Od 14 czerwca do 9 sierpnia pisałam o Leontine i jej dzieciach. Pomyślałam, że za życzliwe czytanie mojego bloga należy się Państwu opowieść o Leontine i jej wnukach. Na pewno zauważyliście, że wpisy zamieszczam w każdą niedzielę i wierzę, że nic mi w tym nie przeszkodzi. Życzę dobrych i szczęśliwych chwil z moimi tekstami.

Zapatrzona w swój nowy byt Leontine oddaliła się od ziemskiej rodziny. Nikt za nią nie tęsknił, nie niepokoił myślami, nie ściągał rozpaczą. Jej starość mocno utrudniała dzieciom spokojne ustabilizowane życie, widziała ich niecierpliwość i skrywaną niechęć do wszelkich czynności opiekuńczych, a tym bardziej pielęgnacyjnych. Emocjonalne rozstanie nastąpiło wiele lat wcześniej niż fizyczne, dzieci przygotowywały się już do własnej starości i w żadnym razie nie chciały być takie jak matka. Pokoleniowa zmiana myślenia nie pozwalała im na odzieranie młodych z godności i zmuszanie do usługiwania staruszkom. Były od tego wyspecjalizowane instytucje i należało przypuszczać, że znajdą dla siebie zgodne z potrzebami miejsce. Na ziemi rządzą surowe reguły , a Leontine z trudem się do nich stosowała. Zawsze była najmądrzejsza, dopasowywała świat do siebie i rzadko liczyła się z potrzebami innych, zwłaszcza obcych. Nie miała dobrego życia i choćby dlatego powinna się już oczyścić z ziemskiej pamięci, ale nie chciała. Ingerencja jej ducha w wychowanie starych dzieci była mniej spektakularna niż się spodziewała, nie mogła nakrzyczeć ani uderzyć, choć nawyki z przeszłości często były szybsze niż wszechogarniająca miłość w świetle. Ale struny nie da się przeciągać, zawsze jest ten ważny dla stabilności moment, kiedy trzeba się zdeklarować. Nie załatwioną dotąd sprawą pozostał stosunek do wnuków. Właściwie to żadnego nie znała, spotykała okazjonalnie i nie oczekiwała kontaktów. W dzieciństwie odwiedzały babcię ze swoimi rodzicami. Despotyczna Leontine narzucała swoją wolę, do czego nie były przyzwyczajone, przy niej nie miały nic do powiedzenia, były głupie bo małe. Nie posiadała podejścia, które mogłoby je do spotkań zachęcać, ale kiedy podrosły zaczęły widywać się z babcią częściej niż ona sama by tego chciała. Z wolna dojrzewała w niej myśl odwiedzenia wszystkich po kolei, choć ciągle jeszcze miała wątpliwości. Miłość ze światła nie docierała na ziemię, a zmiany które w niej samej zaszły nie znajdowały logiki w postępowaniu ludzi. Bała się, że ich nie zrozumie. Ale skoro nigdy nie rozumiała, to co mogłoby się zmienić. Obawiała się też konfrontacji z ziemską powłoką, która za życia była dla niej odpowiednia, ale teraz nie. Pomyślała, że to pragnienie ją przerasta i już miała zrezygnować, kiedy skupiona nad nową książką Josephine poprosiła matkę o pomoc. Potrzebowała wsparcia w stworzeniu bohaterów, do których chciałaby się przywiązać, ale nie miała na nich pomysłu. Odpowiedź nadeszła natychmiast i zawładnęły nią dzieci rodzeństwa i własne. Od Leontine dostawała przekaz, który  pośpiesznie zamieniała w słowa. Nie miała świadomości jak bardzo ułatwiła matce decyzję ważną dla samodoskonalenia w świetle. Nie mogła też wiedzieć, że od matki pochodzi każde zapisane przez nią słowo i gdyby miała w sobie mniej pokory uwierzyłaby, że tworzy własną opowieść.

Cdn. 4 października;

 

 

 

Tej nocy intrygantka Melanie otrzymała pilny telefon od najlepszego przyjaciela geja, który bardzo zatęsknił za swoim kochankiem i obiecał, że zaraz się zabije jeśli go nie zobaczy. Przestraszona i trochę za mało ubrana zbiegła z piątego piętra na zatłoczony parking, do którego jej auto nie pasowało i kompromitowało całe osiedle. Miała kłopot z odpaleniem, ale w końcu ruszyło i po godzinie byli na miejscu. Fabien szybko się uspokoił, opowiadał anegdotki z życia Rogera, z którym posiada telepatyczną łączność i dokładnie wie, że kiedy tak bardzo tęskni, to oznacza że ukochany go potrzebuje. Droga nadmiernie mu się dłużyła, odpalał papieros od papierosa i rozrzucał połówki po – i tak już nie za bardzo czystym – aucie. Od początku znajomości Melanie nie dowierzała w szczerość wzajemnych męskich uczuć i nie wiedziała, że to co jest w niej samej nazywa się hetero, choć miała za sobą dwóch mężów, a po jednym dorosłego syna na pamiątkę, także geja. Mimo to rozglądała się za wnukami, choć żadnej dziewczyny dotąd nie poznała i nie wiadomo skąd te wnuki miałyby się wziąć. Mroczny dom Rogera nie wyglądał zachęcająco, ale kilka uderzeń pięścią otworzyłoby najbardziej uśpione drzwi, co się natychmiast sprawdziło, bo naciskanie na dzwonek zajęłoby więcej cennego czasu. Nie dowierzał, kiedy pojawił się w kusej piżamce w zielone różyczki. Najpierw długo wyznawali sobie miłość, a potem zniknęli w mroku nie zwracając uwagi na Melanie. Z rezygnacją pozostała w aucie na resztę nocy, podnosiła niedopałki i kończyła je, z lubością wdychając karmelowy dymek. Myślała, że akurat usnęła, kiedy dobiegły ją radosne głosy. Mężczyźni naśmiewali się z jej noclegu, rozmazanego tuszu pod oczami i stroju lafiryndy. Nie przebierali w słowach żeby ją upokorzyć, potem jak na kanapie umieścili się na tylnym siedzeniu i zarządzili śniadanie w jej mieszkaniu. Jechała uważnie, słuchała rzężenia silnika i równych śpiących oddechów za plecami. Melanie nie pokazała jak bardzo czuje się dotknięta, zwykle to szybko mijało, a Fabien zawsze szukał u niej wsparcia. Traktowała go jak mężczyznę swego życia i tworzyła intrygi wobec każdej kobiety, która znalazła się za blisko. Puste miejsce po intelekcie wypełniła przebiegłością i z góry wiedziała jak rozpoznać zagrożenie. Nie rozumiała, że geje nie kochają kobiet. Brnęła w ślepy układ i z przyjaciółki szybko stała się kucharką i podręczną na zawołanie. Wszystko robiła dla niego i z myślą o nim, przestała mieć własne życie, oswoiła się z krytyką, której jej nie szczędził i oboje udawali, że taki jest jego styl. Najbardziej nie lubił kiedy przy stole ich krzesła stały za blisko. Odsuwał się nagle i ostentacyjnie, dorzucał zwykle epitet o jej rozlazłym ciele i zaśmiewał się z własnego dowcipu. Istniała obawa, że Melanie pojmie w końcu, że taki stosunek do niej jest jak najbardziej autentyczny, ale zwykle czuł się pewnie, zarządzał jej życiem choć się jej brzydził i wcale tego nie ukrywał. Kiedy zaczęła wyłączać telefon i przestała wpuszczać go do mieszkania, dostał zdwojonego zrywu w zabieganiu o własną wygodę. Używał wszystkich znanych mu sposobów, żeby uświadomić jak głupi popełnia błąd i na zawsze go straci, a nie trafi się nikt inny, bo kto normalny chciałby mieć z nią do czynienia. Głównie wykrzykiwał pod zamkniętymi drzwiami, a kiedy nie pomogło, zaczął rozpowiadać wśród znajomych, że go okradła i jako poszkodowany wypisuje się z tej znajomości, a wszystkich ostrzega żeby z daleka ją omijać. Melanie nie reagowała. Potrzebowała czasu żeby oswoić się z nową sytuacją i wyjechała do sanatorium na miesięczną kurację. Wróciła odmieniona, gotowa stawić czoła obelgom, których się jeszcze spodziewała. Ale obelg nie było. Podczas jej nieobecności Fabien nie miał pożywki do własnej wojenki, zmalał i skurczył się, choć ciągle sobie nie uświadamiał jak bardzo był nikim. Kochanek zostawił go dla nowego związku z synem Melanie, a ona sama pogodziła się z myślą, że nigdy nie będzie miała wnuków.

Kiedy moja córka była w 5. klasie, do jej podstawówki przybył Syryjczyk jako nauczyciel języka angielskiego. Uczył ją 4 lata, do ukończenia szkoły i to głównie dzięki niemu język jest jej mocną stroną. Lubił swoich uczniów i ich rodziców, przyjaźnił się z całym światem, ale – jak się okazało dwadzieścia lat później – świat nie przyjaźnił się z nim. Nazywał się Kheiri Al-Ghazali. W Syrii mieszkał na południu kraju, w 3,5- tysięcznej miejscowości, gdzie wszyscy mieszkańcy noszą to samo nazwisko – Al-Ghazali, zajmują się rolnictwem i drobnym handlem. Ze swojej wsi miał pół godziny drogi do stolicy Jordanii – Ammanu. Liban, Palestyna, Jordania i Syria stanowią grupę krajów o wspólnych cechach. Nie ma różnicy w języku, akcencie i zwyczajach. Jego rodzice mieli ośmioro dzieci: trzy córki i pięciu synów. Dwaj bracia zrobili we Francji doktoraty, dwie siostry w kraju ukończyły Zarządzanie i Marketing, a Khieri studiował w Polsce. Jako nauczyciel mojej córki miał już polskie obywatelstwo, ale przebył do tego długą drogę. Po maturze wyjechał do Rumunii. Nauczył się języka, skończył 3-letnią szkołę medyczną i stamtąd trafił do Polski. Tu przeszedł roczny kurs językowy w Łodzi, po czym dostał się na Politechnikę Białostocką i ukończył ją na Wydziale Budownictwa Lądowego. Nie otrzymał żadnej oferty pracy w swoim zawodzie, wobec czego przed międzynarodową komisją powołaną w kuratorium zdał egzamin i uzyskał dokument upoważniający do nauczania języka angielskiego. Znał pięć obcych języków i uczył się następnych, żeby łatwiej wiedzieć co się dzieje na świecie. Zarówno w Rumunii jak i w Polsce starał się znaleźć w miejscu, w którym widział sprawiedliwość. Idealne było dla niego pojęcie „solidarność”, ale nasza transformacja ustrojowa nie wpływała ewidentnie na jego życie. Wprawdzie Polska otwierała się na świat i pozytywnie zmieniał się stosunek do obcokrajowców, ale brakowało mu w ludziach chęci do rozumienia tego świata i poznawania go. Ubolewał, że mało kto wie jak wykorzystuje się demokrację. Powinna zaczynać się w rodzinie, gdzie mąż-prezydent, żona-premier, a dzieci – naród muszą ze sobą rozmawiać, a małżonkowie mieć te same możliwości. Strona pracująca nie powinna wprowadzać w domu dyktatury. Według niego Polacy chcieli żeby ich szanowano, ale nie szanowali samych siebie, przez co fundament ich był kruchy.

Tak było 20 lat temu. Nic nie wiemy, co teraz robi i gdzie przebywa Kheiri Al-Ghazali. Moja córka poruszona sytuacją uchodźców z Syrii wspomina swego ulubionego nauczyciela i obie jesteśmy ciekawe jego losów, choć bez nadziei, że czegokolwiek się dowiemy. Pozostaje wiara, że nie jest maltretowany, że nie tuła się biedny i głodny, choć akurat w tym mogłybyśmy pomóc.

Była pulchniutka i miała okrągłe śmiejące oczy. Miała też męża, który ciągle palił, choć od wojny chorował na płuca i siedmioro dzieci. Wychowywała je za pomocą sznura od żelazka. Ku przestrodze wisiał w kuchni na metalowym haczyku i zawsze był pod ręką. Przychodziła do mojej mamy na rozmowy o życiu, które obie wiodły. Zdarzało się, że podglądałam je przez szparę w drzwiach i przyznałam się mamie, ale uważała, że to o czym mówią nie może być ciekawe, ani też zrozumiałe dla dziecka. Opowiadały o codziennych czynnościach, chorobach, rodzinnych kłopotach i niesfornych dzieciach. Czasem płakała, ale wtedy też była uśmiechnięta, czego faktycznie nie rozumiałam i nie mogłam oderwać od niej wzroku. Obie pochodziły ze wsi, prezentowały chroniczną wręcz niechęć do miasta i – jak mówiły – miastowych. Także niezrozumiałą, bo do miasta nie wyjeżdżały, a miastowych nie znały, ale okrutnie tę niechęć we mnie zaszczepiły. Postanowiłam, że wyjdę za mąż za któregoś z jej synów, co obroni mnie przed mężem nie wiadomo skąd. Kiedyś zapytałam, czy pozwoli swoim dzieciom uczyć się w mieście, w średnich szkołach? Odparła, że to tumany i żadne szkoły ich nie przyjmą. Zostaną na roli, bo tu najbardziej potrzeba rąk do pracy. Nie dałam za wygraną, chciałam jeszcze wiedzieć, czy będą mogły mieć mężów i żony z miasta, na co odparła zdecydowanie: -„Ja im już powiedziała i tobie mówię, pamiętajta dziatki, nie bierzta uczonech i bogatech, bierzta biednech i pracowitech”. Życie pokazało, że nikt z nas nie zawarł małżeństwa z bogatym  i uczonym, choć właśnie w miastowym, z wzajemnością zakochała się jej najstarsza córka. Wywodził się z rodziny o zacięciu do bazarowego handlu i miał maturę. Byli bardzo szczęśliwi, ale rodzice kawalera ostro zaprotestowali. Bali się wsi, jak ona miasta, nie rozumieli ludzi i nie ufali im. Synkowi nakazali rozstać się z chciwą wieśniaczką i nie zadali sobie trudu, aby przekonać się do miłości i intencji obojga. Opowiadając o tym mojej mamie, obwiniała córkę za rozpustę, ale nie słyszałam aby choć raz krytycznie wyraziła się o rodzicach chłopaka. Miastowym więcej wypadało i wszystko mogli, a ona ich nie lubiła, bo też i nie miała za co.