Odessa,
w opowieściach mojego ojca, była magicznym miastem w Związku Radzieckim, gdzie budowniczy Polski Ludowej jechali w nagrodę na wypoczynek. Odzyskiwali siły, poznawali bratni naród i jego dążenie do świetlanej przyszłości. Może nawet nie wiedzieli, że de facto przebywają na Ukrainie. Dla mnie to świat Benia Krzyka i moja własna historia, przypomniana teraz,  kiedy Ukraińcom wypada i trzeba pomagać. Pojechałam tam jesienią, Pociągiem Przyjaźni, z dużą grupą młodych ludzi. Nie miałam takich ambitnych planów, ale łatwiej mi było zorganizować sobie pobyt nad Morzem Czarnym niż naszym Bałtykiem. Ostry wiatr znad morza prawie natychmiast ściął mnie z nóg. Kilka dni spędziłam w hotelowym pokoju, po czym pierwszy spacer odbyłam do apteki. Stanęłam w kolejce, a kiedy niechcący kogoś potrąciłam, przeprosiłam po polsku. W tym momencie wyfrunęłam prosto pod drzwi. Nie wiedziałam co się stało, ale przytomnie ponownie zajęłam miejsce na końcu. Nie reagowałam na zaczepki, po prostu musiałam mieć lek. Z awantury wnioskowałam, że wypchnęła mnie tłusta kobieta w średnim wieku i w dalszym ciągu – wraz z innymi – miała pretensje, że jeszcze nie wyszłam. Aptekarka sprzedała mi jakiś obojętny specyfik i dopiero moja grupa wygrzebała z toreb potrzebne lekarstwa. Miasto wydawało się monumentalne z powodu budynków i przygnębiające. Uparcie chodziłam nad morze, oddychałam jodem, zbierałam muszelki. Któregoś dnia, na moich oczach zdezelowany dżip uderzył w latarnię, wypadł z niego kierowca azjata na sam środek szerokiej jezdni. Szybko został zabrany do kostnicy przez służby miejskie. Nie było hałasu, silnik zgasł natychmiast, usłyszałam tylko krótki przejmujący głuchy trzask.             Byłam przyjaźnie usposobiona, chętna poznawać ludzi, ale w Odessie to nie wyszło. Nawet kiedy chciałam spróbować słynnych kiszonek i pokazywałam w warzywnym sklepie na pełne słoje, sprzedawczyni odparła że nie ma. Jedynie stary Gruzin upatrzył mnie w hotelu na synową i w imieniu syna okazywał względy, co było nawet miłe, ale nierealne. Nigdy potem się nie zdarzyło, żeby ktoś tak serdecznie i szczerze zapraszał mnie do swojego kraju. Wierzę, że Gruzja ciągle na mnie czeka i że uda mi się jeszcze tam pojechać.

Staruszka
wybrała mnie na główną recenzentkę swoich wierszy. Zdarzało się, że prosiła o poprawienie, a potem krzyczała, że ktoś ośmiela się grzebać w jej twórczości. Miała powyżej osiemdziesiątki, filigranową postać i niespożytą energię. Wymyślała dla mnie atrakcje, w których – w żadnym razie – nie mogłam uczestniczyć. Kiedy dowiedziałam się, że jest chora, postanowiłam ją odwiedzić. Wyglądała dobrze i dreptała w klapkach po małym mieszkanku. Poczęstowała mnie herbatą i piernikiem. Poskarżyłam się, że starsza pani w kościele zajęła trzy miejsca w ławce i nie pozwoliła, żebym usiadła. Przyznała z dumą, że też tak robi, bo lubi jak jest wygodnie. Potem wspólnie czytałyśmy wiersze, chciała je drukować i chodzić na spotkania z czytelnikami. Po chwili, znudzona, opowiadała mi o swoich sąsiadach i zmieniła się w pełną nienawiści skurczoną babcię o skrzekliwym głosie. Na spowiedzi prosiła księdza, żeby ich nie pochował jak poumierają, a ona wie, że nie pożyją długo. Obiecał jej to i teraz jest już spokojna. Będą mieli na co zasłużyli. Nie zdążyłam spróbować piernika. Wyszłam pośpiesznie i bardzo jej później unikałam. Nie rozumiała co się stało, ale nie zabiegała już o kontakty ze mną. Byłam za to bardzo wdzięczna, nie umiałabym wytłumaczyć, że się jej po prostu wystraszyłam. Runęło moje wyobrażenie o delikatności i subtelności starych pań i była to dla mnie przykra emocjonalna strata. Wprawdzie nie unikałam poznawania nowych starszych osób, ale nie byłam już w stanie zaangażować się w sensie towarzyskim. Bardzo tego żałuję, w moim życiu zabrakło odniesienia do starości, do której sama zmierzam w szybkim tempie, a zgodnie z istotą życia nikt nie jest tak stary, aby nie potrzebował kogoś starszego od siebie.

Marysia i Józia,
głuchonieme bliźniaczki, mieszkały w pokoju na poddaszu, przygarnięte przez dalszych krewnych. Miały maszynę do szycia i dwa żelazne łóżka z siennikami. Za firanki służyło im drzewo za oknem, a za radio ptaki, choć ich nie słyszały. Bałam się, ale lubiłam patrzeć jak rozmawiają rękami i dziwiłam się, że się rozumieją. Stawałam w drzwiach, a one zachęcająco wyciągały kolorowe resztki materiałów, żebym się mogła pobawić. Były bardzo ruchliwe i bardzo zajęte. Kiedy przychodziły klientki, przymiarki odbywały się w uroczystej ciszy. Przeważnie gadatliwe proste kobiety nie przerywały jej, ale i tak otrzymywały produkt zgodny z zamówieniem. Nigdy nie widziałam u nich jedzenia. Myślałam, że są bardzo biedne, ale nie ośmieliłam się powiedzieć o tym swojej mamie. Bałam się , że mnie zbije za chodzenie „po chałupkach”. Słyszałam też jak miała pretensje do ojca, że wynosi z domu jedzenie obcym ludziom. Kiedyś zastałam Józię w łóżku, pokazywała na głowę, a Marysia płakała znad maszyny. Uciekłam i jak dzikie zwierzątko schowałam się na dole za ich drzewem. Potem… dowiedziałam się od dzieci na podwórku, że Józia umarła, a Marysia zwariowała. Teraz myślę, że obie miały nie więcej niż dwadzieścia lat. Moja fascynacja przetrwała. Widzę je przez całe życie, jak bardzo się rozumieją i wspierają. Chciałam to oddać swojej siostrze. Nie wychodziło nam. A wyszłoby, gdyby nie przeszkadzały słowa.

Dzień dobry, dziękuję że zechcieliście do mnie zajrzeć,

ale nie mówcie mi Państwo, jeśli rozczaruje Was mój blog. Łatwo się zniechęcam. Uważam też, że za wiele jest słów pisanych i mówionych. Zalewają nas, choć złotem jest milczenie. Sama nie rozumiem dlaczego, po latach przerwy, wracam do pisania. Nic mnie nie tłumaczy choć w głębi duszy liczę, że moje teksty będą komuś pomocne. I okaże się wtedy, że po to piszę.

Sala z pisarzami 
po brzegi wypełniona była mężczyznami. Weszłam spóźniona i nieśmiało zajęłam wolne miejsce. Z radością dostrzegłam mojego idola, dla którego kupowałam „Literaturę na Świecie”. Pomieszkiwał we Włoszech i opisywał je, ale – jak?! Jego cudowne ciepłe teksty, mądre spostrzeżenia, łagodne oceny, to niedościgniony wzór dla pisarzy radykalnych i przemądrzałych. W przerwie rzuciłam się prawie na kolana, dziękując za każdą chwilę z jego – najwyższego lotu – literaturą. Ucieszył się, upajał, wręcz kochał każde moje słowo. Nie odwdzięczył się jednak choćby odrobiną zainteresowania. Nie wiedział kim jestem i co robię, ani też dlaczego się na tej sali znalazłam. Pisarze omawiali społeczne problemy, często narzekając na swój los i węże w kieszeniach wydawców.    W przerwie podszedł do mnie malutki okrągły człowieczek. „Obyśmy zestarzeli się na tej samej poduszce” – wyszeptał tkliwie ormiańską sentencję i wrócił na swoje miejsce przy stole. Kiedy na wieczornym koncercie i kolacji jeszcze się razem nie zestarzeliśmy, wyraźnie zaczął mnie tępić. Rzucał uwagi tak perfidnie i celnie, że ośmieszył mój wygląd, mój wiek i… moje wszystko. Ten biedny człowiek trafił na kogoś słabszego od siebie. A ja straciłam wszelkie złudzenia. Po raz kolejny przekonałam się, że ci którzy piszą, przeważnie różnią się od swoich tekstów. Jeśli chcę dodać im godności nie powinnam poznawać ich osobiście.