Po śmierci matki stabilność w życiu Andre zachwiała się, zrozumiał, że brakuje mu czegoś ważnego. Leontine miała na przywrócenie równowagi życiowej niezawodne lekarstwo – szklankę herbaty i monolog. Po wysłuchaniu Andre zapominał jakie akurat miał wątpliwości i posługiwał się jej zdaniem jak swoim.
Ale teraz było inaczej. Potrzebował własnego monologu, trwałej konstrukcji do funkcjonowania w świecie na partnerskich zasadach. Podobało się to Leontine. Przyglądała się i pomagała tak bardzo, że Andre w krótkim czasie swoje bierne życie zamienił na aktywne i zaistniał w mieście jako ważny kandydat do parlamentu. Kontakt z wyborcami miał przyjacielski, nawet w opozycji nie było nikogo, kto by go nie lubił. Problem stanowiła żona kandydata. Można ją było akceptować, dopóki milczała. Unikał wspólnej obecności na wiecach i spotkaniach wyborczych, zabieranie jej było ryzykowne, ale zagroziła rozwodem i szybko musiał ustąpić. Przy kandydacie czuła się gwiazdą, po raz pierwszy w całym wspólnym życiu i nie zamierzała z tego rezygnować.
Posłem został przy rekordowym poparciu i oddzielnie uwielbieniu wyborców. W głębi duszy czuł, że tak duży sukces osobisty zawdzięcza matce. Nigdy nie wątpił w jej obecność, zwłaszcza w trudnych chwilach. W parlamencie zajął się sprawami aktywizacji zawodowej. Na sobie przećwiczył brak zainteresowania pracą i wiedział jak należy ten temat traktować. Przydarzyło mu się też późne dziecko. Mały synek z asystentką młodszą o pokolenie, której nie umiał się oprzeć. Jego głośna żona pogodziła się z losem. Nawet jeśli miała coś przeciwko niewierności, nie miała nic przeciwko dziecku i chętnie opiekowała się jako ciocia, na co asystentka z ulgą się zgadzała. Plany życiowe młodej kobiety nie ograniczały się do pieluszek. Ubiegała się o zagraniczne stypendium i wkrótce opuściła kraj i swojego posła zostawiając mu synka. Chociaż mógłby być dziadkiem, od nowa pełnił rolę ojca i był tym faktem ogromnie poruszony. Po raz kolejny przekonał się jak bardzo przydaje się mężczyźnie żona i od nowa polubił jej pospolite odniesienie do życia. Napatrzył się w wielkim świecie na ostentacyjną elegancję, wyrafinowaną grę, wzloty i upadki. Chętnie zrezygnował z pustych zachowań wybierając zrozumienie i wzajemne wsparcie. Bardzo się obojgu przydawało, bo posłowanie okazało się wyjątkowo paskudnym zajęciem. Kiedy się skończyło, odetchnęła cała rodzina, a Andre powrócił do swoich cech, tak starannie pielęgnowanych kiedyś przez Leontine. Teraz miała pewność, że dalsza ingerencja w jego życie jest bezzasadna. Andre dorósł, choć może trochę za późno, ale tego nie mogła już naprawić.

Cdn. 2 sierpnia;

Genevieve z trudem wyrównywała się po śmierci męża i w niedługim czasie matki. Bliska odległość od siebie grobów przygnębiała ją podwójnie, ale takie było życzenie Leontine. Spoczywała w pobliżu drogiego zięcia, bo zwykle martwym spełnia się łatwiej niż żywym. Zanim przywykła do ich nowych adresów, pytała samą siebie – po co znowu wybiera się na cmentarz? Córki wyprowadzały się z domu jedna po drugiej, do towarzystwa miała już tylko papużki i mnóstwo roślin wymagających pielęgnacji. Intensywnie przeżywana żałoba wyczyściła jej mózg, od tej chwili gotowa była zapisywać swoje życie od nowa. Nie wiedziała, że matka często jej towarzyszy i wspiera, czuła się opuszczona przez wszystkich, a takiego stanu ducha nie lubiła i nie chciała. Pragnienie wyjścia do ludzi przyszło jak nagły błysk, Genevieve postanowiła otworzyć gabinet odnowy biologicznej. Posiadała wiedzę i zaplecze finansowe, najtrudniejsze okazało się pozyskanie do pracy odpowiednich specjalistów. Wymagało wielu spotkań, trafnych decyzji, ale i tak miała do siebie bezustanne pretensje o myślenie schematami, które ograniczały ją od kiedy pamięta. Nie rozpoczęła działalności z rozmachem, stopniowo ją rozwijała i systematycznie pozyskiwała klientów. Powoli też rozwijał się jej romans z masażystą. Leontine odniosłaby pierwszy sukces, gdyby szczęście Genevieve nie wiązało się z dramatem w rodzinie mężczyzny. Najpierw emocjonalnie opuścił żonę i trójkę dzieci, potem fizycznie, bo przeprowadził się do domu Genevieve. Mógłby być synem, ale był kochankiem, dla niego starała się być coraz młodsza i z nadzieją korzystała ze wszystkich zabiegów we własnym gabinecie. Podpisywała przy okazji dokumenty, które jej podsuwał, ale nie interesowała się czego dotyczą. Zajęta uszczęśliwianiem obojga, nie dostrzegała jak konsekwentnie przejmuje zarządzanie, odsuwa ją od wszelkich decyzji, a najchętniej zamknąłby w domu. Nie pasuje do młodych kobiet korzystających z zabiegów i przeszkadza. Kiedy nie wracał przez kilka kolejnych nocy, postanowiła zajrzeć do firmy. Z daleka dostrzegła nowe logo z nazwiskiem kochanka. Myślała, że się pomyliła, ale w gabinecie potraktowano ją jak klientkę. Niedawni pracownicy spoglądali pobłażliwie, a nawet z pewnym lekceważeniem. Gabinet odnowy biologicznej nie należał już do niej. Jeszcze nie rozumiała i nie wierzyła, chciała rozmawiać z kochankiem, tyle że on nie chciał rozmawiać z nią. W niezwykle bolesny sposób dowiedziała się, do czego potrzebna jest stara kobieta młodemu mężczyźnie. Leontine próbowała pomóc córce nie uwzględniając faktu, że w jej doskonałym świecie taka historia nie mogłaby się zdarzyć     i nieznane jest ziemskie powiedzenie, że dobrymi chęciami piekło wybrukowane.

Cdn. 26 lipca;

Płacząca Valerie, spowita w czarne szaty, ścinała kwiaty w swoim wielkim ogrodzie i myślała o matce. Żałoba dotyczyła jej samej, nie wciągała w nią dzieci i męża – dentysty. Swoim nagłym dostojeństwem budziła zainteresowanie i szacunek, choć czasem za plecami słyszała też przykre lekceważenie. Dotyczyło wykonywanego zawodu, kiedy to kwoty do zapłaty naliczała bez litości, do tego obfite odsetki i wielu petentów zostawało bez grosza. Wrodzona potrzeba wykonywania wzorowo obowiązków pozwalała jej myśleć o sobie jak najlepiej, jednakże nie uwzględniała drugiej natury – namiętności do czerpania korzyści z każdego możliwego źródła. Odstawiona od emerytury nagle poczuła się nędzarką i nie wiadomo czy gorsza była utrata matki czy jej pieniędzy. Rodzeństwo nie wykazało zainteresowania urojoną biedą i wyglądało, że dodatkowego dochodu nie będzie. Leontine zapragnęła wprowadzenia równowagi do jej życia. Musiała zastosować metodę na tyle radykalną, aby była skuteczna w przemianie Valerie. I oto, podczas igraszek z panienkami dentysta doznał ataku serca. Pomimo intensywnego leczenia nie powracał do zdrowia. Żona spełniała wszystkie potrzeby, kupowała najlepsze leki, ale uratować go mógł wyłącznie przeszczep. Początkowo nie rozumiała, że nie może kupić serca i ponaglała lekarzy do szukania odpowiedniego w bazie dawców. Nie przyjmowała do wiadomości, że obowiązuje kolejka, a jej mąż nie jest jedynym pacjentem. O tym, że ktoś musi umrzeć aby ocalić kogoś innego nie myślała wcale. Nie pozwoliła na odesłanie chorego do domu. Pobyt w szpitalu dawał mu większą szansę na przeżycie,
a według niej miejsca wystarczyło dla wszystkich potrzebujących. Była bezwzględna jak w swoim biurze i Leontine traciła nadzieję, że zmieni córkę w osobę empatyczną i życzliwą. Zawsze i wszędzie, nawet na oddziale intensywnej opieki medycznej jej potrzeby były najważniejsze i nie umiała być inna. Posiadała ograniczoną percepcję, w której mieścił się cały jej świat. Nie potrzebowała do pojmowania żadnej dodatkowej wiedzy, nie czytała książek, a w gazetach szukała wyłącznie krzyżówek. Lubiła zestawiać litery, przypominały jej arkusze kalkulacyjne, do których miała wybitne upodobanie. Dla jej dobra matka stworzyła sytuację, z której musiała ją teraz wyplątać. Niespodziewanie dentysta został poddany transplantacji i lekarze z ulgą rozstali się z Valerie. Dawca nie zainteresował jej w żaden sposób, nie miała potrzeby wyrażenia choćby w paru słowach wdzięczności jego rodzinie, ale też operującym lekarzom i innym osobom ratującym jej męża. Nawet jako duch Leontine poniosła porażkę. Niczego nie nauczyła swojej córki i postanowiła nie poddawać jej więcej żadnym próbom. W poprzednim życiu stanowiły wzajemnie adorujący się duet, ale nigdy nie weszły na wyższy poziom porozumienia, który w obecnej sytuacji bardzo by się obu przydał.

c.d.n. 19 lipca;

Wielką ulgę odczuła Leontine, kiedy uwolniła się od starego, zniszczonego chorobą ciała. Jeszcze przysiadła na chwilę, ukazała się Josephine jako motyl utkany z różnych odcieni bieli, a potem odepchnęła się lekko i poszybowała w górę. Jak magnes ściągało ją światło, które miało być następnym domem. Musiała jeszcze przejść kwarantannę i zapadła w sen na kilka ziemskich miesięcy, bo w nowym miejscu pojęcie czasu nie istnieje. Dopiero potem przypomniała sobie o dzieciach. Na pewno by się zmartwiła gdyby mogła, ale nie istnieją też żadne destrukcyjne uczucia. Pomyślała, że nie widziała dotąd swoich bliskich zmarłych i…natychmiast się pojawili. Miała wszystkich w zasięgu myśli i bez znaczenia była jej wiotka mglista postać. Najbliżej stanęli rodzice. Witali ją emanując miłością, aż nagle ta miłość była jedynym co sama miała do zaoferowania. Była spokojna i szczęśliwa, cieszyła się każdym kto do niej przyszedł, rozpoznała dzieci, które poroniła i rodzeństwo zmarłe w niemowlęctwie. Mąż opiekował się własnymi dziećmi i nie był już znienawidzonym draniem. Ich dusze rwały się do siebie, a światło stało się wspólnym domem. Leontine pozwolono zachować ziemską pamięć. Miała ją tracić stopniowo, kiedy sama tego zapragnie. Otrzymała też nieograniczone prawo do podglądania osieroconych dzieci, które wcale o sobie tak nie myślały i jak dawniej żyły własnym życiem, bez umieszczania w nim matki.
Pierwsze wibracje odczuła jak nagłe wezwanie. Zatrzymała się przy tabliczce ze swoim nazwiskiem nie uwzględniając faktu, że pod ziemią znajduje się ciało, które porzuciła. Cmentarną aleją zbliżała się piątka jej dzieci, wytwornych w wyglądzie i niebywale pospolitych w sposobie bycia. Po ojcu prezentowały się odpowiednio, a po niej były prymitywne i nie pomogło na to kształcenie się w różnych szkołach. Wprawdzie ułatwiało im życie, ale pospolitość i tak wychodziła cokolwiek robiły, więc tym bardziej zdziwiła ją cicha rozmowa. Jako pierwszy podszedł Andre. Poprawił wieńce i ustawił w wazonach świeże kwiaty, od każdego oddzielnie. Zapalił znicze, bo nie wiadomo dlaczego żywi robią to dla siebie, na wszystkich cmentarzach. Córki nie przerwały rozmowy, choć Josephine próbowała uświadomić im obecność matki. Uznały, że to wytwór chorego umysłu i zanim siostra dostanie całkowitego pomieszania postanowiły wracać. Zaczęły się kłócić jak tylko minęły cmentarną bramę. Leontine nie towarzyszyła im, zobaczyła wystarczająco dużo, aby z chęcią powrócić do swego światła. Córki miały zawzięte twarze, nie tęskniły za nią. Przy grobie nie wspominały matki, choć Josephine nieśmiało je zachęcała. Andre także nie wspomniał zajęty porządkowaniem. Przekonała się jak marny i nie wart uwagi jest świat materii. Jeszcze tylko popatrzy na życie każdego z osobna i ziemska pamięć nie będzie jej już potrzebna.

cdn. 13 lipca;

Pół roku później Josephine zaprosiła rodzeństwo na wspominki w pustym mieszkaniu matki. Rozpoczęcie planowała na cmentarzu, gdzie Leontine na wszystkich czekała. Kobiety miały do pokonania setki kilometrów, tylko Andre był na miejscu i na ich przyjazd zamówił catering ustalony i finansowany przez siostrę. Nie miał zwyczaju wydawać własnych pieniędzy, jeśli nie było to związane z nim samym. Zjawiały się po kolei, ale zamieszanie spowodowała dopiero Sophie. Świat musiał się wokół niej kręcić, a jeśli nie – to ona kręciła światem. Genevieve próbowała naprowadzić ją na właściwą pozycję, jednak nie obeszło się bez interwencji brata. Słowotok Valerie wydawał się nie do opanowania, podobnie jak jej nadmierna nerwowość. Podobnie jak matka, miała potrzebę mówienia niezależnie od tego czy ktokolwiek słucha. Zanim rodzeństwo usiadło wspólnie przy stole, Josephine wpadła w rozpacz nad własną głupotą. Zaprosiła stado szerszeni w konkretnym celu, tylko że nikt nie był zainteresowany wspominkami. Kawa rozjaśniła umysły i przyśpieszyła wizytę na cmentarzu, ale jakoś obojętnie przebiegła, bez skupienia, które dla niej było szczególnie ważne jako element porozumienia z zaświatami. Andre dbał o mogiłę, wyglądał na oswojonego z tym miejscem i zachowywał się jak wtedy, gdy matkę odwiedzał w jej mieszkaniu. Na tę chwilę siostry powściągnęły swój temperament, ale miały do powiedzenia tak dużo, że w drodze powrotnej zagrzmiało jak na demonstracji. Dowcip Andre nie zdołał ich przyhamować, a w domu Sophie obrzuciła wyzwiskami Josephine. Nie mogła darować przerwanej w szpitalu akcji z mieszkaniem matki. Nie myślała, że jest potencjalną morderczynią uratowaną przez siostrę, myślała o sobie jako ofierze utraconych dóbr z przeznaczeniem dla leniwego syna. Genevieve patrzyła na nią z nienawiścią za paskudne intrygi tworzone przez całą młodość i kazała zamknąć obłudny pysk, zanim go jej osobiście rozwali. Valerie przyzwyczajona do korzystania z wysokiej emerytury Leontine, wykrzykiwała jaka jest biedna i nikt jej nie pomaga, zalewała się obfitymi łzami i sprytnie pomijała fakt posiadania licznych nieruchomości licząc na amnezję, a przy okazji hojność rodzeństwa. Całkowity brak reakcji postanowiła przeliczyć na wizyty w jej domu, które nadmiernie kosztowały i czas najwyższy za nie zapłacić. Zapomniała, że odwiedzając ją zabierało się ze sobą jedzenie, bo swoim nie lubiła się dzielić. W chciwości była perfidna i to wygarnęła jej Josephine, ale zaraz pożałowała. Miała teraz przeciwko sobie dwie siostry, które tak łatwo rzucały obelgi, jakby je wcześniej zaplanowały. Sophie i Valerie z wprawą demolowały jej wrażliwą naturę, aż nic nie zostało i spotkania nie dało się już uratować. Andre przestał dowcipkować, poraziła go siła nienawiści, której w żadnym razie się nie spodziewał. Genevieve najpierw nie wiedziała po czyjej jest stronie, a jak już wiedziała, musiała się bronić, bo obelgi spadły też na nią. Za to, że jest ze wszystkich najbogatsza, a majątek zdobyła ich kosztem i nigdy się do tego nie przyznała.
Awantura odbywała się przy dobrym jedzeniu, przy stole matki, w mieszkaniu gdzie pół roku temu umarła. Nie wpłynęło to na obyczaje jej dzieci i przygnębiona Josephine postanowiła towarzystwo opuścić. Czuła się winna. Znała swoje rodzeństwo, a mimo to zachciało się jej wspominek. Miała nadzieję, że opowiedzą komu się przyśniła, przypomną historyjki z jej życia, poczują się rodziną i zaczną się do siebie nawzajem zapraszać. Nic takiego nie nastąpiło. Pokonywały daleką drogę, bo była możliwość się jeszcze raz pokłócić. Pośpiesznie pakowała swoje rzeczy, kiedy zaatakowany został Andre. Za to, że Leontine zostawiła mu to małe mieszkanko, a chciałaby każda. Roześmiał się i zaproponował żeby je sobie wzięły, po czym wyszedł z Josephine. W taki sposób skończyły się sentymenty. Andre wynajął mieszkanie obcym ludziom, choć lubił w nim czasem posiedzieć i pomyśleć o matce. Josephine przestała opuszczać zagraniczny mały domek, w którym najlepiej się jej pisało, a tęsknot nie miała już żadnych i nie chciała mieć. Sophie na pożegnanie powiedziała jej, że jest schizofreniczką, Valerie przypomniała, że jest starsza i musi pomagać biednej młodszej siostrze, Genevieve machnęła tylko ręką, co mogło oznaczać goodbye albo idź do diabła.

Właśnie dziś zakończyła się 1. część opowieści o Leontine i jej dzieciach. 12 lipca rozpocznie się część 2.

Pobyt Leontine w szpitalu dobiegł końca. Andre na rękach wniósł ją do mieszkania i zostawił pod opieką Josephine, która nigdzie się nie śpieszyła. Nagle jej świat zawęził się do dwóch małych pokoi i jeszcze mniejszej kuchni. Wiele razy płakała tu z tęsknoty za utraconymi dziećmi, choć pociechy nie zaznała. Płakała też za żółtookim zabójcą, ale tego nie rozumiał nikt z rodziny i wkrótce zamilkła bezpowrotnie. Zbliżała się wiosna, przebiśniegi w ogrodzie zakwitły obficie i wtedy Leontine przed wieczorem umarła. Zdumiewające, jak wiele osób ją żegnało, jak dużo było kwiatów i wieńców. Trafił się nawet przypadkowy przechodzień, któremu Andre podziękował oddzielnie i z szacunkiem odprowadził do drzwi kaplicy. Rodzeństwo nie spełniało ostatniej posługi otaczając trumnę. Siedzieli oddzielnie rozmawiając z gośćmi, jedynie zdjęta nagłym paraliżem Josephine miała problem z komunikacją, nie rozumiała kondolencji i obowiązkowej żałoby obcych ludzi. Myślała – jakim barbarzyństwem jest ostatnia droga, kiedy trzeba być ustrojonym i leżeć w trumnie wystawionej na publiczny widok, kiedy już się odeszło i nie ma się ochoty pozować. W przyszłości śmierć Josephine dla nikogo nie może być przedłużającym się stresem. Należy owinąć ją w prześcieradło na którym umrze, nie przebierać i nie dotykać. Nie otwierać trumny i nie urządzać żadnych pożegnań, zwłaszcza z udziałem przenajświętszych postaci z jakiegokolwiek kościoła. Poddać kremacji bez obecności rodziny, włożyć prochy do tekturowego pudełka, wysypać w dozwolonym miejscu, a pudełko spalić. Dopóki śmierć nie będzie traktowana jak zwyczajne zdarzenie w ostatnim etapie życia, pozostanie przedstawieniem i biznesem, a tego odchodzący człowiek potrzebuje najmniej, a właściwie to wcale. Leontine wyglądała jakby słyszała jej myśli. Wchodzącego do kościoła konduktu nie powitał zwyczajowy dźwięk dzwonów i trumnę ustawiono w głębokiej ciszy. Rodzeństwo potraktowało nagle zepsuty mechanizm jako porażkę kościoła, choć Josephine wiedziała, że wyłączyła go Leontine. Nie chciała zawiadamiać świata o swojej śmierci. Zawsze była skromna, nie lubiła wokół siebie zamieszania, a za brak powściągliwości biła rozwydrzone córki.
Cisza panowała też na cmentarzu. Andre pilnował, żeby z ziemią nie wpadały do grobu kamienie. Tylko długonogie wnuczki chichotały z boku, opowiadając historyjki o swoich dzieciach i pewnie to była dla Leontine najlepsza chwila na własnym pogrzebie.

6 lipca nastąpi zakończenie;