Czy wiecie Państwo jaki to krzew?

tawuła2To tawuła szara. Roślina piękna i nieskomplikowana. Odporna na mrozy, choroby, szkodniki i zanieczyszczone powietrze. Lubi wilgotne, słoneczne lub półcieniste miejsca, ale w każdych warunkach się zaadoptuje. Na ogół nie wymaga żadnych zabiegów pielęgnacyjnych poza usuwaniem starych i martwych pędów. Dorasta do dwóch metrów i taką samą średnicę osiąga w koronie. Imponująca zwłaszcza wiosną, kiedy zakwita jeszcze przed całkowitym pojawieniem się liści.

tawułaDrugie zdjęcie jest z internetu, bo do kwietnia tawuła odpoczywa i nie mogę pokazać Państwu obsypanej kwiatami. Nikt z nas nie jest obojętny na urodę roślin i wystarczy się zainteresować, aby do własnych ogrodów wybrać te, które będą cieszyły najbardziej.

Stowarzyszenie na Rzecz Hospicjum w Hajnówce szuka sprzymierzeńców wśród osób znanych, szanowanych, cenionych, sprzyjających ważnym społecznym przedsięwzięciom. Pierwszą osobą, z którą spotkali się założyciele stowarzyszenia jest Poseł na Sejm RP Tomasz Cimoszewicz, szczególnie zainteresowany problemami Podlasia.

aaaOd lewej: Piotr Skiepko, Tomasz Cimoszewicz, Joanna Bińczycka, Piotr Mirończuk.

Zdjęcie udostępnił Marek Bagrowski - asystent biura posła Tomasza Cimoszewicza

Ponownie zamieszczam zapomniany już tekst z bloga, bo ważny jest jednakowo dla wszystkich. Dbajcie Państwo o swoje zdrowie, bo kiedy się raz zepsuje bardzo trudno je odzyskać.

Mogłabym się zgodzić, że powtarzanie jest nudne, gdyby temat nie był taki straszny. Pasożyty to mordercy! Światowa Organizacja Zdrowia w szacunkowych danych podaje, że w ostatnich 10. latach zaraziło się nimi ponad 4,5 mld ludzi, a w ciągu roku umiera 14 mln. Pisałam o tym 3 lipca 2015 r., kiedy wyjeżdżaliście na wakacje, przypominałam 13 sierpnia, a teraz powtarzam, bo jeśli powróciliście Państwo z kraju i zagranicy, z lasów i ogrodów do swoich zajęć, zwróćcie uwagę na własną kondycję zdrowotną. Nie bez powodu tak dużo o tym piszę i ostatecznie postanowiłam opowiedzieć w szczegółach jak sama chorowałam i jak się leczyłam. Myślę, że zaraziłam się od ślimaków /ale to teoria/, bo w moim ogrodzie w żadnym razie ich nie brakuje. Ślimaki są nosicielami przywr, które w wielkiej ilości bytują w ich śluzie. Wystarczyło, że pełznący ślimak pozostawił smużkę śluzu, a ja na nią usiadłam i niewidoczne dla ludzkiego oka pasożyty przez skórę przeniknęły do krwi. To się mogło zdarzyć latem, a pierwsze objawy choroby wystąpiły w grudniu, kiedy już się obficie namnożyły. Przywry są prawie niewykrywalne, diagnoza pozostaje raczej w intuicji doświadczonego lekarza niż w badaniach. Przez wiele lat byłam jednym wielkim bólem bez szansy na wyzdrowienie. Wyniki wszystkich badań medycznych nie wskazywały, abym na cokolwiek chorowała, były tak dobre aż genialne i powoli zaczynałam uchodzić za osobę, która lubi się leczyć. A przecież nie lubię. Nie znoszę kolejek w przychodniach, leków i ich działań ubocznych. Ale ratunku szukałam, bo ból nie dawał mi żyć. Przez lata poznałam różne ośrodki medyczne, wielu specjalistów i przyglądałam się jak chętnie zbywają pacjenta, kiedy nie wiedzą co mu jest. Jacy bywają aroganccy, bezwzględni w pozbywaniu się problemu i chętnie go podrzucają kolegom z tego samego ośrodka. Aż wstyd, że mamy lekarzy, którym nie zależy. Wcześniej nie miałam takich doświadczeń. W Hajnówce na Podlasiu, gdzie od kilkunastu lat mieszkam, nie zetknęłam się z takimi lekarzami i nie wiedziałam, że istnieją choć dawno przestałam być naiwną panienką. Jako pacjentka spotykam się tu z empatią, szacunkiem, życzliwością i otrzymuję pomoc, po którą przychodzę. Ale pasożytów medycyna nie uwzględniała w diagnozach i być może nie traktowała poważnie. Nie czułam żalu żegnając się z życiem, bo wszystko było lepsze od bólu. Nie spodziewałam się też ocalenia, ale przyszło i pisałam o tym 3 lipca – /proszę, przeczytajcie Państwo jeszcze raz/. Jeśli moja historia nie przekonuje do zainteresowania się pasożytami w kontekście własnego zdrowia, to nie wiem co więcej mogę napisać.

 

Kiedy w naszych głowach szaleją żywioły, wydaje się, że wie o tym cały świat. Najdziwniejsze, że choć narastają, nikt nie biegnie nas ratować. Bo wiecie Państwo w czym problem? W braku komunikacji. Tej, której celem jest wymiana myśli, dzielenie się wiedzą, informacjami i ideami. Ale do tego potrzeba słów. Zamykanie się w sobie i oczekiwanie, że ktoś zgadnie o co nam chodzi, jest zwykłym nieporozumieniem. Tylko komunikacja może wywołać skutek, którego oczekujemy. Jako ludzie jesteśmy jednakowi. Nikt nie jest gorszy ani lepszy od innych, nawet sama królowa. Ale zamykamy się ze strachu. Boimy się ośmieszenia, niezrozumienia, zlekceważenia itp.  Jest też tak, że większy problem z komunikacją mają starsi. Młodzi otwierają się łatwiej i chętnie nawiązują relacje każdego typu. Może jednak od młodych warto się uczyć i nie udawać mądrzejszych?

Z przyjemnością oglądałam poetycki a przy tym niesamowicie zmysłowy teledysk, jakie się prawie nie zdarzają. Sofia Rotaru przez kilka minut śpiewa o swojej miłości, wydaje się szczęśliwa i spełniona, ale to tylko jej miłość. On nawet nie wie, że ktoś go kocha. /Ja jego lubiła, no on mienia nie naszoł /. Wakacje sprzyjają miłości, ale też złamanym sercom. Brak odwagi nie pozwala zrobić pierwszego kroku. A potem jest już rozstanie i tyle z tego kochania zostaje. Zachęcam do komunikacyjnej odwagi w każdej sprawie, a w uczuciach szczególnie. Żeby nie było łez i tęsknoty przeżywanej na własną prośbę. Mówmy innym co myślimy, co czujemy, jacy naprawdę jesteśmy. Nie każmy zgadywać prawdy o sobie, bo stajemy się bardziej interesujący jeśli mamy jakieś wady.

W komunikacji międzyludzkiej bardzo ważne są gesty, ale też wygląd, mimika twarzy czy ton głosu. Czasem jeden gest wart jest więcej niż milion słów. Trzeba nauczyć się rozumieć moc dotyku /podobnie jak uśmiechu/, słowami raczej uwodzić nie ranić, a podczas spotkań być przyjacielem nie wrogiem. We wszelkich kontaktach trzeba skupiać się na swoich mocnych stronach i w żadnym razie nie uwłaczać rozmówcom. Będzie łatwiej funkcjonować w trudnym świecie, kiedy wysyłane przez nas komunikaty pozostaną dla innych czytelne.

W piątej klasie dołączył do nas Mirek S. i zaczął się regularny łomot. Mirek bił wszystkich, przeważnie pięścią i z całej siły. Chodziliśmy wokół niego jak aniołki, byle nie dostać. Był mały, porywczy, miał niekształtną głowę, jakby jej tylna część była za duża i niestarannie doklejona. Nie obchodziło go, że się skarżymy nauczycielom. Nauczyciele też go nie obchodzili. Systematycznie wzywany do szkoły ojciec podobno bił go w domu i zamykało się błędne koło agresji. Z nadzieją wypatrywaliśmy dnia, kiedy Mirka zabiorą do poprawczaka, bo obiecywali mu nauczyciele i rodzice, ale ten dzień nie nadszedł i Mirek razem z resztą klasy otrzymał świadectwo ukończenia znienawidzonej podstawówki.

Spotkałam go w stanie wojennym / w Polsce: 1981 – 1983/.  Przechodziłam po pasach na zielonym i niemal wpadł na mnie rozpędzony motocykl szalonego zomowca. Szłam już chodnikiem, kiedy ten sam motocykl zatrzymał się obok. Wściekły facet rzucił najpierw serię przekleństw, potem bez odrobiny przyzwoitości podsumował: – a, to ty, k., łamaga klasowa, niech cię szlag. Nie chciałam rozmawiać. Miałam małe dziecko i zostałoby sierotą, gdyby mnie zabił na pasach. Nie obowiązywały go światła i zawsze robił co chciał. ZOMO było dla niego idealne. Spośród kandydatów dobierano głównie tych o skłonnościach sadystycznych, brutalnych, pozbawionych skrupułów.

Formacje Zmotoryzowanych Odwodów Milicji Obywatelskiej zostały utworzone po krwawych zamieszkach w Poznaniu w 1956 roku. Władze PZPR uświadomiły sobie wtedy, że nie są w stanie bez dodatkowych sił zwalczać narastającego niezadowolenia wśród obywateli. Do tłumienia protestów potrzebne im były zorganizowane na wzór wojskowy zwarte, mobilne, odpowiednio wyszkolone, uzbrojone i zawsze gotowe do działania oddziały milicji. Bez zbędnej zwłoki powołano do służby 10 tys. zomowców, ale do tłumienia zamieszek ilość ta okazała się niewystarczająca. Na początku lat 70. utworzono oddziały specjalne ZOMO, które z założenia miały służyć do aresztowań wyjątkowo niebezpiecznych przestępców, ale przed stanem wojennym były wykorzystywane przede wszystkim do działań przeciwko opozycji. 13 tys. funkcjonariuszy ZOMO polewało wodą, dusiło gazem łzawiącym, biło specjalnymi pałkami, strzelało i zabijało demonstrantów aż do lipca 1989 roku, kiedy użyto ich po raz ostatni, a 7 września 1989 roku zostały rozwiązane. ZOMO istniało 32 lata /1957 – 1989/. Na początku lat 90. zostało przekształcone w Oddziały Prewencji Policji.

Już po publikacji artykułu dowiedziałam się, że Mirek S. odszedł ze służby po rozwiązaniu ZOMO i jest na swoim terenie cenionym rzeźnikiem.

Cierpienia nie widać na ulicy. Wychodzimy zdrowi, zadbani, piękni. Cierpienie pozostaje w czterech ścianach szpitalnych lub domowych, schowane dla każdego, kto nie musi go oglądać. I trudno określić, które życie jest bardziej realne. Czy to na pokaz, czy schowane? Bo cierpienie i umieranie to też życie. I należy traktować je z szacunkiem. Stowarzyszenie na Rzecz Hospicjum w Hajnówce od kilku miesięcy próbuje to Państwu powiedzieć, ale mamy świadomość, że z ideą hospicjum nie dotarliśmy do wszystkich. Tworzenie miejsc wspomagających osoby w potrzebie znane jest od wieków. Zakładano przytułki dla bezdomnych, chorych, samotnych i tam się nimi opiekowano. Dopiero w XX wieku pojawiło się hospicjum i bardzo potrzebne jest nam w Hajnówce.

Hospicjum dzieli się na stacjonarne i domowe. Domowe ma pomagać w domowym zaciszu. Chorego powinien odwiedzać zespół hospicyjny, czyli lekarz, pielęgniarka, psycholog, rehabilitant, wolontariusz i duchowny jeśli bliscy sobie tego życzą. Mają zapewnić pomoc nie tylko choremu, ale całej jego rodzinie. Stacjonarne, to miejsce specjalnie utworzone dla nieuleczalnie chorych. Umieszcza się tam chorego, jeśli z jakichś powodów niemożliwa jest opieka w domu, ale zasadnicze wskazania są trzy: – jeśli chory potrzebuje całodobowej opieki medycznej, – jeśli nie ma bliskiej osoby by się mogła nim zaopiekować, – jeśli potrzeba tymczasowej opieki wyręczającej, gdy rodzina np. musi wyjechać i nie ma kogo pozostawić do opieki nad chorym. Żadne z tych hospicjów nie skupia się na śmierci, ale na wartości życia niezależnie od jego kondycji.

Bracia Rysunek i Wiesunek to koledzy z podstawówki. Rysunek był w klasie mojej siostry, a Wiesunek dwa lata młodszy. Ich mama była Rosjanką z mocnym akcentem i tak się do nich zwracała. Dla nas to po prostu Rysiek i Wiesiek. Ich rodzice poznali się w stalinowskiej kolonii karnej na Kamczatce, gdzie mama odbywała karę, a ojciec – Polak – był nadzwyczaj gorliwym funkcjonariuszem i wyznawcą Stalina. Kiedy po śmierci wodza w 1953 r. odzyskała wolność, razem przyjechali do Polski i tu urodzili się ich synowie. Upośledzony Rysunek był względnie samodzielnym chłopcem, ale wymagał opieki także poza domem. Ojciec kupował mojej siostrze cukierki za zdejmowanie i podciąganie portek, kiedy w szkole chciało mu się siku albo co innego. Był malutki, drobniutki i nie wolno było się z nim sprzeczać. Wpadał wtedy w szał i bił nas chudymi piąstkami po plecach, a jak się zmęczył to już tylko płakał i się jąkał. Siostra dostawała dodatkowe cukierki jak go wybroniła i nigdy nikomu nie dała nawet spróbować. Nie wiem w jakim wieku skończył podstawówkę, ale brat go przegonił i po latach spełnił oczekiwanie swego ojca, który nieraz krzyczał, że Wiesunek nam pokaże jak zostanie prokuratorem. Nie wiem czy ojciec tego doczekał, bo jak wszystkie dzieci z symptomami normalności, które z czasem uległy podważeniu, uciekłam do świata a potem w dorosłe życie. Mój były twierdził, że jestem niedorozwinięta i gdybym się w porę nie wyprowadziła, zapiłby się na śmierć. Nie znał większego upadku dla prawdziwego mężczyzny niż pisząca żona.

Prokurator Wiesunek jest kopią swego ojca. Obaj kwadratowi, małomówni, z zimnymi oczami i bezwzględnością w postawie. Przypadkiem widziałam  jak ojciec bił sąsiada, bo mu nie pasował i zawsze, nawet teraz mam przeczucie, że jego syn zdolny jest do tego samego. Wtedy Wiesunek unikał konfrontacji z nami i do nikogo się nie odzywał. Z daleka omijał swego brata i czasem próbowałam wyobrazić sobie jak funkcjonują razem w domu. Moja mama mówiła o nas dzieci, a ich mama mówiła o nich oddzielnie, jakby do siebie nie pasowali, i tylko o Rysunku z miłością. Na pewno po śmierci rodziców rozpadła się ta rodzina jak wiele innych i prokurator dawno zapomniał skąd się wywodzi. Za to kariera dopisuje mu nieprzerwanie przy każdej władzy. Kiedy widzę jego nazwisko w prasie boję się świata, w którym żyję. Wiesunek może mnie zamknąć w więzieniu kiedy zechce, może wyciągnąć rękę po moją rodzinę lub przyjaciół, może zaszkodzić bo to lubi. Właśnie w takim kontekście jest opisywany i nigdy nie znalazłam o nim zwykłej ludzkiej wzmianki. Aż przykro, że jest postacią z mojego dzieciństwa i ciągle pamiętam jak chodzi taki mały z dużym tekturowym tornistrem i odwraca głowę na widok innych dzieci.

Pierwsze na świecie hospicjum stacjonarne powstało w Londynie 50 lat temu. Prekursorką była Cicely Sanders, która podczas rozmów z Dawidem Taśmą, nieuleczalnie chorym polskim lotnikiem, wpadła na pomysł założenia takiej instytucji. Pierwsze hospicjum stacjonarne w Polsce otwarto 25 lat temu w Białymstoku /na blogu 21 maja 2017 r./  Z założenia miała to być placówka, która pomogłaby godnie przeżyć ostatnie chwile życia, uporządkować ziemskie sprawy i odejść w pokoju ze sobą i światem. W szpitalach ukierunkowanych na przywracanie zdrowia nie było miejsca dla takich chorych, ale to należy zmieniać. Prawidłowo prowadzone hospicja stacjonarne współpracujące z oddziałami szpitalnymi to ideał, do którego należy dążyć.

Stowarzyszenie na Rzecz Hospicjum w Hajnówce rozprowadza ulotki informujące mieszkańców powiatu hajnowskiego, jakiego zaniedbania dopuściły się władze powiatu i szpitala wobec nich.

1 2

Moje nowe odkrycie to stare naczynia w hajnowskich sklepach z odzieżą używaną. Największe stoisko jest  przy ul. Wierobieja 15,

7

w innych są mniejsze ilości, ale zawsze to jakaś odmiana. Bardzo lubię je oglądać i cieszę się, kiedy znajduję coś dla siebie. Ciekawe rzeczy są też w sklepie przy ul. Białowieskiej 5 c.

8Oglądając je można odpłynąć w przeszłość, są wciągające jak stare fotografie. Na pewno interesujecie się Państwo bliskimi, których nie zdążyliście poznać, obcymi, których znaliście, ale już ich nie ma. Po wszystkich tych osobach, oprócz wspomnień, pozostały przedmioty, którymi się posługiwali. Nieznajomi używali naczyń, które możemy teraz kupić i wyobrażać sobie ich życie, upodobania, a nawet status. Lubię fantazjować co jedli w swoich naczyniach albo w jakich sytuacjach towarzyskich wyjmowali je z kredensów. Kiedy wybieram coś dla siebie, jestem onieśmielona i długo się z nimi w domu oswajam. Oglądam, tulę w dłoniach, aż zaczynają snuć opowieści o dawnych właścicielach. Nie myślimy o tym, że za jakiś czas, wcale nie długi, po nas także pozostaną przedmioty, które ktoś będzie przytulał. Nie wszyscy przywiązujemy do nich wagę i jest to właściwe, bo rzeczy nie tworzą życia. Za to tworzy je nasz stosunek do ludzi i kiedy o nich myślimy, często pojawiają się z ulubioną filiżanką, w której podają herbatę lub grzybki w malutkiej miseczce. Wizje nie zmieniają nas w pasjonatów, ale w ludzi wrażliwych z całą pewnością.

4Kokilkę kupiłam bo duża, spodeczek i miseczkę bo cienkie i szklane, kolorowe miseczki bo tajemnicze, szklaneczki bo ładny kształt, a talerzyki bo cudne.

Stowarzyszenie na Rzecz Hospicjum w Hajnówce ma logo. Autorem projektu jest Marek Bagrowski – asystent biura poselskiego Posła na Sejm RP Tomasza Cimoszewicza.

logo_hospiciumZawarte w kształcie znaku drogowego STOP oznacza STOP CIERPIENIU, które w chorobach nowotworowych jest nieodłączne. Wystarczy, aby w mieście pilnie powołać przy szpitalu hospicjum stacjonarne z profesjonalnym personelem i choroba w terminalnym okresie będzie łatwiejsza do zniesienia. Ale do tego trzeba dobrej woli starosty i dyrektora szpitala. Stowarzyszenie nie zaprzestanie starań o hospicjum, bo nigdy nie jest tak, aby stanowiska osób niechętnych były mocniejsze niż ludzkie potrzeby.

Założyciele stowarzyszenia dziękują pani Bogusławie Czarkowskiej za pracę, którą włożyła w szkice projektu i interesujące pomysły.