Rowerek
był mały i ja byłam mała. Miałam sześć lat, a rowerek trzy kółka i mocną niemiecką konstrukcję. Ojciec odkupił go od ludzi, którym dzieci wyrosły i z daleka przywiózł do domu. Mama nie była z tego powodu zadowolona, uważała że zabawka powinna się zmieścić w dłoni dziecka. Miała też zwyczaj uprzedzania o konsekwencjach jeśli coś nie było po jej myśli. Wiedziałam, że nic złego nie może mi się na rowerze przydarzyć bo jeszcze dostanę. Lęk przed biciem jest tak samo paraliżujący jak lęk przed spadaniem. Pilnujesz się, starasz, uważasz i mimo to potykasz się i spadasz. Tym razem moje potknięcie było okropnym bólem. Duży palec u nogi wkręcił się w łańcuch, był zerwany częściowo paznokieć i dużo krwi. Do mamy szłam na pięcie, z płaczem i strachem. Ledwie spojrzała i rzuciła się na mnie z furią jaką zwykle miała w sobie, innej mamy nie znałam. Jak już zmęczyła się biciem, otworzyła drzwi i wypchnęła mnie z domu.
Długo siedziałam na schodach, nie wiedziałam co zrobić z krwawiącym palcem, a instynkt samozachowawczy nie pozwalał mi wracać. Pomyślałam, że może ojca poszukam i jak kuśtyczka ruszyłam przed siebie.
W okolicy sezonowo stacjonowało wojsko, kierowane do pomocy przy żniwach i zbieraniu ziemniaków jesienią. Natknęłam się na żołnierza, który zaniósł mnie do swojej jednostki. Pamiętam, że wszyscy mnie tam  pocieszali i rozśmieszali, dostałam suche plastry  kawy zbożowej z cukrem i to było wspaniałe lekarstwo. Długo siedziałam z założonym bandażem i uniesioną stopą zanim mogłam wyjść, a potem ukrywałam się za domem czekając na powrót ojca. Przy nim mama nie biła, nawet mówiła spokojnie. Nie interesowała się moim zranionym palcem, ale szczegółowo wypytywała jak to się stało, że mam opatrunek.
Miałam nieszczęście wychowywać się w rodzinie pełnej  przemocy i wzajemnej niechęci. Pozostała z tego wewnętrzna głęboka samotność i smutny – na całe życie – człowiek. Ale w tej historii najważniejszy jest chłopak w polowym mundurze, który zostawił trwały ślad w postaci mojej wielkiej sympatii dla wojska i wiarę, że to co robią żołnierze jest potrzebne i dobre.

Duchy
widzę, kiedy o to poproszę. Pojawia się światełko i otwiera przestrzeń do ich wymiaru. Zawsze się przy tym wzruszam, a kiedy projekcja się kończy, ogarnia mnie smutek. Staram się tych kontaktów nie nadużywać, żeby nie myliły się światy, tylko czasem pomyślę, że chciałabym spotkać wszystkie życzliwe mi istoty. Pokazują się wówczas twarze, których nie rozpoznaję, pewnie pochodzą z innych moich wcieleń. Ale reperują mi duszę i dodają sensu obecnemu życiu.
Kiedy umarła mama, chciałam wiedzieć gdzie przebywa i czym się zajmuje. Zobaczyłam duży dziedziniec w XIX-wiecznym mieście i ustawione wokół stoły. Nakrywały je dziewczyny ubrane w szare suknie. Wśród nich moja mama niosła na stół sagan, jaki w dzieciństwie widziałam u babci. Była młoda i energiczna, poruszała się z gracją i nie było w niej śladów słabości i choroby. Uspokoiłam się. Widziałam, że nie dzieje się jej krzywda i od tej chwili zapanowałam nad pustką, którą po sobie zostawiła. Teraz myślę, że zbyt wcześnie ją wywołałam. Pokazywała swój poprzedni pobyt w przestrzeni. Wiedziała, że opowiem rodzeństwu i wszystkim dodawała otuchy. Minęło sporo czasu zanim spotkałyśmy się ponownie. Przyglądałam się radosnemu spotkaniu grupy ludzi. Bardzo się sobą cieszyli i gęsto aż było od miłości. Atmosfera wciągała mnie, choć wiedziałam że nie wolno mi podejść za blisko. Kobieta z piękną fryzurą obejrzała się i rozpoznałam mamę. Była zdziwiona i zaskoczona, z lekkim grymasem lekceważenia. Nie potrzebowała mnie, zakłócałam jej spokój. Siedziała w szczęśliwym gronie i nie było tam miejsca dla mnie. Nie mogę zapomnieć, jakiego doznałam zawodu z powodu jej reakcji. Odpychała mnie i czekała aż zniknę. Znowu dostałam od niej lekcję: nie idź tam, gdzie nie jesteś zaproszona. W pouczaniu była najlepsza na świecie i tak zostało.

Pielęgniarka
z hospicjum miała miłą twarz i smutne spojrzenie. Siedziałyśmy przy stole, w mieszkaniu mojej mamy, a ona umierała w pokoju obok. Mówiła, że starość jest znieczuleniem przed śmiercią i miała świadomość, że doszła do ostatniego etapu. Od wielu dni patrzyłam jak odchodzi i zaczynałam gubić się w uczuciach. Pielęgniarka uznała, że to raczej ja potrzebuję pomocy i taktownie rozpoczęła rozmowę – że to zwykła sytuacja i w cyklu życia jest tylko przejściem z jednych do drugich drzwi. Czas, który spędzałam z mamą, zmieniał mnie. Zewnętrzne bodźce zaczęły być nieznośne, a we mnie była pustka. Nie chciałam jej peszyć. Pilnowała, żeby moja mama nie cierpiała i miałam za co być wdzięczna. Powinnam też była docenić uwagę skierowaną na mnie, tylko że nie bardzo rozumiałam co do mnie mówi. Mój umysł wyłączył się i urwał nam się kontakt. Głęboka cisza była nieznośna i ciężka, na pewno żałowała, że starała się mnie wesprzeć, nie mogła się jednak spodziewać takiej reakcji. Sama też byłam zaskoczona. Mama prosiła żeby po niej nie płakać, że jest zmęczona i wolałaby już umrzeć, ale nie wspomniała, że czeka ją następne życie. Chyba nawet go nie chciała. Starzy ludzie zbyt wiele wiedzą o życiu, żeby dobrowolnie wchodzić w nie od nowa.   Bardzo się teraz wstydzę. Choć nieporadnie starałam się wytłumaczyć nie zmienia to faktu, że przyjaciela potraktowałam jak wroga, bo chroniczny brak snu spowodował, że nie zrozumiałam życzliwości. Przepraszam Panią, nie zasługuje sobie Pani na złe słowa czy wrogie zachowania. Jest Pani aniołem, którego nie zrozumiał zwykły śmiertelnik.                                                                          

Przysmaki  
w kuchni są coraz bardziej wymyślne, naczynia pasują do każdej strony świata, obce nazwy mieszają się ze swojskimi i narasta cierpienie utraconej tożsamości. Nie wiem kim jestem i co lubię, komu przygotuję sushi, a komu pielmienie, i dlaczego mój garnek do fondue stoi pusty. Kiedy odwiedzałam moją mamę, zawsze pachniało u niej domem. Jadłam podsmażonego na smalcu kurczaka – u siebie byłam wegetarianką, zupę ze śmietaną – u siebie liczyłam kalorie i ciągle po coś sięgałam, bo u mamy smakowało wszystko. Po kilku latach od jej śmierci  zrozumiałam, że wcale nie jestem inna niż ona, a moja postępowość to żałosne pozory. Jeżeli mama piekła, to zawsze drożdżówkę, która dla mnie pozostaje tajemnicą na wieki. Ale ile innych rzeczy potrafię upiec w swoich licznych prodiżach i piecykach – aż strach pomyśleć.
I właśnie postanowiłam z tym skończyć. Wygrzebałam stary przepis na ucierane ciasto, które okazało się genialne w smaku i prostocie przygotowania.
Potrzeba: 5 średnich jajek, 1 szklankę cukru,  ¾ szklanki oleju, 2 szklanki mąki tortowej, szczyptę soli, aromat waniliowy, 2 łyżeczki proszku do pieczenia, 5 jabłek obranych i pokrojonych w kostkę.
Białka z cukrem i solą należy ubić na sztywną błyszczącą pianę, dodać żółtka, a potem olej. Następnie mąkę, proszek i aromat, na koniec pokrojone jabłka. Piekłam w prodiżu przykrytym folią aluminiową 1godz.10 min.
Nie posypałam po wierzchu cukrem pudrem i udawałam, że jest przez to mniej kaloryczne.
Nikogo nie zachęcam do postępowania po mojemu. Mój dom długo jeszcze będzie pachniał lawendą – bo tak jest w Prowansji, a w kuchni nie będą smażyły się schabowe. Pozory, których nabyłam w drodze do świata, zamieniły moje proste życie w dziwoląga. A właśnie tego nie chcę.

Konkurs
 ogłosił czekoladowy potentat. Informacja wpadła mi na maila, poczułam się więc zaproszona osobiście. Pod hasłem SPEŁNIENI 2015 należało opisać własną historię. Nie miałam historii. Napisałam o przemyślanych i doświadczonych wielu latach życia. Nie otrzymałam żadnej nagrody, choć bardzo by mi się to podobało.
 
Mam poczucie, że stanowczo za późno zrozumiałam, czym  jest spełnienie. Dochodziłam do tego długo, po okropnych wybojach. Niestety, niewiele ma ono wspólnego z obrazem życia tworzonym przez młodość, kiedy priorytetem i spełnieniem jest miłość. Mąż i dzieci są naszym snem o rodzinie, ale w życiu  mało w nim wzajemności i zbyt wiele bólu. Osiąganie spełnienia poprzez innych jest zwykle kruche i niepewne. Także wykształcenie, podróże, majątek, pozycja społeczna – to spełnienia krótkotrwałe, zależne od sytuacji życiowej, czasem też od splotu wydarzeń i w naturalny sposób przemijające. Dopóki świadomość spełnienia nie jest stanem trwałym, wynikającym z przeżyć i przemyśleń, jest niestety połowiczna i powierzchowna. Wydaje mi się zatem, że człowiek sam dla siebie musi być spełnieniem. Pogodzić się ze sobą, z życiem, ze światem, akceptować słabości własne i cudze. Mieć podziw dla piękna i potrzebę przeciętności dla kontrastu.
Kiedy nauczyłam się być szczęśliwa sama ze sobą, świat zaczął się do mnie uśmiechać. Uzyskuję pomoc, jeśli jej potrzebuję, umiem poprosić i wyrażam wdzięczność. Wewnętrzna siła wspierana przez okoliczności jest moim spełniającym się w 2015 roku życiem. Modeluję je według własnego wzorca.

Poisonette
nade wszystko lubiła rządzić. Uważnie przyglądała się matce i postępowała tak samo. Byłam o wiele lat młodsza więc wymuszanie i bicie ćwiczyła głównie na mnie.
Wśród obcych przemoc nie mogła się sprawdzić. Chytrze przyjmowała  postawę przyjaciółki  i zjednywała kogo chciała. Była przylepna i usłużna, dopóki nie skłóciła wszystkich w swoim zasięgu. Tworzenie intryg nazywała koronkową robotą i miała na nią kilka opcji. Jednych tymi koronkami oplatała, innych nastawiała przeciwko sobie, zawsze wiedziała co komu szepnąć lub włożyć do ręki.
Poisonette nie lubiła żadnej pracy, która nie dawała pieniędzy i wysługiwała się innymi. W domu spełniałam wszystkie polecenia z obawy  przed jej gniewem. Bez opamiętania biła pięściami po plecach i ciągnęła za włosy, a mama dyskretnie tego nie zauważała.
Kiedy już miałam własną rodzinę, a ona za sobą kolejne rozwody, zawsze wiedziała jak znaleźć dla siebie wygodne miejsce. Matce powierzyła wychowywanie swoich dzieci i niechętnie tam zaglądała, ale z lubością nawiedzała mnie. Tresura z dzieciństwa sprawiała, że się nie sprzeciwiałam. Poisonette przejmowała zarządzanie, odwoziła do szkoły moje dzieci i prowadziła rozmowy z nauczycielami. Przepraszała, bo jest tylko ciocią, ale ci rodzice – och, jacy niezaradni – i ona musi przyjeżdżać i pomagać. Mojemu mężowi gotowała ulubione potrawy, bo – ach, ona niczego nie potrafi.  Udawało się dopóki żyła matka. Także – zgodnie z tresurą – jej zdanie się liczyło i nie chciałam sprawiać przykrości.
Tylko że teraz Poisonette jest starą niepotrzebną nikomu kobietą, bezgłośnie poruszającą ustami przy kolejnych modlitwach. Wydaje się że nie prosi o łaski dla siebie. Prosi o męki piekielne dla wszystkich, kogo za mało w życiu skrzywdziła.

Mężczyzna
był eleganckim starszym panem, jeździł samochodem z kierowcą i zawsze mi mówił, że jestem piękna. Miał ogromną fantazję w odniesieniu do swego życia, opowiadał historie, w których jawił się jako wybitny uczony i wynalazca. Pomimo to, w codziennym życiu, popełniał wszystkie możliwe błędy. Lubił afiszować się bogactwem, nie przegapił żadnej okazji żeby zwrócić na siebie uwagę. Zaproszony na herbatę przychodził z własnym słodzikiem, to mu dawało szansę opowiedzenia o niszczącej go cukrzycy, której nigdy nie miał. Traktował mnie jak ubogą krewną, interesował się moim życiem i tym jak się prezentuję. Nie lubił pomalowanych na żółto paznokci, a o mojej fryzurze mówił zwykle, że piorun uderzył w miotłę. W swoich opiniach dotyczących innych był bezkompromisowy, dzielił ludzi na dwie grupy: ważną i nieważną. Ważną grupą karmił osobistą głęboką próżność, a nieważną zaszczycał swoją osobą i czekał na oklaski.
Zdarzył się nam kiedyś wspólny wyjazd do B., gdzie – zanim rozeszliśmy się do swoich spraw – zaprosił mnie na obiad. Nie miałam nic do powiedzenia odnośnie menu i kiedy na przystawkę przyniesiono łososia z kieliszkiem wódki, prawie się załamałam. Jadłam z trudem, bo nie lubię ryb, nawet z dodatkiem cytryny.
Jednak wódka w południe to było stanowczo za dużo. Nie chciałam pić i nie mogłam. Nie zamierzałam też się tłumaczyć, choć naleganie było coraz bardziej natarczywe. Przed następnym daniem pochylił się nade mną i wyszeptał głosem nie znoszącym sprzeciwu: no wypij, bo łosoś pomyśli że go świnia zjadła.