Valerie przeniosła swój  charakter liczykrupy na zawód wyuczony i wykonywany. Jako ekonomistka w państwowej instytucji powodowała w petentach obstrukcję, zanim jeszcze do niej dotarli. Otrzymywała wszystkie możliwe nagrody, a jej oddanie krajowi znane było nawet w kancelarii prezydenta. Dzieci wychowywała na wiernych obywateli i wyzywała od kosmopolitów, kiedy tylko planowały przekroczyć granicę. Jej mąż, dentysta, miał obowiązek skrupulatnie liczyć wyrwane zęby, bo każdy był dowodem na zwiększenie zasobów w domowej kasie. Nie rozliczał się tylko z panienek, które kolekcjonował, albowiem Valerie spała w pajacyku ściągniętym suwakiem we wszystkich nagich miejscach. Nie wiedziała o zdradach, bo nie chciała. Od Leontine przejęła mądrość postępowania z niewiernymi, którzy i tak umierają pierwsi. Tolerowała dentystę i może nawet po swojemu kochała, a on nie wymagał niczego poza jedzeniem i czystym ubraniem. Valerie miała sezonową pasję – przetwórstwo warzyw i owoców. Zbierała przepisy na sałatki i dżemy, co roku zmieniając smaki i testując je na rodzinie. Jej piwnica wyglądała jak laboratorium. W każdą sobotę odkurzała słoiki i gąsiory z winami, choć wystarczyło je przetrzeć przed otwarciem. Lubiła myśleć, że utrzymuje kontrolę nad porządkiem w każdej dziedzinie życia. Dla matki była obiektem bezustannego podziwu. Jej rzetelność i gospodarność stały się w rodzinie legendarne, choć samej Valerie nikt nie lubił. Istniała obawa, że zapyta o roczne rozliczenie z ojczyzną i stan posiadania w piwniczkach, w których zazwyczaj było pusto albo walały się zużyte sprzęty. Drobniutka jasnowłosa siostra milcząc przywoływała rodzeństwo do porządku. Nadawała ład myśleniu samym swoim pojawieniem. Była konsekwentna i nigdy nie zmieniała zdania. Wraz z chorobą Leontine przeżyła pierwszą w swoim życiu histerię. Płakała i złorzeczyła losowi, ale nie przeszkodziło to w trzeźwym przejęciu obowiązków opiekuńczych. W jej obecności otoczenie szpitalnego łóżka działało jak firma. Zobowiązała się do prania i każdego dnia przynosiła czystą bieliznę uprasowaną i złożoną w kostkę. Valerie nie przeżywała rozterek związanych z dzieciństwem. Była chuliganką i kiedy matka ją biła, zawsze wiedziała za co dostaje. Przyjaźniła się z chłopcami i jak oni nosiła finkę, paliła papierosy i wymyślała mrożące krew w żyłach zabawy. Nie lubiła majtek, które zawsze jej spadały i zakładała się ile czasu spędzi nago na drzewie. Przeważnie ściągał ją ojciec zaalarmowany zbiegowiskiem, bo Valerie dodatkowo wykonywała dla widzów odpowiednie akrobacje. Nie wnosiła pretensji o zasłużone lania, ale na każdą niesprawiedliwość reagowała agresją. Gryzła, kopała, drapała i nie dawała się ujarzmić. Kiedy dorosła, matka wykorzystywała jej dobre serce dla własnych celów i trudno było zrozumieć zależność emocjonalną między nimi. Cofnęły się w atawistycznym pojmowaniu wspólnoty i nie wiedziały, że miłość to zupełnie coś innego.

Ciąg dalszy nastąpi 5 lipca;

Genevieve nie ekscytowała się własną urodą i nie czerpała z niej korzyści. Lubiła przestrzeń, rośliny i wiedzę tajemną. Od dziecka pragnęła zamieszkać w cudnych ogrodach, które sama założy i spełniła marzenia. Jako ceniona ogrodniczka, porównywana do Semiramidy, tworzyła bajkowe enklawy pomiędzy budynkami w swoim mieście i uczyła mieszkańców gospodarowania zielenią. Znalazła podobnego sobie męża – leśnika, którego spotykała głównie zimą, bo w domu sortował nasiona dla szkółek leśnych. Ich cztery rozpustne córki zwykle miały dla siebie cały dom i ogród, gdzie wyprawiały harce bez umiaru. Genevieve nie lubiła zniszczonych sadzonek i podeptanej trawy, i o to miała pretensje. Nigdy jednak o sposób prowadzenia się małolat. Aż za dobrze pamiętała okrucieństwo Leontine, która własne córki wychowywała na mniszki i poniosła klęskę. Gdyby miały trochę więcej luzu nauczyłyby się jak żyć, a nie tego jak szybko opuścić nieprzyjazny dom.
Mąż nade wszystko cenił sobie spokój i las. Posiadał nieograniczoną potrzebę swobody i tak bardzo utożsamiał się z więzionymi w klatce papużkami, że wypuścił je zimą na wolność. Nie wtrącał się w domu do niczego. Z trudem pamiętał imiona swoich dzieci, nie wiedział jednak ile mają lat i jakie plany na przyszłość. Odwdzięczały się tym samym ignorując jego obecność, co mu było na rękę, zwłaszcza po suto zakrapianych imprezach wśród jałowców. Nikomu nie powiedział, kiedy ogólnie poczuł się źle. O świcie wychodził do lasu i wracał późno. Genevieve nie zauważyła choroby, jedynie ciche pojękiwanie przez sen. Umarł nad ranem, tak samo dyskretnie jak żył. W domu niczego to nie zmieniło, przybyły tylko nowe papużki, bo wszystkich cieszyło ich gadulstwo. Żal Leontine był bezwarunkowy. Wchodzące do rodziny osoby kochała bardziej niż swoje dzieci. Nie odczuwając wartości własnej, traktowała obcych jak coś lepszego. Przywiązywała się, a rozwody córek były jej osobistym dramatem. Śmierci nie brała pod uwagę, ale kiedy już się zdarzyła, mocno pogłębiła mistycyzm rozpaczającej teściowej. Widywała jego mglistą postać i życzyła sobie wiecznego spoczynku na tym samym cmentarzu.
Przy łóżku chorej matki Genevieve stawała się piętnastolatką z czarnymi lokami, naprężoną i gotową do ucieczki przed poszturchiwaniem i razami. Nienawidziła tej starej kobiety, nie chciała mieć z jej cierpieniem nic wspólnego. Towarzyszyła rodzeństwu i to było wszystko co mogła dla niej zrobić. Niczego matce nie zawdzięczała i nie miała za co dziękować. Równowagę życiową czerpała z ogrodów, zwłaszcza po śmierci męża. Rozmawiała z nim o różanych alejach, a on się nią opiekował. Pokazywał światło, w którym się schronił, zapewniał o wiecznej miłości. Czekała na te spotkania, modliła się o nie, a potem trwała w obezwładniającym szczęściu, choć w realnym życiu takich uczuć między nimi nie było.
Niechętnie przyjęła do wiadomości, że ma zapewniać zaopatrzenie. Nie znała matki na tyle, żeby wiedzieć czego potrzebuje. Ale obowiązki miał każdy, wolała kupować niż prać. Nie lubiła dotykać rzeczy Leontine, ani jej samej i nigdy nie składała z tego powodu życzeń. Ręce matki nieodmiennie kojarzyły się z biciem. Dostawała w dzieciństwie i w młodości, aż któregoś dnia skatowana kijem uciekła z domu. Tym razem bił ojciec, a matka stojąc obok zimno wyliczała jej przewinienia.
Nigdy nie żałowała tej decyzji. Stworzyła normalny dom i cieszyła się nim. Matka nie szukała z nią kontaktu. Raczej ojciec przekazywał nieme przeprosiny, wnosząc niewielką pomoc materialną do biednego mieszkania. Nawet kiedy miała już własną rodzinę, czekała na jego wizyty. Dla ojca pozostała dzieckiem i tak się w głębi duszy czuła.

Ciąg dalszy nastąpi 29 czerwca;

Andre, który ambicje miał duże, a zainteresowań żadnych, towarzyszył siostrze w czasie wywiadów i teraz już z dwóch powodów bywał w szpitalu. Podśmiewał się z gangsterskich okularów Leontine, ale sławę traktował poważnie i reżyserował spotkania z dziennikarzami. Pracował nad wizerunkiem rodziny tak skutecznie, że czytelnicy i telewidzowie zaczęli brać przykład z solidarnego i opiekuńczego rodzeństwa, choć w głębi poczciwej duszy nie pojmował, dlaczego obcy ludzie interesują się takim dziwadłem jak Josephine. Choroba matki zachwiała jego bezpiecznym światem. Zagadywał czającą się śmierć i tylko on jeden nie wstydził się płakać. Przyjął na siebie obowiązki kierowcy,  w każdej chwili gotów na wezwanie sióstr. Lubiły go wszystkie. Zajmowały się nim od dziecka i traktowały jak jeszcze jedną dziewczynkę. Bawił się ich szmacianymi lalkami, zamiast czapek nosił kolorowe chusteczki, był naiwny i słodki. Tak mu zostało, bo trudów życia nie zaznał. Pamiętał ojcowskie pouczenie, że ma się nie dać babom, ale zobaczył że lepiej się dać, żeby było wygodnie i przyjemnie. Żonę znalazł pracowitą, choć zanadto głośną. Była bazarową królową, właścicielką trzech straganów z warzywami. Rozgłaszała, że są ekologiczne i zapewniała rodzinie życie bez niedostatków. Cieszyła się, że ma przystojnego męża, ślicznego blondynka z elokwencją i osobistą kulturą. Leontine przyjęła synową jak największe dobro. Szybko złączyły się w przekonaniu, że najlepiej wiedzą czego potrzebuje Andre. Podziwiały go i hołubiły, a on obie sprawiedliwie cenił. Był niezwykle przyjazny, umiał się cieszyć i martwić i nigdy nikomu nie sprawiał przykrości. Zachwycały się jego bogactwem duchowym i broniły dostępu do każdej pracy w domu i poza domem.W młodości lubił uczyć się geografii i języków. Akurat tego, czego potrzeba do zwiedzania świata. Ale Andre nawet swojego miasta nie opuszczał, jeśli nie musiał. Podróże były męczące, a nie chciał robić na złość samemu sobie. Niebezpiecznie zaczęła go wciągać polityka, ale nie żeby kandydować i działać. Chodziło o to, żeby dyskutować. Prawicowe odchylenie syna zgodne było z polityczną linią Leontine. Populiści trafiali do Andre, a on przekonywał do nich każdego, kto chciał słuchać. Prowadził dysputy oparte na bezczelnych przemowach partyjnych liderów. Nie dostrzegał, że jego własne  dzieci stawały się dorosłe i kolejno opuszczały gniazdo skażone ekologią matki i marną polityką ojca. Zakładały rodziny własne, po czym lgnęły do rodzin małżonków uznając toksyczność obiboka Andre i jego pazernej żony za nieuleczalne, bardziej zboczenie niż chorobę. Josephine uważała, że brat nie dorósł, bo matka nie dawała mu na to szansy. Współczuła i zachęcała do działań własnych, ale spotykała się ze zdziwieniem, gdyż Andre nie miał pojęcia, że coś takiego jak samodzielność istnieje. Sytuacja w szpitalu pokazała, że potrafi być udanym menadżerem. Miał jeszcze czas, żeby bierność zmienić w działanie i od nowa stworzyć siebie jako męża i ojca. Synem powoli być przestawał, bo niespodziewany kolejny kryzys odbierał Leontine szanse na życie i choć jeszcze patrzyła na dzieci, to nie wiadomo czy je widziała.

Ciąg dalszy nastąpi 28 czerwca;

 

Pierwsza zorientowała się Josephine. Żeby uchronić siostrę przed konfrontacją z prawem, spowodowała jej nagły wyjazd do oddalonego o setki kilometrów domu. Od tego czasu nastąpił przełom i matka powoli wracała do zdrowia.
Wiadomość o chorobie Leontine zastała ją za granicą, ale bez wahania porzuciła własne sprawy i pojawiła się w szpitalu. Zobowiązała się do całodziennych dyżurów, zajęła miejsce na krzesełku i przyglądała się pobladłej twarzy. Wprawdzie połowę zasłaniały ciemne okulary, ale po ustach mogła odróżniać w jakim jest nastroju. Chwilami matka pragnęła mówić, przerywała ciszę nieśmiałymi pytaniami, a potem odważniej – opiniami na temat życia. Wyrażała zdziwienie, że wszystkie dzieci są przy niej, często była niesprawiedliwa, a jednak się nie odwróciły. Ośmielało ją milczenie córki i coraz bardziej pogrążała się w fantazjach. Tymczasem Josephine osaczyło i zatruło dzieciństwo. Matka zapewniała sobie kontrolę i tak wychowywała dzieci, aby nawzajem na siebie donosiły. Były przez to agresywne i nie trzymały się razem. Nienawidziła Leontine za wredny głos i paskudny charakter. Zamknęła się we własnym świecie jak w psychiatryku, najpierw zmyślała, a potem została pisarką. Czym prędzej uciekła do miłości swego życia, pozbawionego charakteru prymitywa, a do tego pijaka. Urodziła piątkę dzieci i to był pierwszy krok upodobnienia się do Leontine. Teraz także znienawidziła dom, który sama stworzyła. Szukała sobie kochanków, żeby odetchnąć i dotlenić szare komórki tęskniące za pisaniem. Dzieci były wyrozumiałe, za to małżonek opowiadał że pije, bo żona mu się nie udała. Jej pierwsza książka tak bardzo go załamała, że na stałe przeniósł się na melinę. W Josephine wstąpiła radość. Gasła tylko podczas spotkań z matką, która uczyła ją wszystkiego, choć sama niewiele umiała. Stworzyła nowy świat –  pozbawiony agresji, mistyczny i tak bardzo nierealny, że ponaglane decyzją psychologów państwowe instytucje przekazały dzieci rodzinom zastępczym. W poszukiwaniu pokrewieństwa dusz trafiła na gniazdo gejów. Zazdrościła im miłości, a potajemne pocałunki mężczyzn wyzwalały w niej czułość i podziw dla niebywałych tajemnic świata. Leontine z daleka przyglądała się jej wariackim wyskokom i nigdy nie wiedziała jak zareagować. Ta córka przygnębiała ją i onieśmielała. Trudno było nawiązać kontakt z osobą, która milczała i zawsze miała smutne oczy. Cóż można powiedzieć dorosłej, kiedy się jej niczego nie miało do powiedzenia jako dziecku. Milczenie było ich wzajemnym stosunkiem i obie do tego przywykły. Dorastającą próbowała ujarzmić wyzwiskami, ale też się nie udało. Trwały w zawieszeniu i niczego nie można było z tym zrobić. Tymczasem Josephine znalazła sobie nowego męża, młodszego o ćwierć wieku kawalera, z żółtymi oczami zabójcy. Wkrótce po cichym ślubie wrócił do swego walczącego kraju i tam zginął w okolicznościach, których pogrążona w żałobie małżonka wolałaby nie znać. Okryta czarną peleryną roznosiła smutek jak zarazę i brawurowo grała rolę życia. Bycie wdową było ciekawsze niż pisanie książek. Pośpiesznie, od nowa stworzyła mit bohatera romantycznego, dla którego ojczyzna jest jedyną miłością. Współczuł jej cały świat, choć Leontine nie rozumiała dlaczego i osobiście nie miała nic przeciwko temu, że zginął.
W rodzinie się nie przyjął i nie było o kim myśleć, choć córka uważała inaczej. Dziennikarze zabiegali o wywiady z nią, nawet w szpitalu ich udzielała, przez co sławna stała się też Leontine. Uśmiechała się do kamery, a do niej Josephine i ze szpitalnej sali emitowano widowisko. Podłączało się odwiedzające rodzeństwo i wszyscy zaznali sławy, choć nawet o niej nie marzyli.

Ciąg dalszy nastąpi 22 czerwca;

Sophie z wprawą przydzielała rodzeństwu zadania i wyrażała dezaprobatę za małe zainteresowanie jej osobą. To ona przywiozła matkę do szpitala i spędzała z nią noce, przysypiając na wolnym łóżku. Nie dopuszczała do rozmów chorej z lekarzami, sama była lekarką i lepiej wiedziała co jej dolega. W domu podawała staruszce psychotropy. Zadziałały po kilku dniach. Ciśnienie spadło, nastąpiły czynności fizjologiczne i uratowała ją szybka ingerencja lekarza z pogotowia. Sophie lubiła leczyć ludzi, bo przynosili prezenty. Szafę miała wypełnioną alkoholami i słodyczami. Lubiła obfitość i chętnie się nią przechwalała. Nie przyznawała się tylko do inkasowanej gotówki i dla zmylenia wykazywała braki w portfelu. Była nienasycona i nieufna, ale chętnie pomagała, kiedy widziała w tym korzyść dla siebie na długie lata. Od dziecka cierpiała na chroniczny brak urody, ale i tak miała więcej adoratorów niż jej piękna siostra Genevieve. Przed pierwszym ślubem spędzała pożegnalne noce z byłymi narzeczonymi, za dnia uczestnicząc jako dziewica w kościelnych nabożeństwach i gorliwie się spowiadając. Leontine widziała w niej zakonnicę i przymykała oczy na lekkie prowadzenie. Wiedziała też, że nie mają sensu uwagi, córka jest samowolna i idzie własną drogą. Nie udawały się jej małżeństwa. Każde zawarte było z miłości, ale szybko dochodziło do nienawiści, bo półkule z uczuciami są za blisko siebie. Pierwszy mąż był osiłkiem i wkrótce po ślubie odesłała go do mamusi, drugi nie lubił pomiatania i sam się ulotnił, trzeci – aktywista komunistyczny – wprowadził system totalitarny. Dopóki się nie rozkręcił można go było akceptować, ale na dłużej podwójna tyrania na małym metrażu była nie do zniesienia. Wreszcie bezślubnie zajęła się mężem koleżanki, a potem jej nieruchomościami. Jako konkubina i rezydentka zaznała dobrobytu i snuła intrygi dla utrzymania tego stanu. Nigdy jednak nie zaprzestała praktyk religijnych. W ekstazie uwielbienia rozjaśniała się, pierwsza padała na kolana i ostatnia się podnosiła. Za darmo leczyła opętanych chciwością księży, a oni się za nią modlili. Całowała im za to tłuste dłonie i pochylała głowę do błogosławieństwa, które ochoczo spełniali dobrotliwie głaszcząc ją po płowych włosach. Synowie, fizycznie podobni do swoich ojców, po matce odziedziczyli jej najważniejsze cechy. Szybko stanęli na własnych nogach, a potem czmychnęli do bogatego kraju i tam się urządzili. Nie przysyłali żadnych wiadomości, nawet życzeń na święta. Istniało ryzyko, że zachęcona Sophie przyjedzie i zakłóci im spokój. Jednego tylko zagranica zwykle zwracała w kajdankach. Gdziekolwiek się znalazł, stawał się znanym w okolicy oszustem. Jego twarz nigdy nie wyrażała emocji, choć ogólnie wrażenie sprawiał sympatyczne. Babcia Leontine przelała na niego miłość tym większą, im więcej goryczy doznawała od własnych dzieci. Sophie z radością przyjmowała taki stan rzeczy i umiejętnie go podsycała. Na wszelki wypadek organizowała co tydzień  telefoniczne sesje motywacyjne, żeby matka pamiętała kogo ma finansować. Trzęsła się jej po tym głowa i lewa ręka, ale nie śmiała odmawiać córce – lekarce, która zawsze wiedziała co należy robić, a jeszcze bardziej co mówić. Należało mu też zapewnić mieszkanie. Sophie doznała powtórnej iluminacji przy szpitalnym łóżku matki. Przecież wystarczyły psychotropy by zatrzymać terapię, a potem skrytykować lekarzy za nieuctwo i brak należytych starań w leczeniu. W nocy dwukrotnie podawała Leontine malutkie białe tabletki. Potem zostawała na porannym obchodzie lekarskim i rozwiewała wątpliwości wynikające z bieżących badań.

Ciąg dalszy nastąpi 21 czerwca;

Leontine
opowiadała mi niedawno swój sen. Stałyśmy w dwóch różnych kolejkach do wielkiego budynku, ale tylko jej pozwolono wejść. Chyba się spełnił, bo niespodziewanie znalazła się na łóżku w dużym szpitalu. Była z nią gromadka dzieci, z których najmłodsze skończyło właśnie pół wieku. Kazała sobie podać ciemne okulary i z tą swoją nieprzeniknioną twarzą wyglądała jakby właśnie planowała napad. Poddawała się leczeniu, bo dzieci prosiły, ale nie była przekonana że to ma sens. Czuła się zmęczona, całe życie ciągnęła za sobą całą piątkę z rodzinami i jeśli miałaby wyzdrowieć to dlatego, żeby ogród nie zmarniał. Tak myślała, choć dzieciom się zdawało, że nie myśli i nie czuje. Nie liczyła się z nimi i nie obchodziły jej. Były egoistami i sprawiały wrażenie zdziczałych przez chciwość.
Co jakiś czas zapadała się w sobie. Wkraczała do lepszego świata, który na nią czekał, ale jeszcze nie przyjmował. Wychodziła na przeciw młodości, biegała po łące w jasnej sukience i wiatrem we włosach. Spotykała bliskich za którymi tęskniła – rodziców i rodzeństwo, a także jedynego mężczyznę w swoim życiu, znienawidzonego za zaniedbanie i zdrady. Nie lubiła kiedy przez wszystkie samotne lata przychodził w snach i obiecywał lepsze wspólne życie. Nie chciała go widywać ani z nim mieszkać, nawet na najpiękniejszej planecie.
Była moją przyjaciółką, ale nie zwierzała się. Wygłaszała monologi – niezależne od jej życia historyjki i nigdy nie wiedziałam ile w nich Leontine. Zmieszałam się, kiedy w szpitalnych drzwiach usłyszałam swój śmiech. Zastałam obrazek jak z niemego filmu – okryta białą pościelą postać otoczona była wianuszkiem starych ludzi – jej dzieci. Brakowało tylko ich rąk pod kołdrą, nerwowo poszukujących skarbów.

Ciąg dalszy nastąpi 15. czerwca;

Ciąg dalszy nastąpił:
 
Wyniszczała także tatusia. Nie był przygotowany na opiekę przez całą dobę. Mamusia miała pracę na etacie i wszystkie obowiązki w domu.  On wychodził do pracy i to był jedyny wysiłek jaki przez całe życie pamięta. Poza tym miał potrzeby i wymagał. A teraz –„wyobraża pani sobie, sam muszę ze wszystkim radzić”. Wiem, jak tatusiowi jest ciężko. Nie przyzwyczajony. Mamusia nie była już mamusią, była ciężarem, a on go dźwigał. Nawet pokonany był wyniosły, z przylepionym grymasem pogardy. Nie miał w sobie ani rozpaczy, ani smutku. Miał pretensje. Do syna że umarł, do synowych że odeszły, do żony że chora i do świata że zły. W dalszym ciągu używał zdrobnień i gdybym uważnie nie słuchała, mógłby wprowadzić mnie w błąd. Wypowiadał złe rzeczy w ładny sposób.
Pomyślałam o równowadze w życiu. Smaki i barwy pokazują różnorodność. Nie może być tylko dobrze albo tylko źle. Nie warto też wierzyć, że jest się kowalem własnego losu. Wystarczy mała ingerencja spoza naszego pojmowania i przestajemy być piękni, mądrzy i dzielni. A życie zadba, żebyśmy doświadczyli wielu smaków i kolorów.
Tatuś jeszcze nie skończył. Przypomniał sobie, że ciągle jest ważny i chciał mi to uświadomić. Od nowa urządził życie młodszemu synowi, znalazł odpowiednią dziewczynę i kupił ciężarówkę, żeby zarabiał. Syn ma pięćdziesiąt lat, – „ale wie pani, Szymuś to dziecko jeszcze”. Teraz jego twarz była apodyktyczna, aż się bałam zaprzeczyć. Ulżyło mi, kiedy zostałam wezwana do gabinetu, a potem minęliśmy się obojętnie, jakby rozmowy między nami nie było. Zupełnie jak za dawnych czasów.

Patrzyłam
na nich okiem sąsiadki, która – po przejściach – wegetowała z dzieckiem w małym mieszkanku. Byli idealni. Doskonała rodzina w niedoskonałym świecie. Serdeczna, kochająca mamusia, przystojny, wyniosły tatuś, dwaj synkowie z żonami i jeden z nich z własnymi córkami jako dekoracją. Robili wrażenie zainteresowanych sobą nawzajem, innych ludzi nie potrzebowali i pewnie nawet nie znali. Zawsze posługiwali się zdrobnieniami, jakby bali się zwyczajnego języka. Kolacyjki codziennie, w niedzielę kościółek i wspólny obiadek. Wyniosłości tatusia nie rozumiałam, myślałam że to poza, żeby nikt nie wchodził na ich teren. Wyprowadziłam się i  kontakt się urwał, wątpliwy zresztą, bowiem  dzieliło nas wszystko. W rozmowy ze mną nie wdawali się nigdy, nie należałam do ich świata. Nawet nie wiem czy mi się wtedy tatuś kłaniał. Kiedy po latach spotkałam go w poradni chirurgicznej, złożył  uszanowanie jakiego dawno nie widziałam. Potrafią to tylko mężczyźni „starej daty”, jeśli pochodzą z dobrych domów. Przeszedł operację i zgłosił się na usunięcie szwów. Podobnie zresztą jak ja i natychmiast staliśmy się wspólnikami. Opowiadał o życiu „po mnie”, kiedy ich świat się zawalił i nie powstał. Umarł starszy syn. Synowa poszukała sobie innego domu, a ponieważ wpadła w alkoholizm, przejęli opiekę nad wnuczkami. Odeszła też żona młodszego syna i mamusia całościowo sprawowała rolę opiekunki i kucharki. Bardzo się przejmowała, ale walczyła aż dziewczynki dorosły. Wreszcie, kiedy po latach miała czas na żałobę po swoim dziecku, straciła sprawność fizyczną i kontakt z otoczeniem. Degradacja była tak szybka, że nie dała się opanować.

Ciąg dalszy nastąpi 8 czerwca;

Babcie
Albina i Apolonia pochodziły z innych światów, a małżeństwo moich rodziców było mezaliansem. Obie zaledwie pamiętam i dziwię się teraz, że choć tak różne, jednakowo były obojętne na wnuki. Arystokratka Apolonia odwiedziła nas u schyłku życia. Ja siedziałam w kącie za kredensem, a ona przy stole. Poruszała bezzębnymi ustami i ponuro na mnie patrzyła. Rozpłakałam się, ale szybko musiałam zamilknąć, bo babcia kazała mamie zabrać „to dziecko”. Chłopka Albina była milsza, uśmiechała się, ale nie dostrzegała wnuków i nie rozmawiała z nami. Kiedyś uciekłam z jej domu drogą do pobliskiego lasu i podobno szukała mnie cała wieś.
Albina, kiedy została wdową wyjechała do Ameryki na zaproszenie własnego szwagra – wdowca i wyszła za niego za mąż. Wypełnił się stary zwyczaj, kiedy brat zmarłego musiał poślubić jego żonę, żeby się nią zaopiekować. Etapy starości są krótkie, babcia ponownie została wdową i kiedy potrzebowała pomocy po udarze, pojechała do niej moja mama. Wróciła odmieniona, utrzymywała mniejszy dystans, łatwiej się z nią rozmawiało.
Mama opowiadała o babciach, ale dopiero we własnej starości miała sympatię dla Apolonii, która jej nie akceptowała i nie lubiła.
Babcie nie zapisały się dobrze w mojej pamięci i nie istnieją jako pierwowzór do pełnienia tej roli przeze mnie. Mama także nim nie jest więc sama muszę się uczyć. Korzystam z intuicji, ale czy to wystarczy? – nie wiem. Mam wrażenie, że nie umiałam być matką i nie umiem być babcią. Na szczęście nie do mnie należy ocena i tego się będę trzymała.