Claire sprawiała wrażenie, że jest w bezustannym transie, zwłaszcza po nabożeństwie w kościele, który sama dla siebie wybrała. Już jako dziecko wymykała się z domu i zaczepiała ludzi żeby z nią rozmawiali. Potem usłyszała muzykę i śmiało podążyła śladem dźwięków, które wdarły się w nią i osaczyły, aż je znalazła, a wtedy całkiem ją pochłonęły. Dowiedziała się, że trafiła do kościoła Żywego Boga, który choć chrześcijański, nie ma z religią nic wspólnego i nie tłamsi swoich wyznawców dogmatami. Jeszcze nie rozumiała co to dogmaty, ale muzyka wykonywana przez zespół złożony z członków kościoła, instrumenty i zgranie potrzebne były jej duszy i dzięki tej muzyce nie poszła się utopić, choć planowała, kiedy skończy się zima i lody z powrotem zamienią się w wodę. W domu czuła się niepotrzebna i nieważna dla sióstr. Podśmiewały się z zagubienia, wymyślały irytujące określenia na jej stany duchowe, aż jedno się utrwaliło i zamiast Claire mówiły do niej „marichuanka”. Bardzo potrzebowała organizacji w rodzinie, chciała do kogoś należeć i choć czasem poczuć zainteresowanie i opiekę, ale rodzice uważali inaczej. Nie było zakazów, pouczania, ale też niesienia córkom szybkiej pomocy. Siostry mogły wszystko i że nie traciły od tego orientacji zawdzięczają wzajemnej kontroli, dalekiej od życzliwości. Bezwzględne niezrozumienie i kpiny ściągnęła na siebie powtarzając w domu słowa pastora, który nakazywał nie przyzwyczajać się do obecnego życia i świata, konsekwentnie utrwalając formułkę –„Pamiętaj, nie jesteś u siebie”. A one myślały, że są u siebie, w swoim pokoju i to im wystarczało za całe życie, bo innego nie będzie. Kościół pokazał Claire nowe wartości. Usłyszała modlitwę tak żarliwą, że od jej potęgi zagęszcza się pomieszczenie. Poczuła się wreszcie potrzebna, ważna dla samej siebie i innych. Zarządca, a jednocześnie zastępca pastora witał się z każdym w drzwiach kościoła, a po nabożeństwie dziękował, odsyłał do sali, gdzie można było wybrać ubranie lub produkty żywnościowe przyniesione przez osoby, które mają za dużo. Pytał o inne potrzeby, także dotyczące bliskich i proponował wsparcie. Lekarze – członkowie kościoła – zapewniali pomoc medyczną, a leki pokrywał fundusz kościelny. Żeby mieć choć niewielki udział w dobroczynności,  przynosiła co miesiąc dziesięcinę, którą było kieszonkowe otrzymywane od ojca. Dbanie o innych było tak fascynujące, że coraz bardziej angażowało Claire, ale jeszcze bardziej pochłonęło ją Boże Słowo, które było dla niej nowym rodzajem muzyki. Instrumenty rozniecały ogień w mózgu i topiły ciało, a muzyka słów rozrywała serce i żadna moc nie była w stanie go poskładać. Dla tej muzyki gotowa była pokonać każdą drogę i już jako dorosła posłanka swojego Boga nigdy nie odmawiała głoszenia Słowa, nawet w najdalszej – ciepłej czy zimnej – części świata. Mieszkała w kolorowych domach na Grenlandii, afrykańskich chatach smarowanych na jej cześć krowim łajnem, nad wodami i na pustyni. Nigdy nie narzekała na warunki, wszystkim się cieszyła i za wszystko dziękowała. Czasem opowiadała o babci, która odnalazła swój stały dom, ale nie chciała słuchać co ma jej do powiedzenia z tamtej strony. A Leontine próbowała poskromić wyobraźnię wnuczki. Nie należało oczekiwać, że Bóg w sandałach zejdzie do swoich wyznawców albo pochwali za przyjęcie chrztu i gorliwość. Nie wymaga od nas żadnych ofiar i przyjmie każdego do swego świata, który jest w gruncie rzeczy naszym światem i po ziemskiej przygodzie każdy wróci do siebie. Nauka głoszona przez Claire musiała czasem być przetworzona dla łatwiejszego zrozumienia przez ludzi, nie gotowych do jej przyjęcia. Jednoznaczne w biblii Słowo Boże należało – jej zdaniem – dopasować do środowiska, ale Leontine nie rozumiała tego w miejscu, gdzie wszystko jest oczywiste i proste. Zgadzała się jednak, że wolna wola człowieka pozwala mu na własną interpretację życia i każdy sam musi zrozumieć jak bardzo je komplikuje.

Cdn. 1 listopada;

 

Główka Emilie zawsze pracowała bez zarzutu. Od małego naginała życie do swoich potrzeb,  wiedziała co robić żeby skorzystać. Na zdjęciach z dzieciństwa tak samo jak teraz, kiedy jest dojrzałą osobą,  patrzy spode łba i mruży oczy. Nieprawdopodobne, jak stan umysłu może odbijać się na wyglądzie człowieka i utrwalać go w miarę upływu czasu. Siostry zaledwie ją tolerowały, nigdzie nie pozwalały ze sobą chodzić, a zwłaszcza do koleżanek. Emilie uprawiała żebraninę wszelkich resztek, szperała w kosmetykach i ciuchach, pasowało na nią wszystko cokolwiek zamierzały wyrzucić. Rodzice dziwili się skąd im się wzięło takie dziecko, ale Genevieve przypomniała, jak wszystko chowała przed rodzeństwem i nie miała zwyczaju się dzielić, za to chętnie brała od każdego, nawet jeśli nie potrzebowała. Gdyby nie babcia Leontine nie wyszłaby na jaw cecha, którą ukrywała, ale wcale się jej nie wstydziła. Emilie urodziła się z programem na posiadanie i konsekwentnie go realizowała. Szybko zauważyła, że łatwo i bez żadnych szkół można dorobić się na handlu, byle liczenie nie szwankowało w dół, ale w górę jak najbardziej może. Z pomocą przyszła transformacja ustrojowa. Miała wiele straganów i sprzedawała wszystko, cokolwiek udało jej się nabyć w upadających hurtowniach państwowych. Zorganizowała brygady szwaczek, które szyły na jej zamówienie z lichych tkanin, inne osoby robiły na drutach swetry, czapki i skarpety. Towar dostosowywała do pór roku i kiedy klienci przyzwyczaili się już do regularnych  dostaw, nagle postanowiła zmienić branżę. Czuła się zmęczona i dawał się jej we znaki chroniczny brak czasu. Od tej pory handlowała tylko zagranicznymi autami. Osobiście uczestniczyła w transakcjach, pośrednikom nie dowierzała i zgodnie z moralnym kompasem po ojcu, nie wdawała się w przepychanki z prawem. Po śmierci męża Mirelle po raz pierwszy pomyślała o bezinteresownym udzieleniu pomocy. Wprawdzie nie oczekiwała nagłego rozkwitu uczuć, ale chciała poczuć jedność z rodziną. Siostry zwykle trzymały ze sobą, choć bały się pazerności Emilie i na wszelki wypadek nie dopuszczały jej do swoich tajemnic. Żadna z nich nie miała zbyt wiele czasu, jednak czuwały przy Mirelle jak niańki. Zgodnie z harmonogramem zgłaszały się na swoje kilkudniowe pobyty i ucieszyły się, kiedy zechciała do nich dołączyć. Nie zauważyła ani obcości ani niechęci, wręcz wdzięczność, że znowu są razem. Wydawało się, że Emilie wpasuje się do rodzinnego obrazka, ale prawdziwa natura nie zasypia i spojrzenia spode łba stawały się coraz częstsze, a dzieci bały się zmrużonych oczu ciotki. Konsekwentnie, zgodnie z własną polityką,  buntowała je przeciwko sobie, co dla jednojajowych bliźniąt  było szczególnie niezrozumiałe. Stanowili całość i nie umieli się odnaleźć w nowej sytuacji. Cierpiąca Mirelle po prostu zapytała dzieci o co chodzi, a odpowiedź nie tyle ją zaskoczyła, co od nowa złamała. Okazało się, że reaktywacja nie wyszła siostrom na dobre, a ona nie potrzebowała dodatkowego cierpienia. Spakowała rzeczy Emilie, a potem poprosiła o opuszczenie domu, co wcale nie było dziwne, bo gdziekolwiek ją zaproszono, szybko pędzono jak zarazę. Ludzie bali się jej przebiegłości i ingerowania w ich prywatne życie, które Emilie traktowała jak własne. Nie znała się na niczym poza handlem i horyzontów nie posiadała żadnych, co ewidentnie odbijało się na rozumieniu świata. Sprzedawanie samochodów też się jej w końcu znudziło, wchodziły nowe marki i trzeba było choć trochę się orientować. Z ulgą zwinęła interes i zaczęła pożyczać ludziom pieniądze na procent. Zatracił się kompas po ojcu i bez skrupułów rozbudowała własny system windykacji, bo pożyczała żeby zyskiwać a nie tracić. Nie wydawała pieniędzy na siebie, aby nie drażnić ludzi bogactwem i kiedy płonął jej marny dom nie warto go było żałować. Tylko że wewnątrz była Emilie. Siostry zorganizowały pogrzeb i poprosiły o nabożeństwa we wszystkich kościołach w mieście. Matka znalazła wymówkę, żeby się nie pojawić i nie nadwerężyć swojej wątłej psychiki. Nie było nikogo, kto z własnej szczerej potrzeby zapaliłby świeczkę, kto powiedziałby kilka życzliwych słów i nikogo kto chciałby o Emilie pamiętać.

Cdn. 25 października

Najmłodsza siostra Chloe, czarująca drobniutka Mirelle, miała podobne odniesienie do zwierząt. Uważała, że lepiej być weterynarzem niż lekarzem. Rozumiała zwierzęta, ale często nie wiedziała co począć ze sprawami ludzi. Była otwarta i ciągle coś do niej docierało, choć ogólnie obce jej były ludzkie problemy. Jako mała dziewczynka poszukiwała chorych zwierząt w różnych, także niebezpiecznych miejscach. Przynosiła opuszczone koty i psy, po swojemu leczyła, a potem szukała dla nich szczęśliwych miejsc. Siostry nazywały ją „znachorka” i tak zostało choć była wykształconym lekarzem weterynarii. Wprawdzie nie mogły sobie wyobrazić jak leczy zwierzęta kilka razy od niej większe, ale nie miało to znaczenia dla Mirelle, liczyło się wyłącznie zdrowie pacjentów. W siostrzanych rozmowach o wielkiej miłości zwykle pozostawała nieobecna. Nie miała marzeń związanych z chłopakami, byli infantylni i zazwyczaj udawali kogoś innego, jednakże  wszystko odwołała na studiach, kiedy spotkała Mathieu. Z jasnymi lokami i przyklejonym uśmiechem wyglądał na  dziecko szczęścia, ale zdradzały go oczy i uważna Mirelle nigdy by tego nie przegapiła. Zajęła się nim jak w dzieciństwie chorym zwierzątkiem, potem nauczyła się go rozumieć, a w końcu także kochać. Dla niego była mateczką, ale kiedy przyszły na świat ich jasnowłose bliźnięta, którym poświęcała więcej czasu niż mężowi, zgodził się że matką jest wyłącznie dla nich, a on ma jej pomagać. Oboje umieli panować nad stabilizacją w rodzinie, może także dlatego, że zwykle mijali się pędząc na dyżury do swoich zwierząt i darowany wspólny czas celebrowali jak wielkie święto. Zdarzyła się jednak powtórka z jej rodzinnego domu, Mathieu niespodziewanie umarł we śnie i życie od razu stało się straszne. Mirelle próbowała ściągnąć do siebie matkę, ale ta akurat zaangażowana w romans nie chciała o tym słyszeć, bała się też rozpaczy córki, bo przypominała jej własną z przeszłości. Siostry przybite taką postawą, po kolei spełniały się jako powiernice i opiekunki do tego ważnego momentu, kiedy dostrzegła tak samo zrozpaczone i zagubione dzieci. Gdyby była sama zostałaby Lekarzem bez Granic dla zwierząt, ale miała synów i granice precyzyjnie zakreślone. Choć żałoba nie wypalała się łatwo, swoje robił czas, mogła już spojrzeć na życie z perspektywy matki i aktywnej zawodowo młodej osoby. Odczuwała potrzebę odcięcia się od miejsca, w którym była szczęśliwa i jak myślała – nigdy już nie będzie. Podobnie jak wcześniej Chloe, wyjechała z dziećmi do nadmorskiej stadniny, gdzie pilnie potrzebowały jej pomocy konie właścicieli wynajmowanych boksów. Siostra odwiedzała ją w zimie, przemierzała kraj żeby osobiście przekonać się czy potrzebna jest pomoc. Genevieve, porzucona przez kochanka, poczuła nagłą potrzebę nawiązania kontaktu z wdową Mirelle, miały szansę się porozumieć, ale tym razem córka odmówiła wszelkich spotkań. Nie czuła więzi, których matka z premedytacją nie stworzyła w dzieciństwie i nie potrzebowała jej. Jako osoba zapobiegliwa i twórcza dawała dzieciom poczucie bezpieczeństwa, jej wewnętrzny spokój przekładał się też na środowisko, w którym przebywała. Poza stadniną stworzyła klinikę weterynaryjną, w której leczenie zapewniono każdemu choremu zwierzęciu. Zatrudnieni lekarze wspierali swoją szefową i wspólnie zdobyli markę znanych na Pomorzu specjalistów. Największym wyzwaniem były skomplikowane przypadki często wymagające długotrwałej terapii. Bardzo pomocne okazały się dzieci Mirelle, które z własnej woli pełniły dyżury, często też przynosiły małe zwierzęta do domu i ratowały im życie. Matka widziała w nich siebie, rozumiała i wspierała, nawet kiedy okazało się, że potajemnie prowadzą schronisko i od obcych ludzi zbierają pieniądze na karmę.

Cdn. 18 października;

Córki Genevieve, bardzo ze sobą zżyte, bezwzględne były wobec swojej tolerancyjnej matki i odsunęły się jak najdalej od rodzinnego domu. Same rozwiązywały wszystkie problemy i na żadnego z rodziców nie mogły liczyć nawet w kryzysowych sytuacjach, które młodym ludziom zdarzają się nadzwyczaj często. Najstarsza Chloe czuła się za nie odpowiedzialna, ale chętnie się tej odpowiedzialności wyzbyła jako żona przedsiębiorcy, do którego siostry podpięły się odnosząc wymierne korzyści. Zastosowała im terapię szokową ograniczając dostęp do swego domu, musiała być radykalna chroniąc własne dorosłe życie. Mąż  nie rozumiał młodej dziewczyny, ale jej potrzeby owszem. Zapewniał wszystko o czym nawet nie zdążyła jeszcze zamarzyć, a wymagał żeby się rozwijała i powoli stawała damą. Nie buntowała się, imponowały jej damy spotykane w otoczeniu męża choć onieśmielały i chowała się przed spotkaniami jak dzikie zwierzątko. Po matce odziedziczyła miłość do ogrodów i jako kompletna amatorka podjęła się zagospodarowania terenów wokół stylowego domu małżonka. Braki w edukacji zaczęły być jednak uciążliwe i rozpoczęła studia, po których jako architekt krajobrazu stała się wspólniczką w mężowskich interesach. Przez kilka lat małżeństwo było szczęśliwe i zgodne, ale kiedy mąż coraz bardziej natarczywie domagał się dziecka, atmosfera stała się chłodna, wręcz wroga. Chloe, przez wiele lat opiekując się siostrami znienawidziła to i obce jej były uczucia macierzyńskie. Miłość do mężczyzny nie była aż tak silna, aby urodzić mu dziecko wbrew sobie i postanowiła odejść. Choć początkowo ją zatrzymywał, nie był w tym konsekwentny i kiedy pewnego popołudnia zadzwonił z podróży, nikt mu nie odpowiedział i nie ucieszył się na dźwięk jego głosu. Żona nie zabrała ani jednej rzeczy, które jej kupił, jedynie kilka osobistych drobiazgów i dwie ukochane książki z dzieciństwa, z którymi opuszczała także dom rodziców. Lubiła myśleć, że Szwedka Astrid Lindgren napisała je właśnie dla niej. Były to opowieści o Pippi Langstrumpf i dzieciach z Bullerbyn. Bardzo dokładnie przemyślała swoje dalsze kroki, wyjechała w Bieszczady, gdzie w malowniczym gospodarstwie agroturystycznym wynajęła mały pokoik. Zatrudniła się w przedsiębiorstwie, które kompleksowo zagospodarowywało tereny wokół nowo powstających rezydencji, a po kilku latach założyła własną firmę i zgodnie z wyuczonym zawodem tworzyła malownicze, głęboko przemyślane krajobrazy z roślin. Nie spodziewała się, że staną się inspiracją dla wrażliwych twórczych umysłów i przyciągną na plenery artystów z całego świata. Chociaż była sama, nigdy nie czuła się samotna, a co dziwne nie posiadała tęsknot związanych z rodzinnymi świętami, jakie kraj dwa razy w roku celebrował. Wtedy też była sama i nigdy nie korzystała z zaproszeń do zaprzyjaźnionych domów. Dzień nostalgii zdarzył się jej w czterdzieste urodziny. Myślała głównie o babci Leontine, która choć oschła i nieprzystępna, miała dla niej więcej zainteresowania niż własna matka. Teraz znów chciała mieć wspólne miejsce z babcią, gdzie mogłyby sobie razem posiedzieć. Pomyślała, że posadzi dwa krzaki niebieskich angielskich róż i nie określi do której oddzielnie należą. Z czasem utworzą całość jako babcia i wnuczka w absolutnej symbiozie. Dla niej uroda świata była ponadwymiarowa i nie wyobrażała sobie, że gdziekolwiek w przestrzeni może być jeszcze piękniej. Kwitnące rośliny przyprawiały o zawrót głowy, a różnorodność i ilość gatunków wydawała się niepojęta. Gromadzona przez lata wiedza musiała znaleźć ujście i wszystko czego sama się nauczyła postanowiła przekazać innym. Rozpoczęła współpracę z fachowymi pismami, gdzie zamieszczała artykuły i zdjęcia. Wyspecjalizowała się w pokazywaniu cyklu powstawania roślin od nasion do dekoracji w ogrodach i na stołach, a także ochronę ich w każdej fazie rozwoju. Była szczególnie wyczulona na choroby, które precyzyjnie trafiały w określone gatunki i całkowicie je wyniszczały. Wśród ogrodników panowało przekonanie, że im bardziej rozumie się rośliny, tym mniej rozumie się ludzi i akurat z tym Chloe całkowicie się zgadzała.

Cdn. 11 października;