Gilbert ukończył studia, opublikował kilkanaście prac naukowych, a po dyplomie objął katedrę fizyki na renomowanym światowym uniwersytecie. Po trzydziestce został drugim noblistą w rodzinie, o której istnieniu nie wiedział i nie mógł się nawet domyślać, że ma za sobą inną przeszłość niż mu znana. Wskazana przez rodziców naukowa przeprawa przez życie nie posiadała uczuć. Gilbert nie znał przyjaźni ani miłości, z biologami rozmawiał o instynktach pierwotnych, z lekarzami o fizjologii, a o uczuciach nie miał z kim. Przestraszył się, kiedy czarnoskóra studentka zaprosiła go do swojej rodziny na Wyspy Zielonego Przylądka. Wiedziała, że nie skorzysta więc przezornie dodała, że chodzi o wyliczenia znalezione przez mieszkańców na skale. To był język, który rozumiał i wiele po nim oczekiwał. Spotkanie z rodziną dziewczyny było wyczerpujące, nie wyobrażał sobie, że spokrewnionych może być tak wiele osób, choć na wyspach panuje zwyczaj nie zawierania małżeństw. Wzory na skale nie były wyliczeniami, ale amatorską bazgraniną i choć pobyt miał być krótki, urzekły go plaże i po raz pierwszy zapragnął odpoczynku z dala od uniwersytetu. Inne życie okazało się piękne, zmieniło Gilbertowi pogląd –jak sądził- na pospolity, ale się nie opierał i stanął w miejscu razem ze światem. Pośpiesznie sprowadził rodziców, którzy nigdy nie odpoczywali i nie rozumieli takiego stanu, ale zgodzili się, że warto tu osiąść na stałe, co wszystkim poprawiło samopoczucie. Elektroniczna łączność z salami wykładowymi pozwalała  na takie rozwiązanie, a spontaniczna decyzja wskazała na problemy egzystencjalne, o których nawet nie wiedzieli, że je mają. Zmiana trybu życia ułatwiła  kontakty z różnymi środowiskami, poznawali je zdumieni, wtapiali się w otoczenie i poczuli się wolni jak nigdy dotąd. Fizyka, w której Gilbert się zagubił, a potem dzięki czarnoskórej dziewczynie odnalazł nowy sens życia, szybko przestała być fascynująca i zaprzestał rozpatrywania kwestii teoretycznych. Teraz  ważne były podstawowe sprawy związane z każdym nowym dniem. Nauczył się garncarstwa, przetwarzania owoców, uczestniczył w uroczystościach, na które był zapraszany przez mieszkańców swojej wyspy. Dopiero tutaj rodzice wyznali, że jest adoptowany i w tym momencie owładnęła nim pierwsza w życiu obsesja. Musiał dowiedzieć się reszty, ale zanim rozpoczął własne działania, odwiedził go Pierre. Szukał swoich kuzynów po rozmowie z ciotką Josephine. Spotkanie noblistów okazało się w gruncie rzeczy spotkaniem zagubionych chłopaków, którzy płakali i śmiali się na przemian z zawiłości za trudnych dla obu i nie wiadomo za co te „noble” otrzymali. Byli podobni fizycznie, tak samo taktowni i łagodni, tylko Gilbert jakby smutniejszy, choć zdawałoby się, że nic na świecie nie ma w sobie tyle smutku co oczy Pierre’a.

Cdn. 7 lutego;

Nie wiadomo jaki los spotkałby chorą na małe serduszko Chantal, gdyby zagraniczna rodzina nie poszukiwała dziecka, które postanowiła wyleczyć. W nowym kraju dziewczynka przeszła operację, potem dwie następne i po długiej rekonwalescencji, uznana za całkowicie zdrową, rozpoczęła z rodzicami podróże po świecie. Rodzina dyplomaty oprócz obowiązków miała liczne przywileje, ważne zwłaszcza dla Chantal. Poznawała języki, obyczaje, interesowała się modą, fascynowała kuchnią i z pasją wypróbowywała na bliskich potrawy popularne w nowych miejscach. Podczas podróży zawsze miała przy sobie książkę, z którą utożsamiała się tym chętniej, że autorka przedstawiała podobną do niej dziewczynę i zamieszczała przepisy na obce potrawy o intrygujących nazwach. Marzyła o torcie makowym, ale dopiero w Polsce nie miała problemów z nabyciem potrzebnych składników. Udał się za pierwszym razem i podbił serca domowników wybornym smakiem czekolady i opium, które nie było narkotykiem a jego wyrafinowanym substytutem. Od tego czasu Chantal wiedziała, jaką stabilizację stworzy dla siebie samej. Była dorosła, trochę szalona, ale jeszcze bardziej odpowiedzialna, pragnęła mieć męża i dzieci i osiąść na stałe, bez konieczności podążania za rodzicami. Uruchomiła małą cukiernię, w której podawała wyłącznie tort makowy, a potem rozszerzyła asortyment o inne przysmaki z ulubionej książki. Autorka miała na imię Josephine, cukiernię nazwała tak samo i szybko się okazało, że to słodkie miejsce nie tylko dla niej jest najważniejsze. Młodzi ludzie nazwali je przystanią dla samotnych i przybywali w poszukiwaniu drugiej połówki, choć Chantal uważała, że nie należy szukać połówki, a drugiego podobnego owocu. Lansowała tę odważną teorię i w taki sposób trafiła  na parę dla siebie. Spełniła dziewczęce marzenia o rodzinie, dla której piekła, miała wdzięcznych klientów, pomagała biedniejszym i słabszym, interesowała się literaturą, a miłością do podróży zaraziła swoje dzieci. Chociaż nie rozstawała się z książką z młodości, nie wiedziała że pisarka Josephine jest jej biologiczną matką. Nie pamiętała też rodzeństwa, ale w błogiej nieświadomości zapalał się czasem płomień niepokoju, jakby coś się miało wydarzyć albo już wydarzyło, ale dopiero teraz ją pogrąży. Kiedy zachorowała i nie można jej było wyleczyć, rodzina nawiązała kontakt ze słynnym lekarzem, wynalazcą unikalnych leków, co być może okazało się jedyną pomocą. Pierre przybył natychmiast, jakby na to wezwanie czekał. Bezbłędnie rozpoznał chorobę i rozpoczął terapię stosując lekarstwa odkryte wspólnie z szamankami. Nie od razu zwrócił uwagę na podobieństwo rysów twarzy z pacjentką, ale w końcu zaintrygowały go, podobnie jak u Francine. Wiedział już, że siostrze jego ojca odebrano dzieci i miał nadzieję, że przypadkiem trafił na ich ślad. W tym wypadku dodatkowo zadziwiające było zauroczenie pisarką Josephine. Pierre umówił się z ciotką i nieśmiało opowiedział o podobnych do niego kobietach, a potem ciotka długo płakała i trzeba było ratować ją z tęsknoty, która przycichła dopóki na nowo nie została wywołana. Akurat pisała to wszystko, co dyktowała jej Leontine i Pierre pojawił się w samą porę, aby opowieść uzupełnić. Tymczasem Chantal, zachwycona odzyskanym zdrowiem, powołała fundację wspierającą wyprawy naukowe do lasów Amazonii, które dla świata są zielonymi płucami i wymagają bezwzględnej ochrony. Wilgotne, wiecznie zielone lasy liściaste, o których umownie mówi się „deszczowe” są największym na planecie obszarem zasobnym w nie odkryte a niezbędne dla ludzi bogactwa. Tego i wielu innych rzeczy dowiedziała się od swego lekarza, ale historię białych szamanek potraktowała jak bajkę. Przekonała ją dopiero książka i sama postanowiła zobaczyć, do czego może posunąć się człowiek aby zrealizować swoje marzenia. Najważniejszym członkiem jej wyprawy był Pierre, który przetarł już szlaki, zabrała też swoją rodzinę i kilkoro przyjaciół zainteresowanych ziołolecznictwem. Cukiernię z tortem makowym na czas nieobecności powierzyła obcym ludziom, bo nie zdarzyło się, aby w całym swoim życiu na kimkolwiek się zawiodła.

Cdn. 31 stycznia;

 

Rodzina lekarzy, która adoptowała Francine, nie miała czasu na drugie dziecko od pieluszek, a ich mała córka pragnęła rodzeństwa. Dziewczynki przypadkiem bardzo podobne, z czarnymi włoskami i dużymi oczami w kolorze bławatka, przypadły sobie do gustu i choć jeszcze o tym nie wiedziały, zostały siostrami na wieki. Miały wspólny pokój do zabawy i oddzielne sypialnie, ale kiedy podrosły przemykały się do jednego łóżka i chichotały lub płakały w zależności od stanu duszy. Miały też wspólne marzenia, pragnęły zostać szamankami wśród dzikich plemion, o których czytały i nie uwzględniały faktu, że świat się cywilizuje. Wierzyły, że dzikie plemiona mogłyby dostarczyć im wiedzy medycznej innej niż ta, którą posiadają rodzice, choć również skutecznej. Od razu chciały wyruszyć w podróż, ale zgodziły się, że najpierw trzeba nauczyć się języków i ukończyć studia, żeby świat łatwiej się przed nimi odkrywał i bardzo konsekwentnie osiągały kolejne cele. Grudniowy dzień, kilka miesięcy przed dyplomem, prawie pomieszał im zmysły i na długo wytrącił z życia. Rodzice zginęli w wypadku, bo młodemu mężczyźnie z powodu nadmiaru alkoholu pomyliły się kierunki na autostradzie.  Kiedy tylko złapały kontakt z rzeczywistością, spakowały plecaki i wyruszyły w drogę. Francine zauważyła u siebie dziwną zmianę, ale niechętnie przyznawała się do niej siostrze. Nie chciała jej przestraszyć, ale też się ośmieszyć i długo zwlekała zanim przyznała otwarcie, że widzi rodziców, że im  towarzyszą i od tej pory chciałaby mówić wszystko co jej przekazują. Zapadło między nimi bolesne milczenie, ale przestało być trudne, kiedy matka poprosiła o cierpliwe przeczekanie tego stanu. Teraz należało się skupić na celu i choć wydawał się niemal nieosiągalny, to bezinteresowna ludzka pomoc nie pozwalała na zwątpienia. Narodowa Brazylijska Fundacja ds. Indian nakierowała je na niezidentyfikowane dzikie plemię, do którego dotarły same. Jako osoby szczególnie życzliwe, wszędzie porozumiewały się łatwo, nawet w tak ekstremalnej zdawałoby się sytuacji kontakt był znacznie szybszy niż mogły na to liczyć. Onieśmielone poprosiły o spotkanie ze starszyzną, a tę o wizytę u szamana, który w głuszy i samotności utrwalał i rozwijał wiedzę uzyskaną od przodków, skutecznie uzdrawiając z wszelkich przypadłości. Zostały jego samozwańczymi asystentkami, a kiedy podążył za swoimi do wiecznej krainy, same zaczęły udzielać pomocy. Noblista Pierre, który przemierzał Amazonię w poszukiwaniu składników roślinnych do swoich leków, przypadkiem usłyszał o białych szamankach o statusie narodowych uzdrowicielek Brazylii. Dotarł do nich tą samą drogą, którą przed laty pokonały i zaciekawienie szybko zmieniło się we wzajemną fascynację. Pierre bez problemu wszedł na ponadzmysłowy poziom porozumienia, bez którego trudno obejść się w dżungli, ale Francine dostrzegła coś jeszcze. Byli bardzo do siebie podobni fizycznie. Mieli jednakowe nosy i podbródki, pionową zmarszczkę na czole, układające się tak samo dłonie. I ten głos, jakby jedno przedrzeźniało drugie. Francine wiedziała, że była adoptowana. Pozostawiono jej imię, ale historia narodzin została zmieniona. Pragnęła tę tożsamość zatrzymać jako jedyną, a dociekliwa natura przybysza mogła w tym przeszkodzić. Uznała zatem podobieństwo za przypadkowe, a ich samych za rodzeństwo astralne. Pierre przywiózł ze sobą do dżungli odczynniki ułatwiające rozpoznawanie substancji roślinnych, dzięki czemu poszerzyła się wiedza sióstr, które wprawdzie nie stosowały w leczeniu czarnej magii, ale ich pomoc – choć skuteczna – miała znamiona amatorszczyzny i znachorstwa. Nigdy nie udawały, że jest inaczej i dopóki miały od kogo, uczyły się zachłannie pragnąc tę wiedzę zachować na stałe. Spotkanie szamanek z wielką nauką okazało się bezcenne dla wielu chorych skazanych na cierpienie, choć bogactwo dżungli ciągle czeka na rozpoznanie. Pierre wdrożył do produkcji leków nowe substancje, napisał książkę o szamankach i nie byłby sobą, gdyby podobieństwo z Francine pozostawił przypadkowi.

Cdn. 24 stycznia;

 

 

Opisując dzieci rodzeństwa Josephine miała świadomość, że w większości od matki uzyskuje informacje na ich temat. O własnych nic nie wiedziała i pewnie nie próbowałaby pisać, gdyby matka się nie uparła. Impuls był tak silny, że po latach poznała swoje dzieci na nowo. Kiedy je zabierano, nie było wiadomo gdzie akurat przebywa, a one – pozbawione opieki – błąkały się po pustym o tej porze dnia osiedlu. Najpierw zatrzymano je w pogotowiu opiekuńczym, potem odesłano do domu dziecka, aż zostały rozdzielone i pojedynczo trafiły do rodzin adopcyjnych. Estelle miała siedem lat i powinna była chodzić do szkoły. Pełniąc rolę matki dla młodszego rodzeństwa nie miała na to czasu, możliwości także, bo nią samą nikt się nie opiekował. Matka powracająca ze swoich twórczych eskapad przytulała je, mówiła jakie są piękne, ale raczej nie myślała o tym że są głodne, nie widziała że zaniedbane i często także chore. Ciągle miała złamane serce z powodu braku osobistego rozwoju, przez co nie generowała mocy, za to w nadmiarze rozchwianie emocjonalne. Dziewczynka odetchnęła w nowej rodzinie. Choć długo jeszcze tęskniła za rodzeństwem, nie tęskniła za ich pieluchami i płaczem. Wreszcie sama była dzieckiem, dostała niezliczoną ilość lalek, za którymi przepadała, a widywała tylko na wystawach. Uwielbiała książeczki, sama nauczyła się czytać i choć nie chodziła wcześniej do szkoły łatwo opanowała opóźnienie. Skażona instynktem opiekuńczym pełniła w swojej klasie rolę mateczki wątłych dzieci i słabych uczniów. Dla rodziców adopcyjnych była dzieckiem – cudem. Piękną i mądrą córeczką o złotym sercu i dziwili się jak mogli bez niej i jej dziecięcej radości żyć przez te wszystkie lata w wielkim domu. Kochali ją bardzo i wspierali we wszystkim czego podejmowała się w całym swoim życiu. Od razu oznajmiła, że będzie nauczycielką i pisarką. Czasem – zdumieni – zachowywali rezerwę, ale szybko się przekonali, że powinni za nią podążać bez nadmiernej ingerencji w jej przedwczesną dojrzałość. Cudowny dziecięcy okres szybko zmienił się w czas dorosły, inny choć także fascynujący. Estelle wzorowo ukończyła studia pedagogiczne, pracowała w szkole, do której sama kiedyś uczęszczała i dla swoich małych uczniów pisała piękne opowieści wydawane w ilustrowanych książeczkach. Spełniała marzenia ważne nie tylko dla niej samej. Pracowała z nauczycielami, którzy ją uczyli i ciągle jeszcze z wdzięcznością korzystała z ich wiedzy. Starzejący się rodzice namawiali ją do założenia rodziny, ale długo się opierała i kiedy już miała męża to okazało się, że wcale nie chce mieć własnych dzieci. Cały czas poświęcała obcym odczuwając absolutną satysfakcję, ale zapragnęła adoptować dziewczynkę jaką sama była, kiedy przyjęli ją do siebie nowi rodzice. Swoje otoczenie zarażała wyobraźnią i  czasem to się przeciwko niej obracało. Uczniowie doszukiwali się w jej książkach własnych pierwowzorów i zdarzało się, że potem płakali z wymyślonych powodów. Dzieci nie chciały być rude, pyzate czy leniwe, choć akurat te cechy przedstawiała wyjątkowo życzliwie. Szybko się nauczyła jak bardzo można je skrzywdzić jednym słowem i nie ma co się potem wypierać, że nie było o nich. O biologicznej matce pomyślała z tęsknotą, kiedy adoptowana córka – dorosła już i zamężna – zaczęła mówić o swojej. Pomogła odnaleźć jej rodziców, ale kiedy przekonała się jak trudno o wspólny język po latach rozłąki, postanowiła własnej nie szukać. Bała się rozczarowania, matkę pamiętała jako słabą  postać o chwiejnym charakterze. Nie wiedziała, że jest znaną pisarką, a ona sama właśnie po niej odziedziczyła talent, który dał jej tak wielką szansę osobistego rozwoju. Nie wiedziała też, że matka nie porzuciłaby dzieci, gdyby ktokolwiek podał jej rękę, udzielił pomocy, choćby porozmawiał i pomógł nakreślić kierunek spójny dla własnych pragnień i opiekowania się rodziną. Nie miał kto powiedzieć tego Estelle  i choć rozdarta, powróciła do swoich spraw.

Cdn. 17 stycznia;

 

Andre miał swój przelotny romans zapamiętać na zawsze i to się udało inteligentnej asystentce, która urodziła mu synka. Kiedy wyjechała, zachwycony ojciec z pomocą swej wszechobecnej żony zaopiekował się małym i po raz pierwszy w swoim życiu miał poczucie, że robi coś bardzo ważnego. Chłopczyk po matce odziedziczył rude włosy całe w lokach i mnóstwo  piegów, które pojawiały się na wiosnę, a jesienią traciły blask i prawie znikały. Rysy twarzy i przyjazny stosunek do świata przejął po ojcu i jako dziecko ze szczególnym urokiem osobistym zjednywał wszystkie serca. Najpierw chciał zostać strażakiem, potem pilotem, sportowcem i podróżnikiem, do czasu aż zachorował ojciec i odtąd chciał już być tylko lekarzem. Jego narodziny uradowały starsze rodzeństwo, które pojawiało się teraz w domu rodziców odrzucając stare urazy. Ojciec ze swoją niezawodną wyobraźnią wpływał na rozwój poznawczy synka, chciał aby jego wiedza była wszechstronna i zapewniał mu do niej dostęp. Razem spędzali każdy wolny od szkoły dzień, wspólnie zdobywali sprawności zuchowe i choć plakietki dostawał tylko Pierre, ojcu wpisywał do dzienniczka należne zasługi. Andre żałował zmarnowanego dzieciństwa Bertranda i samotności córek, bardzo się nimi teraz cieszył i podziwiał całą trójkę. Choroba przyszła niespodziewanie i w krótkim czasie pokonała Andre, potem jego żonę i obowiązki rodzicielskie przejął odpowiedzialny Bertrand. Bezustannie zachwycony pięknym i mądrym braciszkiem stworzył mu dom o jakim sam marzył, nieświadomie wszedł w rolę dojrzałego Andre, dzięki czemu Pierre łatwiej adoptował się do nowych warunków. Obaj kochali dzieci Elodie i Amelie, nie było większej frajdy niż wspólne dzieciństwo i wspólne dorastanie. Dziewczynki na jego widok brały się za rączki i radośnie śpiewały smutną piosenkę o pajacyku: „- Był raz Pierrot, taki smutny pajacyk aż żal, żal, bo Pierrot mieszkał sam w wielkim sklepie wśród lal…”, a kiedy dochodziło, że lalce Fleur oddał swe serce, natychmiast zaczynały się kłócić która jest tą lalką, chwytały Pierra za szyję i dusiły z miłości. Nie wyrywał się, tylko spokojnie tłumaczył że obie jednakowo kocha i z obiema się ożeni. Amelie zaniepokojona przyszłością córek obiecywała, że zamieni się w złą królową i porwie pajacyka, ale zanim do tego doszło, Pierre rozpoczął studia medyczne i konsekwentnie realizował nakreślone w dzieciństwie plany życiowe. Zrobił listę nieuleczalnych chorób i postanowił tak długo się uczyć, aż znajdzie sposoby na ich wyleczenie. Wolny czas spędzali z bratem jako wolontariusze w hospicjach, kontynuując dzieło ojca, który jako poseł przybliżał znaczenie tych instytucji i wyjaśniał konieczność utrzymywania ich przez społeczeństwo. Wyglądał jak ojciec w młodości, podobnie się zachowywał, ale miał dodatkowe atuty w postaci rudych loków i czarujących piegów. Jednak prawdziwą naturę zdradzały oczy przepełnione smutkiem, jakby widział w swoim życiu same złe rzeczy i było ich stanowczo za dużo. Kiedy Bertrand ożenił się po raz drugi, Pierre wziął też pod uwagę własną samotność, ale każdy związek ograniczałby mu realizację życiowych planów. Okazało się to zaledwie tłumaczeniem, bo znane mu dziewczyny były równie ambitne i też nie chciały się poprzez związek ograniczać. W laboratorium poznał drobniutką blondynkę z czarnymi oczami i pasją wynalazcy, a spotkanie pokrewnych dusz jest zawsze ostateczne, co dla obojga oznaczało trwały związek. Jak bardzo są zdolni przekonał się Bertrand, który zapadł na tę samą chorobę co ojciec, tyle że tym razem lek szybko powstał w laboratorium i ocalił mu życie. Młodzi ludzie nie czuli się wynalazcami, nie mieli poczucia misji, a w wielkiej skromności gotowi byli przyznać, że lek wynalazł ktoś inny, a rudowłosy chłopak i czarnooka dziewczyna przypadkiem się w tym laboratorium znaleźli.

Cdn. 10 stycznia;