Na obiad z dudkami zaprosiła mnie stara pani, którą uwielbiałam za dystynkcję i kulturę, za wiedzę i życiową mądrość. Była przy tym skromna, a nawet wycofana, bo jak mówiła – miejsce przed szeregiem nie należy już do niej. Cieszyła się, że chętnie z nią przebywam, ale nigdy nie przyszło jej do głowy uczyć mnie czegokolwiek. Wręcz przeciwnie, twierdziła że uczy się ode mnie i zawsze mi za to dziękowała. Bliscy z jej przeszłości dawno umarli, a nowych nie poznawała, nie umiała przekroczyć bariery pomiędzy obcością a oswojeniem. Czekałam na ten obiad niecierpliwie jak dziecko. Z radością pokonałam skrzypiącą furtkę i kilka kamiennych schodków, aby przez tajemniczy ogród dotrzeć do równie tajemniczego domu. Czekoladki i kwiaty przyjęła z zażenowaniem. Nie uważała, że coś się jej należy, umiała tylko dawać. O dudkach wiedziałam tyle, że to ptaki, a kiedyś nawet widziałam jednego z atrakcyjnym czubkiem i – szczerze mówiąc – nie dopuszczałam myśli, że będę takiego jadła. Faktycznie, nie o to chodziło. Dudki to płucka. Lubiła cielęce, choć mogą też być wieprzowe i wołowe. Nie byłam wtedy wegetarianką –  choć małymi kroczkami się przymierzałam –  i od zapachu natychmiast poczułam się głodna. Żeby móc mnie poczęstować, z wyprzedzeniem zamówiła je u rzeźnika i odebrała wczesnym rankiem, w dniu obiadu. Najpierw gotowała z przyprawami, a kiedy ostygły, kroiła w drobną kostkę. Oddzielnie przygotowała bulion warzywny, do którego wrzuciła dudki. Dodatkowo podała kwaśną śmietanę i ziemniaczane puree. To było tak smaczne, że nie mogłam przestać jeść. Postanowiłam zrewanżować się czymś równie dobrym. Wiedziałam że jest otwarta i chętnie próbuje nowych potraw, ale wkrótce po naszym spotkaniu trafiła do szpitala i mogła już jeść wyłącznie zupy. Zaproponowałam, że będę je przynosiła, kiedy wróci do domu. Gotowałam rano i dostarczałam w południe, bo smaki powinny się przegryźć nie tylko w sałatkach. Nie skarżyła się, ale wyraźnie czegoś jej brakowało. Starałam się, aż w końcu wykupiłam zupy w szpitalnej stołówce. Zmianę kucharki rozpoznała natychmiast i od tej pory każdy obiad celebrowała jak święto. Nieważne, że był jedynym, dietetycznym szpitalnym daniem. Ważne, że kojarzył się z troską, opieką, staraniem o jej wygodę, miejscem gdzie nie czuła się samotna i wróciła do życia, choć myślała że na zawsze odchodzi. Uświadomiła mi, jak bardzo potrzebujemy innych ludzi i jak wielką rolę pełnią w naszym życiu. Nawet jeśli jesteśmy samowystarczalnymi samotnikami, czasem po prostu nie możemy obejść się  bez pomocy.

O górach opowiadał, jak by się w nich urodził. Kochał góry –  chociaż się ich bał. Na stałe mieszkał w centralnej Polsce, ale w górach spędzał każdą wolną chwilę. Nauczył się mówić gwarą, odkupił pokątnie czerwony sweter przewodnika i nosił w plecaku. Udając górala, zaczepiał przyjezdnych i opowiadał im barwne historie, za co oni chętnie zapraszali go do swoich hoteli i  kwater. Robił zdjęcia, polecał atrakcje i wskazywał drogę. Utrzymywał się z próżności ceprów, którzy czuli się wyróżnieni towarzystwem górskiego przewodnika i ratownika tylko dla siebie. Poznałam go w karczmie z kartoflami i zsiadłym mlekiem. Przedstawił się, nieśmiało podał szary kartonik z nazwiskiem i pełnionymi funkcjami.  Mówił do mnie – piękna pani, a ja się cieszyłam, bo wcale tak o sobie nie myślałam. Był przystojny, elokwentny, z dzikim spojrzeniem, którym ujmował młode kobiety. Niestety nie mnie, stanowczo nie byłam też młoda. Za to słuchałam uważnie i ego, które pielęgnował, bardzo przy mnie zyskało. W środku lata opowiadał o zimie w górach i akcji, która została mu w pamięci na całe życie. We trójkę ratowali młodą dziewczynę. Nie przewidziała załamania pogody i w śnieżycę samotnie utkwiła na zboczu. Przedzierali się przez lód i mróz, ale nie zdążyli, umarła najwyżej pięć minut wcześniej. Dowódca ich wyprawy, pochylony nad zmarłą, wykrzyczał z rozpaczą – „czemuś ty k. nie poczekała?!” Uważne słuchanie, oprócz dowartościowania rozmówcy, pozwala na dostrzeganie szczegółów. Z plecaka dyskretnie wysuwał się czerwony sweter, ale to „czemuś” było środkowopolskie i rdzenny góral nie użyłby go nawet w największym szaleństwie. Zapytałam, czy mogę tę historię opisać. Po długim namyśle i głębokich westchnieniach wyraził zgodę, ale prosił o niepodawanie nazwiska. Jest skromny i nie szuka rozgłosu, co potwierdził wstydliwym spuszczeniem oczu. Na spotkaniu w bazie ratowników pochwaliłam się, że znam już jednego z nich i pokazałam wizytówkę. Roześmiali się wszyscy. Też go znali. Nie był ani przewodnikiem, ani ratownikiem. Odcinał kupony od ich pracy i robił to tak umiejętnie, że kiedy spotykali go incognito, sami nabierali się na jego historie.

 

 

 

Przed wojną byli warszawską elitą. On – wzięty adwokat, ona – lekarka, ich syn Radzimir– piękny chłopak i zdolny student. Do powstania poszli we troje. Mieli się razem trzymać i wrócić szczęśliwie do domu. Już po kilku dniach nie było domu, żony i syna. Błąkał się. Zaopiekowała się nim małoletnia podwarszawska łączniczka. Pobrali się gdy dorosła. Urodziła syna – także Radzimira i jak się z czasem okazało – także zdolnego i pięknego. W pogłębiającej się sowietyzacji ojciec wpajał mu idee wolnego człowieka, ale systematycznie pozbawiał osobowości. Syn nie był obecnym Radzimirem tylko poprzednim, a łączniczka nie drugą, a pierwszą żoną. Nawet imię jej zmienił dla własnej wygody i miał już  rodzinę sprzed wojny w komplecie. Syneczek, matulka i tatko funkcjonowali na starych zasadach. Człowiekiem był zasadniczym. Nie znosił sprzeciwu, tyranizował bliskich, a jego czas zatrzymał się na Piłsudskim i sanacji. Ograniczenie demokracji odpowiadało mu przed wojną, ale po wojnie już nie. Przed portretem wodza medytował w papierosowym dymie i czuł się tak samo wielki. Zgodne i dobre życie zawdzięczał łagodnemu charakterowi małżonki, ale żeby je wytrzymać, wykorzystywała każdą okazję na wyjazd z synem, jak najdalej od domu. Umierał jako osiemdziesięciolatek w potwornych bólach. Rak prostaty dał liczne przerzuty i szybko postępował. Ona miała wówczas pięćdziesiąt, a syn trzydzieści lat. Mówił do matki językiem ojca i zaczęło się dla niej życie z nowym dyktatorem. Żenił się i rozwodził, ale nie opuszczał pięknej willi, tylko kobiety wprowadzały się i odchodziły. Nauczony przez matkę, że nigdzie nie może być mu lepiej niż w domu, bardzo z tego korzystał i nie powstrzymywał się przed krzykiem i obelgami jeśli cokolwiek – w najmniejszym stopniu – nie było po jego myśli. Poznałam to jako piąta żona. Nie spotkałam wcześniej mężczyzny tak wytwornego, z cudownymi dłońmi pianisty, nieśmiałym uśmiechem i zatroskaną twarzą. Przysyłał mi takie ilości kwiatów, że do dziś się ich boję. Ślub wzięliśmy po trzech miesiącach znajomości, a po następnych trzech otrzymaliśmy rozwód. Przez ten krótki czas mentalnie miałam dwóch mężów. Radzimira sprzed wojny i obecnego. Ojcu zawdzięczał zaburzoną tożsamość, a matce absolutną miłość do siebie samego. Był mistrzem w prowokowaniu kłótni i wszczynaniu awantur, nikomu nie odpuszczał nigdy i za nic. Nie rozumiałam, dlaczego matka to znosi. Nawet ją o to zapytałam, a odpowiedź przyśpieszyła moją wyprowadzkę z ich domu. Gdyby nie te wszystkie żony, jej syneczek nie byłby taki nerwowy i powinnam to wiedzieć, bo też jestem niezła… .  Nie wiedziałam. Miałam do czynienia z rodziną psychopatów. Ona lubiła mieć swego potwora, a on własną ofiarę. Byli dla siebie stworzeni, nieszczęśliwi ale nierozłączni. Przy obcych zwracali się do siebie pięknie i nikt nigdy by nie uwierzył, że ten uroczy, elegancki pan źle traktuje swoją matkę.  Nawet kiedy spychał ją za schodów, wołał dobrotliwie – „leć, matulka”!

W domu Josephine matka niewiele miała do zrobienia. Zakopana w swoich kartkach wyglądała na zadowoloną i spokojną. Jednakże mogła podsunąć jej pomysł na książkę i niezwłocznie to uczyniła. Josephine zaczęły prześladować natrętne myśli dotyczące rodzinnego domu. Dla czytelników wydałby się pewnie interesujący, choć nikt w nim nie był szczęśliwy. Rodzice się nienawidzili, a dzieci się nie lubiły. Pomiędzy młodszymi i starszymi był duży dystans, a jedyną metodą wychowawczą wyzwiska i bicie. Nie wiadomo dlaczego Leontine chciała to ujawnić, była głównym sprawcą takiego stanu rzeczy. Josephine potrzebowała porady rodzeństwa, ale nikt nie odbierał od niej telefonu, a kiedy dzwoniła z innego numeru – szybko się rozłączali. Po napisaniu kilku stron wiedziała, że ta książka musi powstać. Wprawdzie spodziewała się konsekwencji, ale ostatecznie rodzeństwo nigdy nie wnosiło do jej życia żadnych wartości. Leontine przyglądała się odwiedzającym ją znajomym i nie czuła, że ktokolwiek chciałby zostać z córką na stałe. Nie dotyczyły jej pospolite romanse, uznawała tylko wielką miłość, ale trzeba mieć dużo szczęścia, żeby na taką trafić. Chętnie przyglądała się młodym mężczyznom, wtedy słyszała niepochlebne opinie o sobie. Była mocno starszą panią ustawioną na bocznym torze i powoli akceptowała, że tam jest jej miejsce.
Dla matki była młoda i lepiej żeby nie musiała być sama, ale tu się nie zgadzały. Josephine nikogo nie chciała. Młodzi mężczyźni przypominali jej utracone dzieci, z tego samego powodu przyglądała się też młodym kobietom. Książkę o rodzinie wzbogaciły rozdziały o jej własnych dzieciach, których nie znała i poza rozglądaniem nie szukała kontaktu. One też nie szukały. Trafiły do dobrych rodzin, z dzieciństwa pamiętały tylko kłótnie rodziców i ich niemal bezustanną nieobecność. Niedawno zadzwoniła jakaś Claudie, zapytała czy Josephine jest jej matką i rozłączyła się nie czekając na odpowiedź. Dzieci były wówczas zbyt duże aby zmieniać im imiona, a głos Claudie zbyt młody aby mogła być córką. Pomimo tak ważnej w swoim życiu straty, po latach nie odczuwała cierpienia szczególnie dotkliwie. Kochała swoje piękne dzieci, ale nie umiała się nimi opiekować. Starała się żyć w przeświadczeniu, że obcy ludzie także je pokochają i wprowadzą do świata jako silne osoby. Trzymała się tego i nie pozwalała na wątpliwości w żadnym aspekcie barwnego życia. Było barwne, ale nie było szczęśliwe, poza krótką miłością do młodego zabójcy. Szczęśliwa poczuła się dopiero jako stara kobieta i chciała ten stan utrzymać jak najdłużej. Książka ukazała się w dużym nakładzie i jej bohaterowie szybko stali się znani jako przykład rodzinnej dysfunkcji. Każdy oddzielnie wykonał telefon z pogróżkami do Josephine, która czuła się w swoim zagranicznym domu bezpieczna, a dzięki książce jeszcze dodatkowo – po raz pierwszy w życiu – bogata.

Koniec.

Tego dnia Sophie poniosła widowiskową klęskę. Szlochając i krzycząc na przemian opuszczała dom konkubenta i wracała do swego mieszkania. Pogłębiało się wzajemne niezrozumienie, awantury nadchodziły jak tornada i istniało prawdopodobieństwo, że któreś z nich w końcu użyje przemocy. Dzieci mężczyzny nie rozstawały się łatwo z majątkiem rodziców i podsycały wrogość obojga. Leontine cieszyła się, że córka przestanie grać w cudzym przedstawieniu i wreszcie się opamięta. Sophie, jak zawsze w stresie, najpierw udawała się do kościoła, dopiero potem wracała do swoich spraw. Nie umiała żyć bez kłamstwa i matka próbowała wyciągnąć ją z tego jak z choroby. Sytuacja wydawała się odpowiednia żeby się wyciszyć, ale z właściwą sobie determinacją rozglądała się za nową rolą. Z pomocą Andre znalazła miejsce w sejmowej komisji zdrowia jako ekspert i szybko trafiła na wspólny język z lobbystami. Właściwie była pionkiem w ich grze, ale lubiła łapówki i zawsze przyjmowała je chętnie. Zwiększała swoje akcje powołując się na brata, szkalując mu przy tym opinię i niszcząc mozolnie wypracowaną pozycję. Skandal z lekami wybuchł nagle i całkowicie go pogrążył. Długo nie wierzył, że spowodowała go siostra, której pomagał w życiowym kryzysie. Matka znowu była bezradna. Córka – jak zwykle – wszystko robiła po swojemu i była głucha na jej podszepty. Immunitet chronił Andre, ale Sophie musiała komisję opuścić. W jej życiu prawdziwa była tylko pobożność i pragnienie posiadania. Z upływem lat miała coraz większą potrzebę demonstrowania swojej wielkiej wiary. Kiedy mszę transmitowano w telewizji klękała przed ekranem. Zdarzało się tez, że msza roiła się jej na ulicy, wtedy klękała na środku chodnika i stwierdzała ze zdumieniem, że przechodnie nie uczestniczą w nabożeństwie razem z nią. Odrzucała propozycje terapii poza swoim miastem, musiała pilnować banku, w którym zdeponowała wielki majątek. Był jej głównym życiowym celem i osiągnęła go z nadwyżką. Do mieszkania wpuszczała tylko leniwego syna, który z upodobaniem wynosił wartościowe przedmioty, a ona nie mogła się ich potem doliczyć. Podejrzewała, że podczas jej nieobecności ktoś wchodzi niepostrzeżenie, ale nie informowała policji, bo ci to dopiero by ją okradli. Wobec takiej sytuacji Leontine nie chciała rezygnować z przeprowadzenia zmian w jej życiu. Ingerencja matki musiała być skuteczna, inaczej destrukcja Sophie miałaby zakończenie w szpitalu psychiatrycznym. Teraz uporczywe myśli zaczęły nawiedzać Valerie. Długo się im opierała, ale ostatecznie zaprosiła siostrę do opieki nad mężem z przeszczepionym sercem. Dawna lekarka i ekspertka dobrze się czuła w domu z pięknym ogrodem, starała się być pomocna i miła. Tylko czasem zawzięcie się kłóciły, bo nie wiadomo czy Valerie miała za opiekę nad mężem płacić Sophie, czy raczej Sophie miała płacić Valerie za opiekę nad nią samą. Ten problem do rozwiązania matka całkowicie pozostawiła córkom.

Cdn. 9 sierpnia;