Bogaty kraj, w którym osiedlił się Jonathan, ofiarował mu american dream, ale niczego więcej, choć liczył że amerykański sposób życia dostaje się w pakiecie po przekroczeniu granicy. Wykształcony młody mężczyzna początkowo opierał się przed zajęciami, które mu proponowano, ale potrzeba jedzenia okazała się silniejsza i spuszczał z tonu wraz z każdym znalezionym na śmietniku posiłkiem. Marzenia oscylowały mu od zera w chwili głodu do milionera – jeśli jedzenie było obfite i coraz śmielej przeglądał ogłoszenia oferujące pracę. Żydowska rodzina zatrudniła go w kuchni i choć pojęcia o gotowaniu raczej nie miał, szybko zrozumiał co jest koszerne a co trefne, że nie można mieszać mięsa z mlekiem, a na szabat trzeba przygotować czulent. Zarówno w życiu jak i w kuchni był estetą, to choć uczył się od podstaw sprawiał doskonałe wrażenie i trudno było mieć do niego pretensje o cokolwiek. Zachowywał się bez zarzutu, był grzeczny, zdolny i szybko został bardziej przyjacielem rodziny niż opłacanym kucharzem. W okresie przesilenia zimowego, kiedy Żydzi obchodzą trwające 8 dni Chanuka, rozmarzył się i posmutniał, tęsknił za swoim Bożym Narodzeniem, choć trudno mu było wyobrazić sobie powrót pod kuratelę despotycznej matki.  Smutnego chłopaka pocieszała córka gospodarzy, zakochana w nim od chwili, kiedy bezradnie wpatrywał się w puste garnki, a ona przybiegła żeby ratować go przed utratą angażu i własną szansą na miłość. Była nieustępliwa, korzystała z jego towarzystwa w każdej możliwej chwili i kiedy uczucie obojga sięgnęło zenitu  poprosił rodziców o jej rękę. Wprawdzie nie był wymarzonym zięciem, ale jego postawa i autorytet zmuszały do zastanowienia, sprawa była poważna i dotyczyła własnej córki. Ślub odbył się przed synagogą, pod baldachimem i Jonathan pamięta tylko zawstydzenie, że tak niewiele rozumiał i tępo wpatrywał się w oblubienicę okrytą białym welonem. Nie towarzyszył mu nikt bliski, nie spodziewał się też brata z którym opuścił kraj. Choć obaj pracowali, nie stać ich było na żadne wydatki poza koniecznymi. Żona odmieniła życie Jonathana, a teściowie zapewnili dobrobyt w postaci restauracji, którą podarowali młodym w prezencie ślubnym. Fakultet z bankowości i zarządzania nie upoważniał go do ubiegania się o państwową posadę w obcym kraju, ale we własnej firmie był doskonałym menadżerem i szybko małą restaurację przekształcił w duże przedsiębiorstwo. W rodzinie wiodło się doskonale, cieszył się nowo narodzonymi dziećmi i całej piątce założył fundusze powiernicze. Sukcesy nie przewróciły mu w głowie, w głębi duszy pozostał skromnym przestraszonym chłopakiem z koszmarem dzieciństwa i wczesnej młodości, kiedy to Sophie wbijała braciom w gołe ciało własne frustracje. Młodszy o kilka lat Jean chował się za niego, tylko beniaminek Jeremy wiedział, że nic mu nie grozi i podśmiewał się z każdego lania zbierając na dowód połamane wieszaki. Matka nie miała zahamowań. Nienawidziła ich tak samo jak byłych mężów i wcale nie szukała kiedy wyjechali. Byli przezorni, nigdy nie zdradzili gdzie przebywają, żeby nie zniszczyła im tego, co własną pracą osiągnęli. Opowiedział o tym żonie dopiero po śmierci Sophie i nie zgodził się na zwiedzenie kraju i grobu matki, na którym chciała położyć kamyk i podziękować za Jonathana. Odmówił po raz pierwszy w ich wspólnym życiu. Nie czuł się z tym dobrze, ale nie umiał wytłumaczyć traumy, a ona – wychowana w kochającym domu – nie mogłaby zrozumieć. Jean był jego jedyną rodziną i to wystarczało, dopóki nie założył własnej. Kontakt z bratem zawsze wskazywał mu kierunek, dawali sobie poczucie bezpieczeństwa i pomimo że był starszy, u Jeana szukał pocieszenia. Kiedy opiekował się małym bratem, często razem płakali przytuleni albo trzymając się za ręce planowali daleką podróż kiedy dorosną. Żaden z nich nie przyjął  spadku i żaden nie odwiedził Jeremy’ego w więzieniu. Szczęśliwe życie w bogatym kraju goiło rany i każdego dnia uczyli się uśmiechać, choć właśnie to okazało się najtrudniejsze.

Cdn. 6 grudnia;

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wściekły deszcz rozbijał się o szyby zdezelowanego auta, którym Sophie wracała do swego mieszkania. Choć o tym nie wiedziała, od dawna zadomowił się w nim Jeremy, który wprawdzie złotousty, nie posiadał w kieszeni nawet miedziaków i zanim matka wróciła, zdążył sprzedać cały dobytek. Gdyby go nie zastała, podejrzewałaby włamanie choć nie było śladów co szczególnie zastanawiające, bo nie dawała synowi kluczy, a on wcale o nie nie prosił. Wspólnie zaczynali od nowa zachwyceni faktem, że jednak u Valerie jest znacznie gorzej i nawet jeśli jest pusto, to jeszcze nie wali się świat. Sporo pieniędzy zarobiła u siostry, trzymały ją tam wypłacane co miesiąc sumy i teraz posłużyły na odtworzenie pilnych mieszkaniowych potrzeb. Nie interesowało to syna, który spał do południa, a do północy włóczył się po różnych miejscach, delikatnie określanych jako podejrzane. Matce opowiadał jak ciężko pracuje i dołoży się do domowych wydatków choć wiadomo było, że nigdy to nie nastąpi. Praca do Jeremy’ego nie pasowała, a tym bardziej dzielenie się dochodami. Dopóki żyła Leontine sprawowanie opieki nad wnukiem traktowała jak obowiązek. Wywiązywała się, bo Sophie wiedziała jak się na starej matce wymusza. Teraz osobiście poznała bezwzględność przestępcy, który tolerował ją z powodu pieniędzy i ciągle jeszcze potrzebował czasu aby przejąć zdeponowany w banku majątek. Tego i innych przydatnych rzeczy uczył się w rejonach opuszczonych przez przyzwoitych ludzi. Ucieszyła się, kiedy przyprowadził do domu miłą dziewczynę, umalowaną odrobinę wulgarnie, ale delikatną i cichą. Zamieszkali w pokoju Jeremy’ego, wyposażonym wyłącznie w materac rzucony na podłogę w miejscu gdzie wcześniej stała wytworna sofa. Sophie nie spoufalała się z osobami, które oceniała nisko, ale dla syna zrobiła wyjątek i od pierwszej chwili dziewczyna mówiła do niej „mamusiu”. Ten sam błąd popełniała Leontine i teraz przestrzegała przed nim córkę. Kolejne panienki Jeremy’ego mówiły do niej „babciu” i zanim się spostrzegła utrzymywała każdą, także ich rodziny, które okazywały się skrajnie ubogie choć zaledwie się domyślała, że także patologiczne. W domu nie układało się dobrze. Była lekarka oczekiwała hołdów, a pobierała lekcje pokory. Wychodziła z nich pokonana i coraz natarczywiej domagała się wyprowadzki obojga. Urocza dziewczyna zaniepokojona zdecydowaną postawą  „teściowej” coraz częściej udawała się na konsultacje w miejsca znane tylko sobie i wracała podbudowana, choć tak samo cicha i miła jak zwykle. Czasem towarzyszył jej Jeremy, a potem długo słyszała gorączkowe szepty dalekie od miłosnych sygnałów, jednak niepokojące, choć może tak się tylko Sophie wydawało. Wzruszyła się, kiedy we własnym domu została zaproszona na urocze party z zielonymi drinkami. Pod papierowymi parasolkami pływały pachnące kawałki ananasa, atmosfera zmieniła się na przyjazną i pierwszy raz od rozstania z konkubentem poczuła się szczęśliwa. Patrzyła na dziewczynę – jaka jest subtelna i piękna, na przystojnego syna z kolorem włosów, który pamiętała u siebie przed siwieniem bez powodu. Miała nadzieję na wnuki, a wtedy zostawiłaby im to mieszkanie, ale tylko tak myślała i nie chciała uprzedzać faktów. Wzywając ambulans Jeremy nie przewidywał niekorzystnego dla siebie obrotu sprawy. Zdziwił się kiedy policja zabrała oboje, a potem nikt nie wpłacił kaucji, jak zwykle bywało z jego wpadkami. Obwiniał dziewczynę, a ona jego i trudno było dociec kto do drinka dodał naparstnicę. Żałowali i rozpaczali, urządzali pokazy aktorskie śledczym nawykłym do kłamstw, ale występy rzadko im się zdarzały. Zważywszy na przestępczą przeszłość obojga, dożywocie było karą sprawiedliwą i ostateczną. Po wielu dniach w miejskiej kostnicy ciało Sophie odebrała tłusta kuzynka Jeanine. Obie miały wszystko oprócz urody i zawsze trzymały się razem. Zagraniczni synowie nie przyjechali pożegnać matki, nie przybyło też rodzeństwo. Odwrócił się kościół, nie przyzwyczajony do pełnienia posług za darmo, a kuzynka nie przywykła płacić za kogoś, nawet jeśli wysyłała w ostatnią drogę.

 

Cdn. 29 listopada;

 

 

 

Jako dziewczynka robiła swoim lalkom wymyślne fryzury i dodawała makijaż, po czym zastanawiała się do jakiego ubranka by pasowały. Swoje krótkie włoski dekorowała spineczkami i koralikami, wydawało się że zaledwie ich dotknęła i już wyglądała inaczej z przypiętą byle jak ozdobą. Matka związywała jej malutki pędzelek na środku głowy, ale Georgine ponownie czesała się według własnej estetyki, wynikającej z wrodzonego poczucia piękna. Chciała zostać fryzjerką, ale kiedy dorosła zastąpiły je stylistyki fryzur i tak nazwany zawód bardziej do niej pasował. Klientki nie były zaledwie głowami do strzyżenia tylko wymagającą kompleksowej obsługi całością. Przyjmowały to z dobrodziejstwem i szybko rozeszła się sława utalentowanej stylistki, która zwykłe kobiety zmieniała w niezwykłe. Jednocześnie z metamorfozą przechodziło się u niej psychoterapię – umiała słuchać, nie narzucała swojego zdania i nigdy nikogo nie uraziła. Wspierała każdego, kto poskarżył się na biedę i nie przyznawała się jak bardzo ranią ją małe oszustwa, których dopuszczają się potrzebujący, korzystając z jej naiwności. Nie mogła się jednak powstrzymać podczas zakupów, robiła je hurtowo z myślą o znanych sobie ludziach, wiedziała czego komu brakuje albo po prostu się przyda. Tworzyła własny obraz świata pozbawiony ciemnych barw, ale nie chciała w nim funkcjonować samotnie. Nie była typem singielki i szybko założyła własną rodzinę – z mężem i dwoma chłopczykami uroczymi jak ich rodzice. Przy nich sama się czuła jak dziecko, wkładała do ust pięć mordoklejek, a wtedy zwykle dzwonił telefon albo ktoś do drzwi. Sklejona po uszy miała niezły ubaw i trudno było cukierkami wytłumaczyć chwilową niedyspozycję. Czasem zapominała otworzyć usta kiedy chciała się napić i ku radości dzieci oblewała się tak samo jak one. Każde spotkanie z córką ujmowało Valerie lat i dodawało siły, ale wiedziała jak bardzo jest zajęta i nie narzucała się z byle powodu. Jednakże Georgine dysponowała dodatkowym zmysłem, wyczuwała kiedy i gdzie jest potrzebna i ku powszechnemu zdziwieniu zawsze się pojawiała. Wiedziała też co mówi do niej Leontine, która na ziemi posługiwała się gwarą, dopóki razem ze swoimi dziećmi nie nauczyła się ich szkolnego języka. Patrzyła na wnuczkę z dwoma chłopczykami, myślała z dumą że ma „piękne synki” i sama jest piękna z całym tym idealnym światem. Georgine dziękowała babci, nikt tak jak ona nie umiał być wdzięczny za wszystko co ją spotyka i uszczęśliwia. Przyciągała do siebie dobre myśli, słowa i ludzi. Kiedy spostrzegła dziewczynki przyglądające się jej pracy przez okno, natychmiast zaprosiła na babskie rozmówki. Okazało się, że przydałyby się w mieście warsztaty uczące stylizacji i szybko je zorganizowała. Najwdzięczniejszą i najbardziej chłonną grupę stanowiły uczennice gimnazjum, które tworzyły własną modę na tyle dobrą, że sama się od nich uczyła. Wspólnie przygotowywały pokazy z płatnym wstępem i każdy grosz przeznaczały na pomoc ubogim dzieciom. Georgine była skarbem choć o tym nie wiedziała i żyła zwyczajnie tworząc harmonię pomiędzy ludźmi. Trochę świrowała na punkcie dzieci, ale jej mądry mąż widział w nich małych mężczyzn i wychowywał zgodnie z własnymi normami. Głęboka i absolutna empatia okazała się jednak niszczącym czynnikiem w jej zrównoważonym życiu. Po wizytach u matki czuła się zagubiona i nieszczęśliwa. Valerie wprawdzie oszczędzała jej wrażliwą naturę i nie mówiła wszystkiego, ale rodzeństwo nie było już tak powściągliwe. Także ojciec – przywołując ją ze swego pokoju – zapewniał, że woli śmierć od takiego życia i  wcale nie myślał jak bardzo ją rani. Zaczęła się bać każdego telefonu, zanim odebrała potrzebowała chwili na złapanie oddechu, ale nie zmieniła losu, który jest dokładnie jaki chce. Przetrwać pomogły jej głównie własne dzieci i bezmierna otaczająca życzliwość. Starała się chronić matkę, która jako przedwczesna wdowa zamieniała się w bezwolną staruszkę, ale na rodzeństwo nie miała już siły. Stanowczo i ostatecznie, choć z ogromnym bólem, usunęła ich ze swego życia. Od tej chwili sami musieli radzić z chorobami i niezliczoną ilością dodatkowych przypadłości, które w rodzinnym domu pielęgnowali, bo było im tak wygodnie.

Cdn. 22 listopada;

 

Utalentowana antropolożka Geraldine, zafascynowana ewolucją człowieka, wybrała do badań osobniczy rozwój w zależności od czynników genetycznych i środowiskowych. Zamieszkała w tym celu na wschodzie kraju, w miejscowości, gdzie ślady obecności ludzkiej pochodzą sprzed pięciu tysięcy lat. Lubiła czuć stopień pokrewieństwa genetycznego pomiędzy człowiekiem dzisiejszym i jego prehistorycznym przodkiem. Szybko okazało się, że wybrała najlepiej jak mogła, bo te pięć tysięcy lat bardziej miejscowych w ewolucji cofnęły niż rozwinęły. Wieś położona na polanie w środku lasu miała drogę tylko w jedną stronę, do pobliskiego miasteczka, a to za mało żeby dotarła nią cywilizacja. Jeżeli już przybywał tu ktoś ze świata, z rezygnacją przyjmował środowiskowy kodeks daleki od pojmowania przez współczesnego człowieka. Geraldine ze zdumieniem stwierdzała podobieństwo rysów twarzy mieszkańców i szybko okazało się, że to spowinowacony klan, ortodoksyjny i bezwzględny wobec obcych. Od początku czuła się podglądana i oceniana, ale zdawała sobie sprawę, że w tysiącosobowej społeczności stanowi ogniwo i nie ma żadnej szansy aby to zmienić. Dla naukowca antropologa czas nie jest pojęciem względnym, zachodzą w nim nieuniknione procesy, a w jej małym życiu – jeśli nie leczy to kaleczy, o czym przekonywała się każdego dnia. Leczyły ją częste wizyty u matki, była gadułą i zrzucała na nią wszystkie swoje smutki, choć tych Valerie i tak miała stanowczo za wiele. Odnowiona, powracała do swoich zajęć z entuzjazmem, który się jednak sukcesywnie wypalał. W miejscowe święta zapraszały ją do siebie rodziny z kawalerami w jej wieku, choć jako przekroczona trzydziestka była już trochę stara. Z radością, choć dyskretnie uświadamiano ją, jakiego zaszczytu dostąpi wiążąc się z miejscowym. Zanim podjęła decyzję, zorganizowała konferencję naukową na temat wpływu czynników genetycznych i środowiskowych na przedwczesną umieralność. Szokowała ją ilość osób chorych na nowotwory w tak czystym ekologicznie miejscu i była ciekawa zdania autorytetów w tym względzie. Szukała też powodów alkoholizmu u osób w każdym wieku, którzy zdawali się przyspawani do miejsca urodzenia i aż do śmierci go nie opuszczali. Zważając na mocno ograniczony światopogląd miejscowych, nie powinna była się dziwić, kiedy przed wejściem do jej mieszkania urządzono ubikację, rozsypywano śmieci albo na schodach rozlewano olejną farbę. Otrzymywała sygnały, że nie jest już pożądana, nikt jej  nie chce i nie zrobi kariery nawet przez małżeństwo. Za długo się zastanawiała, a od myślenia są tu ważniejsi od niej. Przestraszona Geraldine miała do wykonania liczne zadania, które po konferencji zyskały nowe znaczenie. Postanowiła znaleźć sojuszniczki wśród kobiet, ale znów się zawiodła. Młode traktowały ją jak rywalkę, a stare nie miały w rodzinach prawa głosu. Najgorsze jednak były kobiety w średnim wieku, akurat w okresie wzmożonej agresji po ciężkiej młodości zgotowanej przez obecne staruszki – teściowe i mężów pijaków. Pod wieczór zasiadały zwykle na werandach swoich drewnianych domów, aby bez zbędnej życzliwości omówić bieżące sprawy sąsiadów i obcych. Ich obecność – nie wiadomo dlaczego – drażniła je i przeszkadzała. Zlatywały się tu jak śmieci, które należało posprzątać. Babcia Leontine namawiała wnuczkę do pośpiesznego opuszczenia tego miejsca, ale zaprogramowana na pogłębianie wiedzy nie słuchała intuicji, nawet jeśli były to podpowiedzi z zaświatów. Badania naukowe przypłaciła ciężką depresją. Opanował ją smutek i bez powodu płakała, funkcjonowała nieporadnie, jakby w zwolnionym tempie i w końcu bardziej niż na pracy koncentrowała się na własnym cierpieniu. Choroba przychodziła po trochu i nie dawała szansy na szybką orientację, ale kiedy odwiedziła ją młodsza siostra Georgine, nie miała wątpliwości – Geraldine potrzebowała pomocy. Bez chwili wahania Valerie zaopiekowała się córką, choć po latach zmagań z przeciwnościami, jej także przydawało się wsparcie. Zapewniała je radosna Georgine, obecna we wszystkich sytuacjach życiowych, które zważywszy na wiek były dla jej matki coraz trudniejsze.

Cdn. 15 listopada;

 

 

Syn Valerie z wyglądu i charakteru był duplikatem matki, choć przydawały mu się umiarkowanie rozwiązłe cechy po ojcu. Nie wszystkie wnuki Leontine były cwane, ale te płci męskiej miały ciemną skazę po dziadkach i rodzicach, która ułatwiała im życie, ale też przysparzała wrogów. Xavier mówił szybko i niewyraźnie, zwykle tylko on sam rozumiał o co mu chodzi i to wystarczyło, żeby własnymi sprawami zajmować się zgodnie z przemyślanymi w szczegółach kalkulacjami. Nie było żadnych szans, aby cokolwiek otrzymać od niego za darmo. Przekonywały się o tym siostry, które z premedytacją wystawiały go czasem na próbę i nigdy się nie zawiodły, był pokrętny i chciwy. Matka miała do niego słabość tym większą im więcej od niej wymagał, a potrzebował wszystkiego i to się nigdy nie zmieniało. Nie wiadomo, czy orientowała się jak bardzo podlega manipulacji, ale widząc swój  obraz cieszyła się, że syn jest tak samo doskonały jak ona. Pomimo starannego wykształcenia Xavier długo szukał swego miejsca w życiu, dopiero handel dopalaczami zapewnił mu zarobek na poziomie, jaki uważał za odpowiedni dla mężczyzny. Paradoksalnie pomagała mu wada wymowy, bo nie wiadomo było czy zachęca czy też wyjawia prawdę młodocianym klientom i wszystko mógł weprzeć organom ścigania nasyłanym przez zrozpaczonych rodziców. Prawo pozwalało mu sprzedawać truciznę, byle jej nazwa i skład nie sugerowały niebezpieczeństwa. Korzystał z tego z taką gorliwością, że stworzona przez niego sieć sklepów nazwanych z obca „Xavier’s network” oplatała cały kraj, a on sam udzielał wywiadów mediom powołując się na autorytety neurologiczne zaświadczające o bezpieczeństwie jego psychoaktywnych substancji. Aresztowano go dopiero po licznych śmiertelnych zejściach młodych ludzi, którzy nie zważając na niebezpieczeństwo, wydawali w jego sklepach pieniądze rodziców albo pochodzące z kradzieży. Matka nie pozwoliła mu długo przebywać za kratkami, zapłaciła wysoką kaucję i zatrudniła adwokatów, by strzegli jej syna przed nieuchronną karą. Xavier, który nigdy się nie poddawał, uruchomił pośpiesznie sprzedaż internetową, rezygnowanie z łatwego zysku nie leżało w jego naturze. W dodatku podniecało go samo słowo „dopalacze”, torebki nosił w każdej kieszeni i zawsze był gotowy do uszczęśliwiania frustratów. Kiedy zachorował ojciec, postanowił ewakuować się jak najdalej od rodziny. Nie mógł znieść myśli, że matka działająca na rzecz pozyskania serca do przeszczepu, mogłaby go poprosić o pomoc i jakimś sposobem, bez legalnego paszportu, znalazł się w południowo – wschodniej Azji, w kraju pełnym turystów i niespodzianek. Wtopienie w społeczność okazało się łatwiejsze niż myślał. Bliski kontakt z piękną kobietą po raz pierwszy uśpił w nim chciwość, a kiedy poprosiła o przekazanie komuś małej paczuszki ucieszył się, że  może pomóc. Nie wiedział, że ma do czynienia z państwową funkcjonariuszką antynarkotykową, która za każdego wykrytego przestępcę otrzymuje oddzielne wynagrodzenie, niezależnie czy on sam ma świadomość czynu. Zapłacił za to wysoką cenę, szybko został zatrzymany jako diler i osądzony, a jedyną w tym kraju karą za handel narkotykami jest śmierć. Na szczęście nie wykonuje się wyroku od razu i to była jedyna choć   wątła szansa dla Valerie. Kosztowne zakulisowe działania spowodowały uwolnienie, ale wrócił do domu jako wrak i kupa nieszczęścia. Od nowa zdany był na matkę, niczego już nie posiadał i nie było nadziei, że  kiedykolwiek zacznie zarabiać. W więzieniu porozumiewał się na migi, nawet jeśli nauczył się języka i tak nikt go nie rozumiał. Poznał agresję współwięźniów szczególnie dotkliwie, miał odbite nerki, stracił węch i słuch. Dla Sophie, opiekującej się mężem Valerie po transplantacji, który wprawdzie żył, ale nie odzyskiwał kondycji fizycznej, doszedł dodatkowy obowiązek doglądania siostrzeńca. Nie była w stanie tego wytrzymać i z ulgą opuściła dom z ogrodem, w którym z emerytowanej lekarki przemieniła się w opiekunkę niepełnosprawnych egoistów.

Cdn. 8 listopada;