Podobnie jak siostry, Bertrand związał życie zawodowe ze szpitalem i do wynajętej kawalerki wracał tylko na noc. Psychologiem klinicznym został z potrzeby serca złamanego śmiercią przyjaciela. Wtedy nie wiedział jak wesprzeć zrozpaczoną rodzinę, był nieszczęśliwy i bezradny jak oni, ale teraz wszystko rozumiał, tłumaczył i przekonywał, aż życie od nowa stawało się ważne. Był wiarygodny, skuteczny i kochany przez pacjentów, jednak nie umiał pomóc samemu sobie. Siostry rekompensowały mu w dzieciństwie brak zainteresowania ze strony rodziców, ale potrzebował akceptacji i męskiego wzorca. Zazdrościł kolegom, których rodzice wspierali i byli z nimi w ważnych chwilach. Jego ojciec wiedział tylko, że Bertrand gdzieś się tam podziewa, a matka sadystycznie przykręcała śrubkę, żeby dzieciom – jak mówiła – rogi nie rosły. Lubił, kiedy wyjeżdżała po zaopatrzenie na swoje stragany, wtedy nikt się w domu nie panoszył i nie wykrzykiwał jedynie słusznych, bo własnych prawd. Ojca widywał w domu rano i wieczorem. Stale bezrobotny, czas spędzał z babcią Leontine i licznymi obserwatorami politycznego życia, które każdy z nich by uzdrowił, gdyby tylko chciał. Na studia wyjechał daleko, żeby wymówka związana z odległością nie zmuszała go do spędzania świąt w rodzinnym gronie. W wolnym czasie spotykał się z siostrami, potem także z ich rodzinami i to mu wystarczyło. Dla siostrzeńców był wujkiem bohaterem, rozwiązywał ich problemy i chętnie uczestniczył w szalonych zabawach. Wiadomość o narodzinach przyrodniego braciszka powitał z entuzjazmem i jako pierwszy z rodzeństwa pojawił się po latach w rodzinnym domu. Starzejący się ojciec, matka wyciszona i łagodna to rodzice jakich nie znał, ale najważniejszy był mały chłopczyk, który na jego widok schował się pod kanapę i wystawał mu tylko kawałek bucika. Szybko znaleźli wspólny język i droga do rodziców nagle się skróciła. Poprawa nastroju korzystnie wpłynęła na jego stosunki towarzyskie, a ciemnowłosa dziewczyna szybko odpędziła demony przeszłości. Była śpiewaczką z ugruntowaną pozycją w operze, osobą bardzo utalentowaną i – co rzadkie wśród artystów – niezwykle skromną. Bertrand mniej czasu spędzał teraz w szpitalu, poświęcał go raczej swojej dziewczynie. Często uczestniczył w próbach, chodził na przedstawienia i zafascynowała go rozmaitość, która dzięki niej nastąpiła. Ślub był tak samo kameralny jak wcześniejsze śluby sióstr, tylko że teraz biegały wokół nich dzieci uradowane, że wujek będzie miał żonę. Zamiast tortu makowego był ognisty hiszpański, a podróż poślubna odbyła się do sklepu z zabawkami, gdzie wszystkie dzieci wybrały sobie prezenty. Dla najmłodszego braciszka nowo poślubiony małżonek kupił konia na biegunach. Chłopczyk lubił zwierzęta, miał mnóstwo zwierzęcych pluszaków, ale powoli z nich wyrastał. Zanim zdecydowali jak się urządzą, żona otrzymała zagraniczny kontrakt i rozpoczęli życie wędrowców. Pomieszkiwali w różnych krajach. Ona śpiewała, a on zawsze znajdował pracę w ośrodkach opieki paliatywnej, bo w każdym miejscu na świecie ludzie tak samo boją się odchodzenia i śmierci. Zaniepokoił się, kiedy późnym wieczorem zapukał do drzwi policjant. Jego piękna żona zginęła w drodze do domu, po wyczerpującej próbie w teatrze. Na przejściu dla pieszych zabiła ją śpiesząca na wywiad dziennikarka, dla której czerwone światło było tylko kolorem. Nie czuła się winna, ani nawet zażenowana. Po prostu, stało się. Tylko że Bertrand stracił przez to żonę. Do kraju wrócił z prochami i pochował  dopiero, jak od nowa nauczył się bez niej żyć. Po śmierci rodziców przejął opiekę nad przyrodnim bratem i wtedy odzyskał siły mocno nadwerężone przez przeciwności losu. Ponownie się ożenił, kiedy prawie dorosły już Pierre wytłumaczył mu szkody, jakie w człowieku powoduje samotność. Nigdy nie odwiedził kraju, w którym poniósł najważniejszą w swoim życiu stratę i nie pozwolił pojechać tam bratu. Śmierć oswajana u innych, stała się jego osobistym wrogiem, bez nadziei na pojednanie.

Cdn. 3 stycznia;

 

Wyprowadzka siostry tak bardzo wpłynęła na Amelie, że wpadała w coraz większą depresję, jak wcześniej Elodie z powodu miłości. Pracowała w szpitalu dziecięcym, gdzie pogoda ducha personelu jest tak samo ważna jak fachowość i starała się spędzać na dyżurach jak najwięcej czasu. Miała dużo szczęścia, że do miasta na stałe sprowadził się Bertrand, umawiali się na w kawiarenkach na świetne desery, udając że je testują jako krytycy kulinarni. Często odwiedzali siostrę i jej męża, ale wtedy bardziej uświadamiali własną samotność i tracili humor aż do następnego spotkania na kawiarnianych testach. Kiedy wczesnym rankiem Amelie wracała po nocnym dyżurze, zatrzymał ją młody mężczyzna, który słaniając się poprosił o wezwanie karetki. Pojechała z nim do szpitala i po przyjęciu na oddział poczekała na wstępną diagnozę. Miał problem z oddychaniem, który okazał się astmą z powodu nasilającej się alergii. Odwiedzała go przez kilka dni, a potem zaprosiła do siebie i to było spełnienie marzeń o miłości, której obojgu bardzo brakowało. Teraz samotność dopadła Bertranda i choć życie towarzyskie wiedli we trójkę, czuł że przeszkadza. Spędzał czas głównie w pracy i powoli się do tego przyzwyczajał, a siostra układała własne życie z mężczyzną uroczym jak ona, pozbawionym tych wszystkich cech, których u ludzi najbardziej się bała. Nie lubiła agresji, wpędzania w poczucie winy i nadmiernych obowiązków. Z domu pamiętała krzywdę jaką rodzice im  wyrządzali nie zważając, że dzieci to ludzie. Jej ślub odbył się tak samo jak ślub siostry, tyle że bez wózka inwalidzkiego, a wszyscy uczestnicy zachowywali doskonałą formę. Świadkami byli Bertrand i Elodie, a potem poślubna podróż do galerii handlowej, gdzie wszyscy upatrzyli sobie wcześniej prezenty i zamówili je u partnerów. Siostry zaskoczyły Bertranda podwójną niespodzianką. Potem deser w przytulnej kawiarence, gdzie specjalnie dla nich przygotowano tort makowy, nieco archaiczny, ale zawsze doskonały. Bez tego tortu nie mogła odbyć się w ich rodzinie żadna uroczystość. Ciotka Josephine przywoziła go do babci Leontine jako prezent dla wszystkich i kiedy wnuki się zbiegały, miały dużo radości. Sama chciała go zrobić na własny ślub, nawet poprosiła o przepis, ale trochę za późno i postanowiła na razie odpuścić. Ciotka uprzedzała, że jest pracochłonny, ale cieszyła się skłonnościami bratanicy do produkowania własnych przysmaków. Małżonkowie pozostali w wynajmowanym mieszkaniu. Planowali podróż dookoła świata i nie chcieli komplikować sobie życia nieruchomościami. Ale zanim w nią wyruszyli, na świecie pojawiły się dwie śliczne dziewczynki – bliźniaczki. Wyglądały jak porcelanowe laleczki z karnacją matki i ciemnymi loczkami po ojcu. Dla Amelie rodzina była największym osiągnięciem i nic lepszego nie mogło jej w życiu spotkać. Rozmowy dotyczące konieczności skorygowania życiowych planów doprowadziły do stabilizacji we własnym domu, z ogrodem obsianym trawą, aby nie ograniczać przestrzeni ruchliwym dziewczynkom. Zapatrzone w energicznych i pomysłowych synków Elodie, starały się im dorównać i podczas częstych spotkań budujących trwałe więzi odnosiło się wrażenie, że w ogrodzie bawi się pięciu małych chłopców. Siostry ubolewały, że w ich dorosłym życiu za mało uczestniczą rodzice i z wielką przyjemnością lgnęły do rodzin małżonków. Zapewniali ciągłość pokoleniową ich dzieciom, a dla nich samych stanowili oparcie. Po toksycznym dzieciństwie było wreszcie normalnie, nikt nikogo nie lekceważył i obie wiedziały jak bardzo należy to cenić. Nigdy, w żadnej sytuacji nie pomijały brata, który bał się stałego związku. Wystarczył mały gest lub słowo kojarzące się z matką i natychmiast porzucał dziewczynę. Siostry próbowały przekonać go do braku logiki w podejmowaniu decyzji z powodu iluzji, ale nie mógł się przełamać i ciągle był sam.

Cdn. 27 grudnia;

 

 

 

Gdyby dzieci Andre przebywały w rodzinnym domu dłużej niż to konieczne do osiągnięcia dorosłości, miałyby zapewnioną fiksację po rodzicach, nieświadomych jak destrukcyjne są ich metody wychowawcze. Elodie i Amelie – zanadto pozbawione ambicji, ale z nadwyżką dobroci i życzliwości dla świata bliźniaczki – zostały pielęgniarkami, o czym zawsze marzyły i owijały w bandaże swoje chore zabawki i małe zwierzątka w domach koleżanek. Elodie otrzymała pracę w szpitalu wojskowym, o co się ubiegała, bo jednak wolała mężczyzn niż kobiety, które kojarzyły się jej z głośną i despotyczną matką. Długo nie mogła otrząsnąć się z dzieciństwa, z siostrą potajemnie nazywały je martyrologią i wspominały tylko swojego brata Bertranda. Nie chciały się z nim bawić, skarżył i donosił rodzicom, ale kiedy wyrósł na przystojniaka, chętnie zabierały się z nim na wszystkie młodzieńcze imprezy. Teraz wynajmowały małe mieszkanie i rozstawały się tylko na czas pracy. Były nierozłączne, dopóki nie dojrzały do uczuć większych niż siostrzane, dla których porzuca się wszystko i za nimi podąża, choć zdarza się, że za cenę jakiej nie chciałoby się za nie płacić. Zakochała się, kiedy podeszła do łóżka pacjenta i zobaczyła piękne dłonie, z resztą zasłoniętą licznymi aparatami wspomagającymi funkcje życiowe. Wpadała na salę dla tych rąk, nawet jeśli pacjent chwilowo nie potrzebował zabiegów. Rodzice mówili jej czasem, że przypomina dziwaczkę Josephine, a ona do tej pory nie wiedziała dlaczego. W tej jednej chwili zrozumiała co to jest szczegół, a co impuls i jak się zmienia świat, kiedy  - zgodnie z teorią ciotki – zaczynają człowieka prowadzić. Mężczyzna był młodym oficerem, pilotem myśliwca, przeżył ciężki wypadek i niemal w kawałkach trafił na jej oddział. Starannie pozszywany przez doskonałych chirurgów miał duże szanse na przeżycie, wymagał jednak nadzwyczaj starannej opieki pielęgniarskiej, co w tym szpitalu było normą w odniesieniu do wszystkich pacjentów. W domu Elodie traciła energię, ukrywane napięcie pozbawiało ją siły i chęci do życia. Siostra namawiała ją na wyprawy po sklepach, co obie lubiły i jak profesjonalistki wzajemnie się stylizowały. Jednak wobec braku zainteresowania, kupowała ubrania tylko dla siebie, a potem pożyczała je siostrze w razie potrzeby. Nastrój powracał wraz z każdym odłączonym aparatem, aż w końcu oficer przełączył się na własne własne wspomaganie i dostrzegł  jasnowłosą pielęgniarkę ze zdziwionymi oczami. Nie wiedział, że tak już ma i dziwi się nawet jak…się nie dziwi. Dostrzegła w nim pianistę, co cicho potwierdził, dodając, że tylko amatorem, z muzyką w genach po ojcu. Rekonwalescencja była bolesna i bardzo długa, ale od pierwszej rozmowy przechodzili ją razem. Ślub wzięli zanim skończył się etap wózka inwalidzkiego, przystrojonego na tę chwilę kolorowymi balonikami. Uczestniczył w nim Bertrand, jedyny zaproszony członek rodziny, który był ich świadkiem razem z Amelie, w różowej sukience i niebieską różą we włosach. Elodie wpięła taką samą i trudno było zgadnąć, która z nich właśnie wychodzi za mąż. Podróż poślubna dla całej czwórki odbyła się do wesołego miasteczka, a po lodach i karuzeli wrócili do małego mieszkanka sióstr. Czekał na nich tort makowy i szampan, odbyła się radosna zabawa, po której miały nastąpić zmiany bolesne dla bliźniaczek. Małżonkowie wyprowadzili się do nowego domu za miastem, w którym na pilota czekały urządzenia do dalszej rehabilitacji i gdzie całkowicie powrócił do zdrowia, ale nie do służby, co uspokoiło jego żonę,  która – jak wcześniej – jeździła na dyżury do szpitala i nigdy, ale to nigdy nie zrezygnowałaby ze swojej pracy. Wokół domu mąż posadził tak dużo drzew jakby rozpędził się do sadzenia lasu i zanim urosły, zaczęli się rodzić synowie. Wprawdzie domu sam nie zbudował, ale całkowicie utożsamiał się z wizją projektanta i nie wprowadzał żadnych zmian. Elodie cieszyła się własną rodziną, nie zaprzestała też uczestniczenia w życiu rodzeństwa i ich bliski kontakt nigdy się nie rozluźnił.

Cdn. 20 grudnia;

Babcia Leontine odczuwała ziemski niepokój na myśl o wnukach, których nie ratowała, choć wiedziała jak traktuje je matka. Teraz Sophie mogłaby się wytłumaczyć, ale kwarantanna w świetle stanowczo się przedłużała. Jeszcze nie wie, że się spotkają i nie wiadomo czy we wszechogarniającej miłości zechce sobie przypomnieć ziemskie sprawy. Tymczasem Jean, nieświadomy babcinego niepokoju, układał towar w supermarkecie i jak tylko zarobił trochę pieniędzy postanowił ukończyć szkołę. Opuszczając swój kraj zdążył akurat zdać maturę i na to czekał Jonathan planując wielką podróż. Na miejscu rozdzielili się, każdy miał pracę gdzie indziej, ale oprócz telefonów posiadali telepatię, dzięki której łatwiejsze było wzajemne wsparcie. Teraz wybierał się do college’u i zanim zwierzył się bratu, ten go zapytał czy nie podjąłby studiów w nowym kraju. Zdarzały się im zadziwiające przypadki i podtrzymywały więź, która z powodu rozłąki mogłaby się rozluźnić wbrew ich woli. Jean od dziecka wymyślał wierszyki i bajki, w szkole zwracano uwagę na jego łatwość pisania, zmysł obserwacji i umiejętność wyciągania wniosków co wskazywało, że byłby dobrym dziennikarzem, choć siły przebicia nie posiadał. Zadanie, którego się podjął wyglądało na karkołomne zważywszy na fakt, że średnio posługiwał się obcym językiem, co w sklepie nie stanowiło problemu, tym bardziej że pracował w nocy i nie miał kontaktu z klientami, ale na studiach to zupełnie co innego. W ramach doskonalenia języka przyjął dodatkowe zajęcie ankietera na ulicy. Zaczepiał ludzi, pytał ich o różne sprawy i często odbiegał od treści ankiety, jeśli rozmowa zmieniała się w towarzyską i przebiegała bez pośpiechu. W krótkim czasie zaszły w nim zmiany tak głębokie, że sam się ich nie spodziewał, nie mówiąc o Jonathanie zdumionym każdą rozmową telefoniczną. Nieśmiały i cichy brat mówił wyraźnie i głośno, śmiał się i opowiadał jakby codzienne zdarzenia były wyjątkowe i przytrafiały się tylko jemu. Nigdy się nie skarżył i wszystkie obowiązki traktował z jednakowym entuzjazmem. Jonathan nie znał radosnego Jeana i wpadał w euforię na myśl, że za chwilę go usłyszy. Nowa sytuacja dla obu była miłą niespodzianką, zmieniła się jakość i styl wzajemnych kontaktów. Obsypany nagrodami dyplom ułatwił mu kontynuację na studiach uniwersyteckich, co oznaczało kontakt ze środowiskiem, w którym znalazł intelektualne spełnienie. Dopiero wtedy porzucił pracę w sklepie, ale nie zajęcia dorywcze. Lubił ludzi i ich zwyczajne życie, był wolontariuszem wśród bezdomnych i opiekunem staruszków, dla biednych dzieci organizował radosne święta, a na dyżurach w telefonie zaufania ratował potencjalnych samobójców przed ostatnim krokiem z powodu desperacji. Zainteresowana pozyskiwaniem młodych talentów wielka gazeta wypatrzyła go na studiach i zatrudniła jako stażystę. Jego wyważone, obiektywne i życzliwe teksty posiadały siłę rażenia znacznie większą niż drapieżne i mocno nasycone agresją artykuły rodzimych dziennikarzy. W krótkim czasie otrzymał stałą pracę jako komentator polityczny. Ekipa prezydenta chętnie zapraszała go na ważne zgromadzenia, bo ostatecznie to jego głos wskazywał na poprawność polityczną, a on sam nigdy nie zawiódł zaufania czytelników. Jonathan ubolewał nad samotnymi sukcesami brata i ucieszył się, kiedy w wakacyjnej rodzinnej  wyprawie uczestniczył też czarny chłopak, elegancki choć wyluzowany i szalony. Od razu zyskał sympatię wszystkich, a szczególnie dzieci, które z radością wciągały go w swoje sprawy. Od niedawna był partnerem Jeana, jego miłością i współpracownikiem. Nie rozstawali się na dłużej jeśli nie musieli, prowadzili wspólne projekty, wspierali i pomagali sobie nawzajem. Jonathan po raz pierwszy pomyślał spokojnie o jego życiu. Miał teraz dwóch braci, czekał na tę chwilę i kiedy nastąpiła poczuł wielką ulgę. Traumatyczna przeszłość nie zdominowała ich przyszłości, złe rzeczy przekuwali w dobre i umieli ocenić każdą sytuację. Zawsze wiedzieli kiedy jest tak, że jeszcze nie trzeba płakać.

Cdn. 13 grudnia;