O ludziach, którzy karmią innych, zawsze myślę ze wzruszeniem. Nabywanie produktów lokalnych dawno przestało być światową modą, nastąpiło świadome odżywianie coraz bardziej podupadającego na zdrowiu społeczeństwa. Mieszkańców Hajnówki zaopatrują właściciele gospodarstw rolnych i ogrodniczych z terenu powiatu. Po latach na miejscowym rynku są jak członkowie rodzin, którzy niezawodnie przyjeżdżają z jedzeniem. Chociaż nie znam ich nazwisk, wiem którego dnia wybrać się po zakupy, bo będą moi ulubieni dostawcy. Oni sami pewnie nie mają świadomości jak ważną rolę pełnią w naszym życiu, bo po prostu najlepiej jak potrafią wykonują pracę, którą sami sobie wybrali albo jako spadkobiercy odziedziczyli po rodzicach i dziadkach.

bazarek1Jerzy Pietruczuk mieszka we wsi Kuraszewo w gminie Czyże, 14 km od Hajnówki. Jego gospodarstwo to 16 hektarów, na których rosną warzywa i pszenica. Różnorodność spowodowana jest zmianowaniem, bez którego nie byłoby plonów, bo po warzywach ziemia musi co najmniej 4 lata odpoczywać. Gospodarstwo odziedziczył po rodzicach i od 1990 roku jest jego prawowitym właścicielem. Pracuje z żoną Haliną, czasem pomaga syn, sezonowo zatrudnia też obcych. Sprzedaż bezpośrednio dla klienta rozpoczęli rodzice i trwa to już ponad 30 lat. Nic dziwnego, że klienci traktują go jak kogoś bliskiego. Światowy trend w Hajnówce funkcjonuje od bardzo dawna i kto wie, czy jego filozofia właśnie stąd się nie rozeszła.

Bardzo lubię rozmawiać o jedzeniu prosto z pola i z ogromną wdzięcznością kupuję żywność od ludzi, którzy wyhodowali ją własnym staraniem i pracą. Całe rodziny, często nie wyłączając dzieci, zajmują się procesem produkcji i może dlatego tak wielu wrażliwych i dobrych ludzi mieszka na Podlasiu. Możliwe, że to jedyny na świecie region gdzie można przeżyć z pominięciem hurtowni i sklepów. Ludzie, którzy wyjechali stąd w młodości chętnie wracają, bo ciągle funkcjonuje tu pojęcie ojcowizny.

O Hospicjum Dom Opatrzności Bożej w Białymstoku przy ul. Sobieskiego 1 pisałam 21 maja, po wizycie założycieli Stowarzyszenia na Rzecz Hospicjum w Hajnówce. Joanna Bińczycka, Piotr Mirończuk i Piotr Skiepko zostali zaproszeni przez doktora Tadeusza Borowskiego – Besztę i spotkali się z założycielami tego hospicjum, które właśnie obchodziło jubileusz ćwierćwiecza. 14 października w placówce odbyła się II Międzynarodowa Konferencja na temat opieki hospicyjnej i postępowania terapeutycznego. Referat doktora Jana Szafrańca – lekarza, psychologa i polityka został wydany i rozpropagowany w formie broszury zatytułowanej „Słowa, wzruszenia, uczynki w posłudze hospicyjnej”. Nie wystarczy rozumieć cierpienie i współczuć, potrzebne jest jeszcze działanie, bo najwyższym miłosierdziem jest uczynek wyrażony w posłudze fizycznej, kiedy trzeba „nakarmić, napoić, przyodziać, w dom przyjąć, pocieszać, nawiedzać, grzebać”. W Hospicjum Dom Opatrzności Bożej każdego dnia chorzy i ich rodziny stają z lękiem przed nieuniknionym, a wtedy zrozumienie i działanie jest jedynym oparciem i szansą na przetrwanie rozpaczy. Dla personelu to nieustanne trwanie we wrażliwości, uczuciach i dobroci.

Po kilkuletnim remoncie elewacji niedawno zakończyły się prace nad odnowieniem ostatniego bloku na hajnowskim os. Millenium. Tego, w którym mieszkam, i który został oddany do użytku w 1955 roku, a w dodatku jest moim rówieśnikiem. Dla mnie ta zbieżność jest magiczna, bo razem się starzejemy, a taki proces powinien odbywać się z klasą. Przed remontem blok udekorowany był białoruskimi wzorami stworzonymi przy pomocy szablonu.
blok1Lubiłam je, ale nie musi być zawsze tak samo, tym bardziej że zewnętrzna warstwa się sypała i przy okazji na 10 osiedlowych bloków opracowano nowe wzory. Przetarg na renowację tego bloku wygrała firma Sato Dev z Białegostoku. Elewacja zawsze chroni, a w tym wypadku także dociepliła mury. Składa się z kilku warstw, z czego ostatnia jest dekoracyjna. Pracowali nad tym codziennie, niezależnie od pogody, od wczesnego rana do wieczora Marek Perkowski /z lewej/ i Krzysztof Wiszowaty.
blok2Kiedy patrzyłam jak dźwigają wiadra z zaprawą, sama się uginałam pod ich ciężarem. Pracowali ponad siły, czego akurat nie pochwalam, bo zdrowia potrzebują dla siebie i swoich rodzin. Obserwuję ludzi i świat, ale nigdy nie widziałam, żeby ktoś pracował tak ciężko i z taką pasją. Elewację niemal w całości wykonali sami, inne osoby zatrudnione przez firmę pomagały zgodnie ze swoją specjalizacją. Przyjeżdżała też ekipa do składania i przenoszenia rusztowań. Wszyscy zostawili po sobie idealny porządek.
7.jpgTeraz osiedle jest piękne, tym bardziej że zadbano o infrastrukturę i wszystko jest nowe. Bloki są własnością gminy miejskiej, a zarządcą Zakład Gospodarki Mieszkaniowej. Mieszkańcy najchętniej współpracują z Grzegorzem Łukaszukiem, który całość nadzorował i zawsze pomaga ilekroć zdarzają się problemy wymagające interwencji. Jego osobiste zaangażowanie i empatyczne podejście do wszystkich spraw dają poczucie bezpieczeństwa i gwarantują lokatorom ratunek w razie potrzeby. Pan Grzegorz ma naturę altruisty i prywatnie też pomaga ludziom, ale nigdy o tym nie mówi.

Prosicie mnie Państwo w mailach o wyjaśnienie różnych kwestii odnośnie hajnowskich wspólnot mieszkaniowych. Zapewniam, że nad tym pracuję.

Na świecie 320 mln osób choruje na depresję. Plus te, które nie pozwalają się zdiagnozować myśląc, że samo przejdzie. W Polsce chorych jest 1.5 miliona. Ponad połowa z tych 320 milionów ma myśli samobójcze. Z tego powodu codziennie umiera 3800 osób. To po nowotworze największy problem zdrowotny na świecie. Czy wystarczy, czy jednak powinnam rozwinąć temat? Proszę, abyśmy opamiętali się we wszystkim, co jest złe w naszym życiu. Ta nieprawdopodobna potęga chorób, przybierająca na sile z każdym rokiem, ma szansę zabić każdego. Dlatego bądźmy dobrymi ludźmi póki żyjemy, bo prognozy niczego nie gwarantują nam na przyszłość.

30 września w Hajnowskim Domu Kultury odbył się wieczór towarzyski zorganizowany przez Stowarzyszenie na Rzecz Hospicjum w Hajnówce. Założyciele zaprosili wszystkie osoby, które wspierają starania o hospicjum w Hajnówce. Wszyscy się zgadzają, że brak takiej placówki przy szpitalu jest poważnym zaniedbaniem, które jak najszybciej trzeba naprawić. Spotkanie było okazją do rozmów o dalszych działaniach mieszkańców, bez których władze szpitala i powiatu najchętniej nie podejmą tematu, choć hospicjum w mieście jest tak samo ważne jak np. przedszkola. Kiedy jedno pokolenie wchodzi do społeczeństwa, inne robi mu miejsce i nie wolno udawać, że jest inaczej. Założyciele stowarzyszenia zapewnili wszystkim dobrą zabawę, głównie dzięki Piotrowi Skiepko, który jest utalentowanym muzykiem. Jako wokalistka towarzyszyła mu Anna Karetko, która należy do zespołu „Narewczanki” prowadzonego przez pana Piotra.
2Joanna Bińczycka (na zdjęciu z lewej) i Piotr Mirończuk z żoną jako gospodarze zadbali o dobrą atmosferę.

34

Walentyna Mirończuk od założenia stowarzyszenia jest jego dobrym duchem i doskonałym łącznikiem z mieszkańcami miasta. Organizatorom bardzo pomagał Zbyszek Kujawa – bezinteresownie życzliwy i hojny uczestnik spotkania. Słodkie wypieki podarowali: Andrzej Borowik, piekarnia „Podolszyńscy” i Pracownia Tortów Cukrowe Fantazje. Pracownia stworzyła już nową wystawę na swoim sklepie przy ul. 3 Maja 41 i zgodnie z jej klimatem zmieniła częściowo asortyment na jesienny.

5Hojnością wykazali się wszyscy zaproszeni goście i dzięki ich darowiznom w ciągu jednego wieczoru konto stowarzyszenia powiększyło się o kwotę 820 zł.

1Materialnie wsparte zrozumienie jest najlepszym wskaźnikiem jak bardzo wspólna jest sprawa hospicjum. Założyciele stowarzyszenia dziękują wszystkim za dobry, radosny i bardzo miły wieczór.

Autorem zdjęć jest Jakub Kośko

8 września poznaliście Państwo Sylwię z Anglii, a dziś mamy gościa z Holandii. Prowadzi bloga i choć o tym nie marzyła realizuje się jako blogerka. Przekazuje wiedzę, która ważna jest także dla innych i wypełnia tym wolny czas. Poza tym piecze, gotuje, hoduje rośliny na balkonie, zajmuje się swoimi zwierzętami, zwiedza, fotografuje i zachwyca światem, który dosyć późno stał się dla niej szczęśliwy.

Bozena

 

 

 

 

 

 

 

 

Mam na imię Bożena, od pięciu lat mieszkam w Amsterdamie, w mieszkaniu na V piętrze i próbuję się tu odnaleźć, choć jeszcze czasem czuję się zagubiona. Prowadzę zwykłe życie kobiety domowej, żony i okazjonalnie babci, która każdego ranka odprawia męża do pracy, a potem tęskni i czeka z obiadem. Bardzo to lubię, bo napracowałam się w życiu i namartwiłam, a teraz mam czas na samorealizację. O odkryciach kulinarnych, muzycznych i wielu innych opowiadam na blogu czarymarycodzienności.blog.pl, zamieszczam zdjęcia, mam także swój instagram. Moje dwie córki w Polsce są najwierniejszymi czytelniczkami. Do Holandii przyjechałam prawie 5 lat temu do męża, który podjął tu pracę, kiedy urodziła się nam córka z porażeniem mózgowym i potrzebne były pieniądze na leczenie. Teraz jest dorosła i prowadzi w miarę samodzielny tryb życia. 20 lat bezustannych starań o jej sprawność, wyrzeczenia i samotność nauczyły mnie, że życiem trzeba się cieszyć i celebruję je jakby każdy dzień był świętem. Początkowo podjęłam pracę przy sprzątaniu rozrzuconych po całym mieście biur. Miałam do dyspozycji rower i mapę, ale i tak wiele razy się zgubiłam. W efekcie poznałam miasto i to była dobra strona. Zrezygnowałam z ulgą kiedy tylko się okazało, że muszę zapłacić podatek przewyższający moje dochody z uwagi na zarobki męża. 3 lata uczyłam się języka niderlandzkiego na kursach dla imigrantów. Amsterdam jest stolicą Holandii, ale większość instytucji rządowych i przedstawicielstw zagranicznych znajduje się w Hadze. Wprawdzie to największe miasto w kraju, ale i tak tylko 2 razy większe niż Białystok w Polsce. Przecina je sieć kanałów charakterystycznych i podziwianych na całym świecie. Turystów, zwłaszcza młodych, szczególnie cieszą miejsca, gdzie do kawy można legalnie zamówić jointa z marihuaną. W Polsce mieszkałam na zachodzie kraju, ale moi rodzice pochodzili z kresów wschodnich więc tym bardziej mi miło, że mogę poczytać o Hajnówce na blogu pani Teresy. Kupiłam książkę o szeptuchach na tym terenie i nie mogę wyjść z podziwu, że jest jeszcze w Polsce region, gdzie nadal leczą znachorki – szeptuchy. To fascynujące i bardzo tajemnicze. Niczego nie kwestionuję jeśli tylko pomaga ludziom. Na moich terenach w Polsce ludzie chętnie leczą się ziołami. Przywożę je do Holandii jako zestaw pierwszej potrzeby w niektórych przypadłościach. Z oddalenia bardziej doceniam i szanuję charakterystyczne dla regionów cechy, bo dzięki nim wyróżniamy się barwnością na tle innych krajów.

Na blogu publikuję w każdą niedzielę, nieraz też w sobotę. Nie zamieszczam komentarzy Państwa, ale wszystkie czytam i zawsze odpisuję. Czasem nawiązuję bliski kontakt z Czytelnikami, co jest wielką radością i przywilejem autorki, ciągle schowanej za literkami. O swoich sprawach piszcie na adres mailowy podany w czołówce.

Religia i wiara – dwa pojęcia, które utożsamiamy nie zważając, że oznaczają coś innego.

Religia to pełna czci postawa człowieka, a wiara – mocne przeświadczenie, że istnieją istoty i zjawiska nadprzyrodzone, których się spodziewamy.

Czasem ludzie dostrzegają granicę światów, czasem nie, ale prawie nikt z nas nie wątpi, że istnieje. Dla mnie to rzeczywistość, której nigdy nie podważam. Wiara pomocna jest w różnych sytuacjach życiowych. Kiedy tracimy naszych bliskich, tylko wiara pomaga ocalić siebie i dalej funkcjonować w doczesnym świecie.

Od zarania dziejów o granicy światów powstawały opowieści, jednak nic nie przebije mitów starożytnej Grecji. Jeden z nich dotyczy podziemnego świata zmarłych. Bogiem umierających był podstępny i bezlitosny starzec o imieniu Charon. Zawsze ubrany w strój niewolnika, bez jednego rękawa i w okrągłym kapeluszu osłaniającym szpetną twarz. Przewoził dusze przez rzekę Styks stanowiącą granicę między światami. Za przeprawę brał jednego obola, dlatego rodzina zawsze umieszczała przy zmarłym monetę. Nikt żywy nie miał wstępu do jego łodzi. Charon sterował, a dusze zmarłych musiały wiosłować. U bram podziemnej krainy, pod którą płynął ognisty strumień, witał ich przyjazny trzygłowy pies Cerber, ale zmieniał się w potwora, jeśli tylko chcieli zawracać. Był jedynym pomocnikiem Hadesa, boga budzącego strach, a jednocześnie nadzwyczaj sprawiedliwego, o żelaznej zasadzie przybywania do jego królestwa na wieki. Hades wyróżniał się spośród bogów zwykłym życiem. Był dobrym bratem, dobrym mężem Persefony, którą uprowadził z ziemi, i hojnym władcą niezmierzonego bogactwa w swoim świecie. Sędziami podziemia byli Minos, Ajakos i Radamantys. To oni ważyli błędy i dobre uczynki dusz, po czym nieśpiesznie kierowali do jednej z trzech części hadesu, przeznaczonej według zasług. Jeśli już ktoś wszedł do tego świata, nigdy więcej nie mógł go opuścić. Bóg Hades czasem pojawiał się na Ziemi. Nosił wtedy czapkę z psiej skóry, która czyniła go niewidzialnym. Dzięki temu żaden żywy człowiek się nie bał, że został naznaczony jego obecnością.

Nie jest ważne w co kto wierzy. Byle wiara była miłością, a pożegnania pochodziły z samej głębi kochających serc.

Nie lubię polityki i nie wtrącam się nawet na własnym szczeblu gminnym. Interesują mnie wyłącznie jasne strony twórczych ludzi i głównie o tym piszę. Nigdy nie rozumiałam parcia do rad wszelkiego typu, a potem łączenia się w koalicje zwane koteriami. Sesje miejskie i powiatowe oglądam od czasu, kiedy dowiedziałam się, że w Hajnówce de facto nie ma hospicjum i nie będę miała gdzie umrzeć. Liczyłam, że informacja pochodząca od mieszkańców o pilnej potrzebie takiej placówki zelektryzuje obie rady i rozpoczną się działania komentowane obszernie na sesjach. Niestety jak zwykle przejechałam się na własnej naiwności, ale systematycznie zdobywam wiedzę, której pochodzenie wskazuje na ciemną stronę ludzi zapatrzonych w siebie, czyli bezgranicznie bezczelny zarząd miasta. Odnoszę wrażenie, że tylko czterech radnych miejskich rozumie swoją rolę i ich wypowiedzi słucham z uwagą. Gdyby nie fanatycznie pojmowana dyscyplina partyjna, być może więcej osób by się wyróżniało, ale najwidoczniej blokuje je lęk przed odrzuceniem. Nie wiem czy zdajecie sobie Państwo sprawę, że kiedy się was ogląda, robicie wrażenie nieprzygotowanych i zaszczutych. Te wasze podziękowania za to, co miejscy urzędnicy mają obowiązek wykonywać w ramach swojej pracy, są żałosne i śmieszne. Pana Piotra Mirończuka, wieloletniego pracownika kolei, a teraz radnego, poprosiłam o zgodę na publikację wypowiedzi /bez skrótów/ wygłoszonej  27 września na XXXI sesji. Dotyczyła  zrujnowanego dworca, który miasto zamierzało od kolei przejąć.

Szanowni Państwo,

dworce kolejowe w Hajnówce funkcjonowały na przestrzeni ponad stu lat.  Pierwszy wybudowano w 1897 roku, a ostatni zamknięto w 2010. Kiedy kryzys dotknął kolej najpierw zablokowane zostały dalekobieżne połączenia kolejowe, a zlikwidowanie kas było równoznaczne z zamknięciem dworca. Rozpoczęła się powolna dewastacja budynku, na wykorzystanie którego nie było i dotąd nie ma racjonalnego pomysłu. Po długim okresie uzgodnień z PKP burmistrz Hajnówki ostatecznie zdecydował o przejęciu dworca. Nieodpłatne nabycie wcale nie oznacza, że jest za darmo. Pan burmistrz przyjął do realizacji warunki, które dotyczą terenu i budynku obok dworca. Kilkakrotnie pytałem pana z jakiego źródła będą pochodziły pieniądze na realizację tych warunków, ale nie uzyskałem odpowiedzi. Zapomina pan, że zadaję pytania w imieniu mieszkańców miasta – swoich wyborców i to oni głównie czekają na odpowiedź. Jak dotąd Pana inwestycyjne pomysły były realizowane w pokrętny sposób. Dla przykładu podaję były budynek ZAMECH-u przy ul. Armii Krajowej, budynek bloku mieszkalnego na Żabiej Górce, remont budynku gospodarczego na terenie dawnego szpitala i z tego powodu sprzeciwiam się dalszym planowanym wydatkom, które obarczą nas i kolejny samorząd.

Spotkał się Pan z przedstawicielami organizacji pozarządowych zainteresowanych możliwością wykorzystania budynku, ale też zagospodarowania pomieszczeń dworca, jako że zamiarem Pana jest przekazanie tego obiektu na cele społeczne. Tyle że organizacje nie dysponują funduszami na ten cel. Będą  się dopiero o nie ubiegać i po niepewnych staraniach wejdą do budynku lub zrezygnują. Jeśli w założeniach ma pan plan B w postaci przekazania dworca Przedsiębiorstwu Usług Komunalnych, to proszę nie czarować tylko od razu przekazać do wiadomości publicznej. Jak dotąd ta spółka miejska była obficie przez Pana obdarowywana, choć decyzje należy uznać za kontrowersyjne.

W tym samym 1986 roku, kiedy dworzec PKP oddano do użytku, Hajnówka uzyskała tytuł Mistrza Gospodarności, ale nic nie wskazuje na powrót do dawnej świetności. Jak usłyszeliśmy na poprzedniej sesji, dziś jest na drugim miejscu w rankingu miast, którym grozi upadek. Postępowanie Pana, brak gospodarskiego myślenia, nie daje pewności, że to przejęcie jest pomysłem trafionym. Przy okazji proszę wyjaśnić mieszkańcom w jakie koszty nas Pan wciąga i nie oszukiwać mylnym sformułowaniem „nieodpłatne nabycie przez gminę miejską Hajnówka…”, bo pieniądze, i to wcale niemałe, mają za tym pójść. Czy ma to oznaczać, że zostaną wypuszczone następne obligacje? Zaznaczam, że nie rozpoczęto jeszcze spłaty poprzednich. Poza tym w uchwale RM nie podano pełnej nazwy zbywającego i należałoby się zastanowić, czy w tej formie w ogóle może być przyjęta. Brak komunikacji z radnymi oznacza, że ma Pan coś do ukrycia albo po prostu radnych lekceważy. Po latach funkcjonowania we władzach miejskich i powiatowych łatwo zapomnieć, że to nie jest Pana prywatne przedsiębiorstwo, co uprzejmie Panu przypominam.

Wtedy rozpętało się piekło. Akurat na tę sesję burmistrz Hajnówki przysłał swego zastępcę, który nie zrozumiał, że sprawa w równym stopniu go dotyczy i jeśli już nie umiał przyzwoicie się odnieść, to przynajmniej podziękować. Wykazał się jednak tak pospolitą i rażącą agresją, że nawet ja, osoba bez jakiejkolwiek funkcji, nigdy bym sobie na to nie pozwoliła. Za rok kończy się kadencja więc nerwowość w radzie miejskiej powoli narasta. Załatwić trzeba jak najwięcej i jak najszybciej. Podziękowania za przyjęcie uchwały długo i obficie przekazywała radna i wiceprzewodnicząca tej rady, także pracownica kolei, która najwyraźniej osobiście była zainteresowana sprawą „oddania” miastu ruiny i gorliwie za tym podczas sesji lobbowała. Radny sejmiku wojewódzkiego Mikołaj Janowski, znając realia, prosił o ponowne przemyślenie i odłożenie decyzji do następnego posiedzenia, ale przewodniczący rady bez namysłu, skrępowania i liczenia się z obecnością kamery emitującej obraz do wszystkich mieszkańców, kategorycznie się sprzeciwił. Nie dziwi mnie, że przy takim tupecie w podchodzeniu do miejskich spraw i wydatków jesteśmy na drugim miejscu w rankingu i pewnie wkrótce podskoczymy na pierwsze. Hajnówka nie obchodzi nikogo oprócz samych hajnowian, a kiszenie się we własnym sosie wygodne jest dla burmistrza, zastępcy i przewodniczącego rady – jedynych w swoim rodzaju mistrzów manipulacji, bardzo na sesjach czytelnych.

 

 

Osiedle Millenium ładnie się nazywa, ale po wybudowaniu w latach sześćdziesiątych władze zapisały je z błędem, a obecnym nie chce się zmienić. Milenium /lub millennium/ to tysiąclecie i na całym świecie pisze się tak samo, jednak władze Hajnówki posiadają własną wiedzę. Kiedy tu zamieszkałam, w bloku oddanym do użytku w 1955 roku, osiedle było przystanią tzw. elementu. Budowano je dla miejscowych osobistości, jednak ich dzieci w większości nie pasowały do tej kategorii. Dopiero w ubiegłym roku policja zanotowała spadek przestępczości w Hajnówce choć na Millenium jest spokojnie od dobrych kilku lat. Być może ma to związek z Unią Europejską, która dała pracę i możliwość rozwoju młodym ludziom, czego we własnym mieście byli pozbawieni.

Bieda zawsze warunkuje postępowanie ludzi, ale kiedy poznałam Ulkę z drugiego piętra i jej rodzinę, nie wiedziałam, że jest im trudno. Zawsze zadbani, a dodatkowo Ulka piękna. W dwupokojowym mieszkaniu była matka, ojciec, ich dorosłe dzieci – Robert i Ulka, Rysiek – mąż Ulki i dwóch małych synków. Ojciec wkrótce musiał się wyprowadzić, bo wynosił z domu niezbędne przedmioty jako walutę za alkohol. Robert cierpiał na chorobę dwubiegunową i kiedy budził się z obojętności do świata, wpadał w szał. Niszczył własne mieszkanie, a przy okazji naszą klatkę schodową. Ulka i Rysiek najmowali się do różnych prac, ale nie byli w stanie utrzymywać całej rodziny. Narastające zadłużenie za mieszkanie było ich największym problemem i kiedy tylko weszło w życie prawo do dokonywania eksmisji bez przydzielania lokali zastępczych, hajnowski Zakład Gospodarki Mieszkaniowej, za przyzwoleniem ówczesnego burmistrza, szybko z tego skorzystał. Ulka znalazła zrujnowany budynek na wsi, dawno opuszczony przez krewnych, i przeniosła się z całą rodziną. Mieszkali tam zaledwie miesiąc. Do ogrzewania zbierali chrust jak w dawnych czasach, a światło dawały świeczki ustawiane w różnych miejscach, bo dzieci bały się ciemności. Pożar zastał ich we śnie. Spłonęli wszyscy oprócz chorej na serce matki, która akurat przebywała w szpitalu i Roberta, bo nie wrócił wtedy na noc. Matka umarła po kilku godzinach od tragicznej wiadomości. W Hajnówce nie przeżywano dotąd pogrzebu z pięcioma trumnami. W małych miastach mało co nie jest wspólną sprawą i na długo stanęły wszystkie serca, zanim życie powoli wróciło do normy.

Do czasu wprowadzenia obowiązku eksmitowania do lokali zastępczych, na pewno wydarzyła się niejedna tragedia. Na szczęście o nich nie wiem, bo nie umiałabym z tym żyć. Ciągle jednak obserwuję bezduszność na różnych szczeblach z przyzwoleniem ludzi, których to nie dotyczy. Gdybyśmy zwiększyli swoją społeczną aktywność, interesowali się decyzjami władz, o wiele mniej byłoby dramatów. Hajnówka jest tak mała, że łatwo rozpoznać kto z mieszkańców potrzebuje pomocy i niezwłocznie jej udzielić. Lokalni urzędnicy w żadnym razie nie mogą uskarżać się na nadmiar pracy, a mimo to nie jest ich priorytetem wyciąganie ludzi z kłopotów. Łatwiej jest wykonywać zalecenia zapisane w paragrafach, bo to nie wymaga myślenia i dobrej woli. Niewątpliwie ówczesny burmistrz jako urzędnik nie ma sobie nic do zarzucenia, ale jako człowiek się nie sprawdził.

Z mężem się rozwiodła, bo jej nie szanował. Zwlekała aż dzieci podrosły, a wtedy już nic go nie chroniło. Starsza córka szybko założyła własną rodzinę i zostały z Martą same. Były jak siostry, nierozłączne, oddane, ze wspólnymi sprawami.  Niemal ciągle pracowała na chleb dla obu, a Marta spełniała swoje marzenia. Uczyła się fryzjerstwa, bo tak to kochała, że strzyżenie i czesanie śniło się jej po nocach. Jak już została pełnoprawną fryzjerką i prowadziła własny salon, dalsza rodzina kupiła jej mieszkanie blisko mamy i Marta poszła na swoje, ale więzi okazały się nierozerwalne. Matka pomagała jej we wszystkim w czym tylko mogła, ona pomagała matce, a obie pomagały potrzebującym, bo na tym etapie życia miały już czym się dzielić. Mieszkały na biednym osiedlu, bo w Hajnówce wszystkie osiedla są biedne, może poza prywatnym budownictwem na obrzeżach miasta. Kolega z sąsiedztwa zapytał, czy mogłaby mu coś pożyczyć, a ona bez wahania zaprosiła go do siebie. Wychodząc zamknął za sobą drzwi na klucz i od tej chwili nie było wiadomo gdzie się Marta podziała.

Matkę poznałam tuż po pogrzebie. Ona miała potrzebę mówienia, a ja poinformowania o szczegółach tego strasznego morderstwa, które wstrząsnęło miastem i poraziło jak prądem. Rodzina zorganizowała marsz przeciwko przemocy i niemal wszyscy mieszkańcy wyszli na ulicę, aby po raz drugi pożegnać Martę i w ciszy zademonstrować swój sprzeciw. W sądzie uczestniczyłam w  każdej rozprawie, bo pisałam relacje dla jednej z gazet. Wyszłam z tego prawie z pomieszaniem zmysłów, patrzyłam na matczyną rozpacz ze szczerym zdziwieniem, że da się ją przeżyć. Trudno sobie wyobrazić, że istnieje taki ładunek emocji, który może rozbijać kamienie.

Morderca był młodym mężczyzną, mężem i ojcem. Zabił Martę, żeby spokojnie ją okraść i w miarę możliwości zatrzeć ślady. Odmówił składania zeznań więc sąd odczytywał wcześniejsze, spisane przez policję, ale tych się wyparł. Siedział cynicznie uśmiechnięty i chyba nawet dumny z siebie, a przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Nieprzygotowana drobniutka prokurator, w za dużej todze, w kółko przytaczała argument w postaci kości gnykowej, a w mojej głowie narastał mętlik i rozsadzał ją. Trzy osoby, które zapamiętałam za mądrość i takt to śledczy z Hajnówki, patolog i sędzia sprawozdawca. Wyrok dwudziestu pięciu lat w więzieniu nie zrobił na mordercy większego wrażenia, jedynie twarz zmieniła mu się z cynicznej na wredną.

Niedawno spotkałam matkę i choć ciągle mam w pamięci jej zrozpaczony obraz, odważyłam się na rozmowę. Nie zdawałam sobie sprawy, że Marta nie żyje prawie tyle lat ile sama wówczas miała, a mordercy kończy się wyrok. Jeśli był skrócony, na pewno przebywa już na wolności i prowadzi normalne życie. Dla niej nigdy więcej nie będzie normalnie. Jest zupełnie sama, bo starsza córka od dawna mieszka za bardzo daleką granicą, a dorosłe wnuki też są daleko od niej. Niezależnie od wydarzeń każdy ma prawo układać życie po swojemu i tak jest dobrze. Choć długo się bała i wciąż czekała na Martę, osiągnęła już wewnętrzny spokój i w miarę swoich skromnych możliwości nadal pomaga innym.